W redakcji Nie Tylko Gry nikt nie wyrzekł się przyjemności, jaką daje oglądanie filmów animowanych – realizowanych różnymi technikami, pod różnymi szerokościami geograficznymi i o różnej poetyce. Dzisiejszą datę potraktowaliśmy jako okazję do sprawdzenia żywotności wrażeń, jakie dawniej, dawno i nie tak dawno temu wzbudziły w każdym z nas ukochane animacje. Z sentymentem, co nie znaczy, że bezkrytycznie, dzielimy się z Wami naszym subiektywnym, okupionym wieloma kompromisami, zestawieniem 10 tytułów, które w wewnętrznym redakcyjnym głosowaniu uzyskały największą ilość punktów ogólnej sympatii.

10. Fantastyczny pan Lis (2009 r.)

Fantastyczny Pan Lis

„Rudy ojciec, rudy dziadek, rudy ogon to mój spadek…” Ale nie tylko, bo dla bajkowo-baśniowych schematów istotniejszy jest zespół cech, jaki postać lisa predestynuje do roli oszusta i spryciarza. A że natura nie tylko wilka ciągnie do lasu, to i główny bohater animacji Wesa Andersona wyzyskuje swe przyrodzone zdolności w obliczu zagrożenia, które jego rodzinie i większej zwierzęcej społeczności szykuje triumwirat nienawistnych farmerów. Oszałamiająca techniką oraz ilością detali animacja poklatkowa, będąca też świetnym pastiszem fabuł traktujących o skoku na bank i wzorowym przykładem na to, jak dokonać stylowej i oryginalnej adaptacji (w tym wypadku skromnej objętościowo książeczki Roalda Dahla). Jednym słowem: fun-tastycznie!

9. WALL•E (2008 r.)

Wall-e

 

Według obiegowej opinii, spośród żyjących na Ziemi organizmów w wypadku katastrofy największe szanse przeżycia mają karaluchy. I faktycznie, to w osobniku tego gatunku znajduje towarzysza osamotniony w swym zadaniu uprzątnięcia dowodów ludzkiej, ekologicznej niefrasobliwości robot WALL•E. Jednak nie wspomniany owad, a inny, bardziej zaawansowany technologicznie robot o wymownym imieniu EVA przyda nowych odcieni rutynowym czynnościom i romantycznym ciągotom naszego mechanicznego bohatera. Iskra, jaka przeskoczy między ich układami scalonymi, okaże się też światełkiem nadziei dla odbywającej 700-letnią kosmiczną odyseję ludzkości. Wymowność „dialogów”, w których między robotami padają tylko ich imiona, poruszyła wielu z nas w prawdziwie pierwotny sposób. Nie wspominając o proekologicznej wymowie tego związku.

8. Gnijąca panna młoda (2005 r.)

Gnijąca

„Dopóki nas śmierć nie rozłączy…” Ha! Stop! A to niby dlaczego?! Victor van Dort podczas przygotowywania się do ślubnej przysięgi zyskuje szansę sprawdzenia prawdziwości tej formuły. W romantycznej makabresce Tima Burtona dochodzi do przewrotnej konfrontacji przyziemności (życie uwikłane między interesy podupadłej arystokracji i dorobkiewiczowskiego mieszczaństwa) i podziemności, której rekrutujący się spośród zmarłych mieszkańcy paradoksalnie bardziej cieszą się z …życia. Charakterystyczny Burtonowski sznyt, melancholia i czarny humor nie dyskwalifikują tytułu dla młodszego widza, a wrażenie przestrzenności plenerów, wnętrz i form, plastyczność barw – cóż, osobiście nie wydaje mi się, żeby ten całościowy efekt był możliwy do osiągnięcia przy zastosowaniu innej techniki, jak pieczołowita animacja poklatkowa, rozkładająca widza szczęśliwie tylko na przysłowiowe łopatki.

7. Zwierzogród (2016 r.)

Zwierzogród

Antropomorfizacja to bodaj pierwszy, wręcz instynktowny zabieg poetycki, jaki stosujemy wobec rzeczywistości. Ze szczególnym upodobaniem stosujemy go wobec zwierząt, zatem cóż – w niektórych długo pokutuje wizerunek potulnej owieczki, chytrego węża, temperamentnego byka czy innych typów zamieszkujących „miejską dżunglę”. A gdyby uczłowieczone takim sposobem zwierzęta zrzuciły ezopowy płaszczyk? Z tym zagrożeniem musi zmierzyć się króliczo-lisi duet w kipiącym od cytatów z buddy movies i kina gangsterskiego Zwierzogrodzie. Przy tym wykorzystuje całą gamę sprowokowanych owym animizującym zabiegiem możliwości i sprawia, że, wedle zgodnej opinii, animowane futro jeszcze nigdy nie wyglądało tak naturalnie! W końcu nie szata zdobi człowieka… eee… tzn., nie futro czyni zwierzę – zwłaszcza w wypadku osobników, którzy „zerwali więzy bezrefleksyjnego dziedziczenia zdziczenia…”

6. Shrek (2001 r.)

Shrek

W 2001 roku nad światem baśni przeszło tornado, które odebrało jego wielu świetnym przedstawicielom prawo do gwarantowanej prastarą obietnicą długiej i szczęśliwej emerytury i wrzuciło je na nowo w wyrosły w międzyczasie gąszcz postmodernistycznych reinterpretacji. Tak pozwolę sobie ująć fenomen, jakim jest Shrek, otwierający zupełnie nowy rozdział międzypokoleniowych produkcji, przy których dorośli nierzadko bawią się lepiej niż dzieci, z którymi przyszli na seans. Aluzyjność, błyskotliwe dialogi, zabawa konwencją eksploatująca wielopokładowe złoża humoru, a przy tym zachowanie tradycyjnego wartościowania – to wszystko stało się punktem odniesienia dla ciężkiej dziś do ogarnięcia liczby tytułów. W popkulturowej kartotece pojawił się on: wielki, zielony, nieokrzesany. I nie jest to Hulk.

