Bierce

Wraz z rozpoczęciem lektury Akademii Pana Kleksa poczułem się zdyskryminowany odgórnym kluczem naboru, przekreślającym moje szanse na bajkową edukację. Wprawdzie – jak to dziecko – pozostawałem też świadom nierzeczywistości samego miejsca i odbywających się tam przygód, ale przecież o ile bliżej byłoby się tej fantastycznej sfery, gdyby nadzieję na to podtrzymywał prosty fakt posiadania imienia zaczynającego się od pierwszej litery alfabetu. Gdyby nie jawna sprzeczność chronologiczna, podejrzewałbym, że pewien mieszkający w USA potomek brytyjskich emigrantów, Marcus Aurelius Bierce, pragnął właśnie w taki sposób dać swym dzieciom, nie różnicując ich przy tym pod względem płci (w przeciwieństwie do dyrektora ww. akademii), nadzieję na wdrożenie ich udziałem nietypowego systemu edukacyjnego. A dzieci tych miał trzynaścioro. Nie będę zagłębiał się w życiorysy wszystkich. Niech wystarczy, że dziś, w dzień rocznicy jego urodzin, wspomnę dziesiątego spośród rodzeństwa Bierce’ów – Ambrose’a. Tak, tak. Ambrożego. Ale jego dzieje bynajmniej nie potoczyły się bajkowo.

Jakkolwiek nie było to świadomym ze strony rodzica zabiegiem predestynującym syna do związania się trwale z krwawymi rozdziałami w historii kraju jak i z, powiedzmy, bezkompromisową, obywatelską postawą, to faktów, które w rękach nawet średnio sprawnego preparatora pośmiertnych horoskopów dostarczyłyby odpowiednich przesłanek, zebrało się sporo. Ambrose urodził się w roku 1842, kiedy to pierwszy zorganizowany konwój osadników rozpoczął oregońskim szlakiem ekspansję na Dziki Zachód. Dorastał w hrabstwie Kosciusko w Indianie, do szkoły zaś uczęszczał w jego stolicy – Warsaw. Czy to wystarczy, by domniemywać o duchowym patronacie, jakim mógł z ramienia samej Columbii objąć młodego Ambrose’a międzynarodowy bojownik o wolność?

Niezależnie od takich powinowactw i teorii Bierce wyposażył swój życiorys w wystarczającą ilość zdarzeń świadczących o sile i konsekwencji własnych przekonań. Faktem jest, że podczas wojny secesyjnej walczył z wielkim zaangażowaniem po stronie Unii, zyskując uznanie u najwyższego dowództwa i ciężką ranę podczas jednej z bitew. Faktem jest również, że wojenne doświadczenia wywarły decydujący wpływ na jego życiową postawę i twórczość literacką, epatującą brutalnymi, naturalistycznymi obrazami, makabrycznym humorem oraz piołunowo gorzką ironią. Faktem pozostaje jego tajemnicze zniknięcie w 1913 r. podczas wyprawy do ogarniętego rewolucją Meksyku, gdzie znalazł się jako obserwator pośród oddziałów Pancho Villi. Fakt stanowi też obecność jego sylwetki w kulturze, inspirującej m.in. tak różne od siebie dzieła literackie i filmowe jak Stary gringo Carlosa Fuentesa i Od zmierzchu do świtu 3: Córka kata. I wreszcie bezsprzecznym faktem jest trwałe miejsce Bierce’a pośród grona autorów będących prekursorami nowego kształtu grozy. Co o tym zdecydowało?

Jeździec

„Nie ma tak dzikiego i niedostępnego zakątka, którego by ludzie nie zamienili na teren wojny.” (Podniebny jeździec)

 

Opowiadania Bierce’a, zwłaszcza te czerpiące z doświadczeń wojny secesyjnej, wciąż potrafią wywrzeć wrażenie swą reporterską zwięzłością i naturalistycznymi opisami. Ich wymowa bliska jest temu, czemu w cyklu grafik Okropności wojny dał wyraz Francisco Goya: zmasakrowane, rozczłonkowane ciała, milczący komentarz wobec absurdu działań wojennych. Człowiek pozostaje bezradny wobec pustoszącego chaosu, którego figurą dla Bierce’a jest również wojna. Modelowym opowiadaniem jest tutaj Chickamagua. Ale spoza tej najczęściej przypadkowej mobilizacji pod sztandar śmierci zagląda też właściwe autorowi pojęcie „kodeksu” sumienia, niedopuszczającego niedopełnienia obowiązków i zapomnienia o winach. Dlatego też nie pozwala wielu żołnierzom opuścić placu boju, ciekawie adaptując motyw nawiedzenia (Wypadek na Przełęczy Coultera, Zaginiony). Zaś przedegzekucyjny moment kurczowej woli życia, uniwersalny, egzystencjalny błysk przedstawia najsłynniejsze opowiadanie Bierce’a, Wydarzenie na moście w Owl Creek.

