Aachi wa Ssipak

Przyznaję bez bicia, że jestem wielbicielem filmów tandetnych. Moje zamiłowanie do nich wynika nie tyle z samego uwielbienia dla technicznego kiczu, co raczej szalonych fabuł bądź pomysłów wyjściowych, które to w kinie głównego nurtu są raczej rzadko spotykane. Mutanty z mopem w ręce walczące o sprawiedliwość, inwazja grabieżców grobów z kosmosu i temu podobne dziwne pomysły to dla mnie gwarancja dobrej zabawy, nic więc dziwnego, że bardzo cenię sobie superekscentryczne kino japońskie. I to właśnie po Japończykach spodziewałbym się produkcji takiej jak Aachi wa Ssipak, która to jednak wyszła spod rąk Koreańczyków.

Akcja filmu osadzona jest w bliżej nieokreślonej przyszłości, a może nawet w czasach współczesnych. Ziemianie wyczerpali surowce naturalne, co spowodowało kryzys, naukowcom udało się jednak opracować technologię pozyskiwania energii z… ludzkich odchodów. Skutkiem tego było wszczepienie każdemu obywatelowi w odbyt chipu monitorującego ilość oddawanego kału, zaś nagrodą za wypróżnienie był przysmak wyglądem przypominający loda na patyku. Przyczyniło się to do zwiększenia liczby wypróżnień, niosło jednak ze sobą poważne konsekwencje, ponieważ ów przysmak okazał się silnie uzależniającym mutagenem. „Przedawkowanie” go skutkowało skarłowaceniem i zamianą koloru skóry na niebieski, przez co ludzie zaczęli przypominać smurfy. Liczba mutantów rosła w ogromnym tempie, co ostatecznie doprowadziło do tego, że stworzyli grupę przestępczą zwaną pieluchowcami, zaś ich jedynym celem było przeprowadzanie akcji mających na celu pozyskanie narkotyku. Przywódca gangu, zainspirowany przez pewnego nieudacznika zajmującego się reżyserią filmów pornograficznych, wprowadził w życie diaboliczny plan – w odbyt pewnej pornogwiazdki wszczepił wiele chipów zapewniających jej ultradefekację i ogromną ilość przysmaku. Tutaj właśnie pojawiają się Aachi i Sspiak – dwójka dealerów, którzy ratują dziewczynę z opresji, narażając się na gniew pieluchowców.

Przyznacie sami, że już samo przeczytanie opisu filmu wystarczy, aby człowiek uderzył się pięścią w czoło, śmiejąc się przy tym wniebogłosy bądź rzucając nieprzystojne pytania pod adresem scenarzystów. Mimo wszystko wielu osobom, w tym także mnie, trudno przejść obok takiej fabuły obojętnie, wskutek czego Aachi wa Ssipak w okamgnieniu znajduje się na szczycie listy filmów opatrzonych etykietą „absolutne must see”.

Na dobrą sprawę fabuła filmu jest bardzo prosta, wykorzystuje motywy, które już nieraz widzieliśmy w kinie przygodowym, sensacyjnym czy science-fiction. Siłą produkcji jest jednak jej karykaturalny ton, bo chociaż wykorzystuje on schematy, jednocześnie mocno je wyszydza. Ile to już widzieliśmy filmów fantastycznonaukowych, w których motywem przewodnim była okupiona życiem dziesiątków tysięcy niewinnych ludzi walka o jakiś rzadki minerał czy pierwiastek? Scenarzyści Aachi wa Ssipak drwią sobie z tego typu mniej bądź bardziej szlachetnych wojenek, angażując bohaterów w walkę o pospolite gówno, rozmachem nie ustępującej jednak walce o chociażby unobtainium z przeboju kinowego Jamesa Camerona, w którym również spotykamy niebieskie ludziki. Chociaż cały film poświęcony jest kałowi, opakowano go w mnóstwo akcji, napięcia, wciągających walk, dodatkowo upiększając wątkami komediowymi. Odbiór filmu zależy jednak od poczucia humoru widza, bo nie każdemu spodoba się film opowiadający o walce o kał, chociaż gdyby zastąpiono go na przykład wspomnianym unobtainium, zachowując tę samą dozę akcji i komedii, zapewne zacieraliby ręce i chwalili go za widowiskowość, przystępność, walory artystyczne i odprężające właściwości.