5. Iniemamocni (2004 r.)

Iniemamocni

„Rodzina nie cieszy, nie cieszy gdy jest, lecz kiedy jej nima…” to można paść ofiarą superzłola, zwłaszcza gdy jest się podtatusiałym superbohaterem. Ale podczas akcji ratunkowej więzi rodzinne umacniają się, kompleksy zostają pokonane, temperament poskromiony, rutyna niknie nieodwołalnie, sekretna tożsamość staje się wspólnym interesem. Fabuła garściami czerpiąca z tradycji komiksu superbohaterskiego, zarówno w pulpowym jak i ambitniejszym wydaniu (Strażnicy A. Moore’a). Jak być super i jednocześnie wiedzieć, że są sprawy, na które „nie ma mocnych”? No, przynajmniej dopóki nie podejdzie się do nich po ludzku.

4. Księżniczka mononoke (1997 r.)

Mononoke

Zgłoszenie tego tytułu do plebiscytu wywołało w naszej redakcji dużo emocji. Zgodnie przyznaliśmy, że spośród wyłonionej dziesiątki jest to jedyna pozycja, przy której należy zastrzec, że skierowana jest dla widzów w wieku 12+. Wyniki głosowania świadczą jednak, że sama historia księcia Ashitaki i San, czyli tytułowej księżniczki mononoke (termin znaczeniem obejmujący wszelkie stworzenia reprezentujące świat niematerialny), jest nam bliska na tyle, iż nie można pominąć okazji do jej przypomnienia. Poetyka osadzonego w kulturze Japonii symbolicznego starcia sił natury i cywilizacji jest głęboka w humanistyczny sposób, a siła emocjonalna całości (i to nie tylko dla fanów anime) potężna, przy czym daleka od efektu wysokiej fali, załamującej się po epickim chluśnięciu. I pamiętajcie: jeżeli Peter Wohlleben zna się na sekretnym życiu drzew, to zapewne tylko dzięki duszkom kodama.

3. Król lew (1994 r.)

Król Lew

Parafrazując słowa klasycznej polskiej ballady rockowej: „karteczkowy szał, każdy z nas ich 500 miał”. Bo żaden inny film nie osiągnął tej skali popularności mierzonej ilością różnych wzorów kolekcjonowanych w połowie lat 90. karteczek z notesików. Oczywiście to nie jedyny rankingowy triumf disneyowskiego hitu, na którego nieśmiertelność złożyły się przede wszystkim dramatyczna, czerpiąca z szekspirowskich wzorców fabuła, wspaniały obraz afrykańskiej sawanny, no i wreszcie ta przepełniająca otuchą filozofia kontynuującego najlepsze slapstickowe tradycje duetu, czyli Timonowsko-Pumbiaste „hakuna matata!”. A piosenka „Krąg życia” wielu osobom wyniosła wspólne wszak wszystkim organizmom żywym prawa natury ponad wierzchołek piramidy żywieniowej.

1. (ex aequo) Spirited Away: W krainie bogów (2001 r.)

Spirited away

Drugi w naszym zestawieniu film wytwórni Ghibli, tym razem już nie obwarowany cezurą wiekową, choć równie przepełniony demonologią i symboliką, tym razem skupiającą się wokół rodziny, dojrzewania i inicjacji. Nic nowego, nic szczególnego, ale wyjątkowe w obrazie, w tempie, w ujęciu, w całości. Lęki i wyzwania, jakim musi sprostać mała Chihiro, pragnąca odczarować swych przemienionych w świnie rodziców, dają obraz właściwy względności wydarzeń, zjawisk, stanowiących o sile tytułów sygnowanych nazwiskiem Hayao Miyazakiego. Klasyczna, ręcznie tworzona animacja, niespieszny rytm opowieści, poetycko senna atmosfera – coś przenikającego i dającego namiastkę tego, jak może smakować ów zakazany pokarm bogów.

1. (ex aequo) 12 prac Asteriksa (1976 r.)

Asteriks

Tak, to już tyle lat minęło! Jeszcze przed narodzinami któregokolwiek z członków naszej redakcji, dzielny żółtowąsy Gal wraz z nieodłącznym, dobrze zbudowanym (ktoś powiedział „gruby”?!) towarzyszem podjął się wyzwania mającego dorównać osiągnięciom mitycznego Heraklesa. Może to ten aspekt mitycznego, bo poprzedzającego nasze istnienie czasu, czyli już nie-czasu, już przestrzeni wspólnej, zdecydował o tak wysokiej lokacie? A może każdy z nas, w chwilach wydania na biurokracyjno-administracyjną pastwę, widzi się w roli Asteriksa rozprawiającego się z zastępem biurw i gryzipiórków? Dziś, jako większe dzieci, obróćmy gmach Systemu w perzynę, golnijmy sobie łyk podnoszącego krzepę napoju i schrupmy dzika. Nie? Dzika nie? Dlaczego? Jesteś dzikiem?

Czy znaleźliście pośród naszych typów swoje ulubione tytuły? Jacy są wasi rankingowi kandydaci? Nasza “ławka rezerwowych” zdaje się nie mieć końca. Zapraszamy do komentarzy!

Dodaj komentarz

avatar