poster

Na wszelki wypadek zacznę recenzję od powtórzenia tego, co można zobaczyć już na plakacie Sausage Party – w żadnym razie nie jest to animacja dla dzieci. Warto o tym pamiętać gdy planujemy rodzinny wypad do kina i wspólne spędzenie czasu; na takie popołudnie najlepiej wybrać produkcje, które stworzone są z myślą o najmłodszych widzach, a których aktualnie nie brak na afiszach. Naprawdę nie warto narażać własnego dziecka na film, który nie bez kozery dorobił się określonej kategorii wiekowej, ostrzegającej rodziców o tym, że zawiera sceny przemocy, wulgaryzmy oraz erotykę. Fakt, że jest to produkcja, w której tchnięto życie w produkty spożywcze – mające uczucia, plany i marzenia – wcale nie znaczy, że jest to animacja, którą można porównać do Toy Story i wielki błąd popełnia każdy, komu coś takiego przeszło przez myśl. Nie łudźcie się, moi drodzy, bo oba te filmy łączy tylko to, że personifikują coś, co w naszym postrzeganiu świata jest przedmiotem martwym, pozbawionym emocji: w wypadku Toy Story są to zabawki, zaś w Sausage Party – jedzenie. Już sam zwiastun dawał nam przedsmak tego, czego można spodziewać się po filmie – a nie jest to coś, co nadałoby się jako rozrywka dla najmłodszych widzów.

strach

Jedzenie ważne jest dla każdego, nie ma co tego ukrywać. Jedni jedzą po to, by żyć, inni zaś istnieją po to, by jeść. W żadnej z tych postaw nie ma nic złego. Pozostaje jednak zadać sobie pytanie o to, jak zareagowalibyście na wieść o tym, że jedzenie ma uczucia; że przyniesiony ze sklepu słoik z masłem orzechowym ma żonę, którą jest marmolada; że paczka ulubionych chipsów ma kompleksy na punkcie swojej objętości, a żel do higieny intymnej wręcz marzy o tym, by zostać użyty… no wiecie, do higieny intymnej. Pewnie niejedna z czytających tę recenzje osób właśnie coś je. Hej, spójrzcie teraz na to, co właśnie z apetytem konsumujecie i zastanówcie się… bo co, jeśli ta kromka chleba miała rodzinę i marzenia, teraz zmiażdżone i zdruzgotane przez wasze zęby? Co, jeśli właśnie zjadane przez was jabłko w skrytości ducha marzyło o tym, by zagrać w orkiestrze, a po przekrojeniu na ćwiartki nie będzie już w stanie zagrać na skrzypcach? Pewnie się uśmiechacie na samą myśl o czymś takim. Nie dziwię się, sama się uśmiecham. To, że pomysł ten jest dość absurdalny, nie zraziło twórców przed stworzeniem opisywanego przeze mnie filmu, opierając jego fabułę właśnie na takich założeniach.

maslo

Seth Rogen, producent tej animacji, nie sięgnął wcale po oryginalny pomysł. Spójrzmy prawdzie w oczy – motyw nadawania różnym elementom naszego życia cech ludzkich nie jest niepowtarzalny. Dokładnie z tym samym mieliśmy do czynienia jedenaście lat temu we wspomnianym już przeze mnie w pierwszym akapicie Toy Story, a wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że podobny motyw czeka na nas również w animacji znanej na świecie od czerwca, w Polsce zaś mającej premierę dopiero we wrześniu, chodzi mi zaś o Sekretne życie zwierzaków domowych, mającą pokazywać nam to, co nasi pupile robią pod naszą nieobecność. O ile jednak te dwie animacje skierowane są do dzieci i poruszają pewne ważne kwestie, o tyle Sausage Party znajduje się na przeciwległym końcu skali. Niemożliwością jest stwierdzenie, że film ten ma jakiekolwiek głębsze przesłanie czy porusza ważne tematy. Wręcz przeciwnie, po seansie odniosłam wrażenie, że stworzony został w jednym celu – zgorszeniu jak największej części widowni. Żarty ukierunkowane są tak, by dotykać niemal każdej kontrowersyjnej sfery życia – od seksualności, przez religię, aż po konflikty na tle narodowościowym. Czego jednak można spodziewać się po filmie, w którym główną rolę gra parówka i bułka do hot-dogów, a na sklepowych półkach znaleźć można produkty upodobnione do Hitlera, na dodatek mające zapędy do przeprowadzenia całkowitej eksterminacji soków (słowo jucie w oryginale mówione jest zaś podejrzanie podobnie do słowa Jews, oznaczającego Żydów).