Nie starano się nakreślić realistycznych sylwetek bohaterów, co tylko mogłoby zburzyć tę zwariowaną wizję. Część postaci to archetypy, jak na przykład pracownicy rządowej organizacji, mafia czy banda odszczepieńców ślepo zapatrzona w swojego guru, wszyscy jednak przedstawieni zostali w krzywym zwierciadle, co sprawia, że nie odstają od indywiduów takich jak niespełniony pornoreżyser marzący o nakręceniu pornosa, który poruszy serca widzów. Aachi i Ssipak zgrywają bohaterów, ale ich heroiczne czyny wynikają raczej z tego, iż są głupi i w głębi duszy dobrzy, aniżeli z ich odwagi. Cizia, którą „ratują”, należy raczej do tych bohaterek, które są większymi skopityłkami niż jej „rycerze”, a już na pewno do tych, które nie siedzą z założonymi rękoma czekając na ratunek. Chociaż niektórzy mogą przyczepić się do takiego sposobu przedstawienia bohaterów, moim zdaniem właśnie to stanowi o ich uroku – tej szalonej menażerii po prostu trudno nie polubić!

W filmie wyszydzono jednak nie tylko konkretne schematy, znalazło się również miejsce dla parodii innych filmów czy ikon popkultury, głównie amerykańskiej. Jimmy, wspomniany w opisie reżyser filmów dla dorosłych, swój pokój obwiesił plakatami nawiązującymi do Misery Kinga, Obcego Scotta i Nagiego instynktu, jak również popularnych superbohaterów – Batmana i Supermana – zaś będąc na haju daje sobie wmówić, iż jest Shitmanem. Gdzie indziej Cizia przybierze pozę parodiującą Umę Thurman z plakatu Pulp Fiction, a pościg w wagonikach niektórym widzom być może skojarzy się z Indianą Jonesem i świątynią zagłady. Być może w tym momencie nadinterpretuję, ale moim zdaniem jedna ze scen nawiązuje nawet do klasycznego Pancernika Potiomkina Siergieja Ejziensztiejna.

Aachi wa Ssipak poza przyjemną, chociaż szaloną fabułą, oferuje również adekwatną oprawę wizualną, wymykającą się ogólnie przyjętym kanonom animacji. Oglądając film automatycznie nasuwały mi się skojarzenia z Mind Game, Dead Leaves (te dwie pozycje akurat również pod względem fabularnym były mocno zwariowane) czy wydanym w tym samym roku Tekkonkinkreet. Projekt postaci jest dość specyficzny i prawdopodobnie dla wielu widzów przyzwyczajonych do mainstreamowej animacji będzie odpychający, jednakże osoby lubiące eksperymenty powinny być zadowolone. Tła i scenografie zazwyczaj są już bardziej stonowane i mniej ekscentryczne, chociaż i tutaj twórcy pokusili się o kilka eksperymentów. Część scen, jak chociażby sam początek, to połączenie animacji z prawdziwymi materiałami filmowymi, kiedy indziej wykorzystana jest technika collage’u bądź komputerowe renderingi. Te ostatnie co prawda nie należą do pierwszorzędnych, ale też trudno powiedzieć, żeby były jakoś nadzwyczajnie brzydkie – moim zdaniem nieźle wpisały się w artystyczną konwencję filmu, a ponieważ nie przesadzano z ich użyciem, nie raziły.

Niezgorsze jest również udźwiękowienie. W tle najczęściej usłyszymy rockowe kompozycje, świetnie wpasowujące się w sceny walk, jeśli jednak trzeba, muzyka jest bardziej stonowana. Ogólnie rzecz biorąc, ścieżka dźwiękowa nie robi powalającego wrażenia, jednakże została odpowiednio dobrana, dobrze uzupełniając film, nie odciągając jednak uwagi od tego, co dzieje się na ekranie. Może nie licząc momentów, kiedy twórcy chcieli, żeby zwrócono uwagę na muzykę, jak chociażby w momencie, kiedy raczeni jesteśmy jakąś okropną koreańską popową piosenką. Znakomicie spisali się aktorzy głosowi, którzy nadali swoim postaciom charakteru i jak mało kiedy sprawili, że język koreański nie brzmiał dla mnie zabawnie.

Chociaż opis filmu może potencjalnego widza odstraszyć, moim zdaniem warto dać Aachiemu i Ssipakowi szansę, jest to bowiem pozycja nietuzinkowa i warta uwagi. Przygotować należy się na zwariowaną fabułę i bohaterów, dużo akcji, niepotrzebnej, ale przerysowanej przemocy oraz klozetowego humoru, uzupełnianego przez świetne wątki parodystyczno-satyryczne. Przypuszczam, że miłośnicy Miasteczka South Park mogliby się w tym filmie odnaleźć. Osobiście te półtorej godziny spędzone przy filmie uważam za czas znakomicie spożytkowany, zaś sam seans za przyjemnie odmóżdżający i odprężający.

Podsumowanie
8.5/10

Nasza ocena

Plusy:
+ zwariowany humor
+ niezła animacja
+ świetna komedia i pastisz
+ dobre udźwiękowienie

Minusy:
– dla niektórych będzie zbyt przegięty
– innych może odrzucić styl animacji

Sending
User Review
5 (1 vote)

Dodaj komentarz

avatar