„…[upiór] nie jest duszą bez ciała, tylko czymś jeszcze gorszym: ciałem bez duszy.” (Śmierć Halpina Fraysera)

Z powyższego cytatu wypływa kluczowe dla horroru rozróżnienie – oto zjawiska, które mogą nie tylko wzbudzić strach, ale literalnie wyrządzić krzywdę. Niemało ich w przestrzeni, która towarzyszy wielu niesamowitym opowieściom Bierce’a, świecie osadników, włóczęgów i poszukiwaczy złota, detalicznie pod względem topograficznym i obyczajowym ujętym krajobrazie Dzikiego Zachodu. Silnie podkreśla w ten sposób relację, jaka zawiązuje się między człowiekiem-pionierem a bezmiarem otaczającym spłachetek ziemi, na którym wzniósł swe schronienie, zbyt słabe wobec budzących się w podobnych sytuacjach emocji. Pod tym względem duch Bierce’a unosi się nad filmem Eskorta. Utwierdza nas w przekonaniu, że to pomniki śmierci są zarazem najtrwalszymi, jak i najłatwiej ulegającymi zapomnieniu budowlami wzniesionymi ludzką ręką. Dlatego może tak uporczywie rozpisuje prawdziwie mediumiczny pitawal zbrodni, które wręcz poszukują świadków. Przykładowe opisy wydarzeń znajdziecie np. w Nawiedzonej dolinie, Środkowym palcu prawej nogi czy Śmierci Halpina Fraysera.

Czyto

„W ponurych sytuacjach humor tryska niczym raca.” (Przeklęta rzecz)

Gdy zaś przypadkowi świadkowie spełnią swe zadanie, Bierce oddaje głos nie obrońcom ludzkości, a sardonicznym sprawozdawcom, cechującym się smoliście czarnym poczuciem humoru. To w makabreskach autor daje największy popis stylistycznego kunsztu i ironii bliskiej tej, którą znamy w wydaniu Topora czy braci Coen, a nawet splatterowej estetyki. Jakkolwiek ktoś może to uznać za niesmaczne czy ohydne – cóż, bohaterowie tej części nowelistycznego dorobku amerykańskiego pisarza to potworna zgraja degeneratów, którzy jednak nie są pozbawieni swoistego poczucia estetyki. Rodzinka Adamsów? Sweeney Todd? Ich drzewo genealogiczne prowadzi bez wątpienia do takich tekstów jak Moje ulubione morderstwo czy Olej psa.

„Nie dostałem pomieszania zmysłów: istnieją kolory, których nie widzimy.” (Przeklęta rzecz)

Miłośnicy grozy nieomylnie wychwycą pośród tekstów Bierce’a symptomy, które nieodmiennie kojarzą się z twórczością H.P. Lovecrafta. Samotnik z Providence trzeźwo oceniał dorobek rodaka jako nierówny, nie odmawiając mu wszak autentyzmu i prawdziwego daru do sugerowania tej nienazwanej, niepochwytnej, będącej ciągłym zagrożeniem siły. Inspiracje są widoczne również w technice pisarskiej – przytaczanie relacji, odszyfrowywanie dzienników, charakterystyczny styl „wyznania”. Wystarczy wspomnieć dwa kluczowe dla tej obserwacji teksty: Przeklętą rzecz i Mieszkańca Carcosy.

Twórczość Bierce’a jest bardzo różnorodna stylistycznie (spore znaczenie ma tutaj jego długoletnia aktywność dziennikarska, obejmująca zarówno reportaż, kryminalistykę, jak i satyrę), ale nieodmiennie mroczna, bezlitośnie rozprawiająca się z ludzkimi aspiracjami do upiększeń, uszlachetniania postępków, które potrafią objąć pytania o słuszność zbrodni. W interpretacji amerykańskiego autora są to nagie czyny, nierozszczepiające się w analizie, za to obrastające ciemną substancją strachu, która uzmysławia zatarcie granicy między życiem a śmiercią, pozbawiając złudzeń co do istnienia jakiegoś wyższego porządku, nagradzającego nasze życiowe utarczki. Co nam zostaje? Odpowiedzi można poszukać w innym dziele Ambrose’a Bierce’a, The Devil’s Dictionary (pierwotnie zatytułowanym wymownie The Cynic’s Word Book), którego polskie wydanie, tłumaczone jako Diabli dykcjonarz, jest zapowiedziane jeszcze na ten rok. Ale wcześniej zapraszam do zapoznania się z dostępnym już polskiemu czytelnikowi kompletem naznaczonych niesamowitością utworów Bierce’a, na który składają się tomy opowiadań Czy to się mogło zdarzyć?, Jeździec na niebie (jego zawartość w innym tłumaczeniu powtarza zbiór Oczy pantery) i Nadprzyrodzone.

Dodaj komentarz

avatar