brenda

Fabuła animacji również nie zaskakuje. Półki w supermarkecie zamieszkują produkty spożywcze wszelkiej maści, co rano żyjące nadzieją na to, że zostaną wybrane przez czczonych jak bóstwa ludzi i zaniesione przez nich do rajskiej krainy, która wedle ich wierzeń znajduje się za rozsuwanymi drzwiami sklepu. Codziennie przed otwarciem wyśpiewują pieśń pochwalną dla kupujących, mając nadzieję na to, że tego dnia to one zostaną wybrane i dostąpią szczęścia pod naszą czułą opieką. Oczywiście nie jest trudno domyślić się, że wymarzona kraina szczęśliwości znacznie różni się od tego, co oferuje im potworna rzeczywistość naszych kuchni. Obdzieranie żywcem ze skóry, siekanie na drobne kawałki, rozrywanie, wrzucanie do wrzącej wody, smażenie na patelni czy pieczenie, a nawet… no cóż, każdy wie do czego służy papier toaletowy, a i on ma w filmie chwilę na skarżenie się na swój los. Prawda musiała też wyjść kiedyś na jaw i musiały znaleźć się produkty spożywcze doskonale świadome tego podłego losu, czekającego je wszystkie. O okrucieństwie bóstw dowiedziała się parówka Frank (o głosie Setha Rogena), na zabój zakochana w bułce do hot-dogów, Brendzie. Dzielił z nią nie tylko sklepowa półkę, ale również marzenie o tym, by wspólnie trafić do jednego koszyka i w końcu skonsumować ich związek, do tej pory platoniczny. Teraz, gdy prawda wyszła na jaw, postanowił podzielić się nią z pozostałymi, chcąc uchronić ich przed straszliwym losem naszego pokarmu, nakłonić do buntu przeciw ludziom.

ziemniak

Bunt ten okazuje się możliwy, gdy na jaw wychodzi, że po zażyciu pewnej substancji ludzie doświadczają odlotu, który pozwala im dostrzec to, co zwykle im umykało – ich jedzenie mówi, porusza się i najwidoczniej jest całkiem inteligentne. Twórcy filmu dosadnie pokazują nam to, że religia jest, jak rzekł kiedyś Stalin, opium dla mas; początkowo masy te boją się porzucić coś, w co wierzą od dawien dawna, a co właśnie lega w gruzach, woląc mrzonki od brutalnej prawdy. Gdy umiera nadzieja, pozostaje jeszcze desperacja – to ona pcha produkty spożywcze do walki i stawienia oporu potworom, za jakich mają ludzi. Z punktu widzenia odbiorcy ich motywacja jest banalnie prosta i doskonale zrozumiała – chcą przeżyć. Gdy jednak zastanowić się nad tym chociaż chwilę, nagle okazuje się, że właściwie nie ma dla nich żadnej alternatywy – produktów bezterminowych jest bowiem niewiele, a pozostałych i tak czeka powolne przeterminowanie się, co zdaje się umykać nie tylko bohaterom, ale i ich twórcom, zbyt skupionym na wciskaniu w teksty i sceny jak największej ilości sprośności i wulgaryzmów, by dostrzec tę lukę w fabule (człowiek nawet nie spodziewa się na ile różnych sposobów i w ilu różnych kontekstach można zastosować przeróżne przekleństwa).

taco

Sam koncept tego rodzaju filmu jest na swój sposób nowatorski, osobiście uważam jednak, że zmarnowano jego potencjał. Zwiastun zapowiadał całkiem przyzwoitą produkcję, na której będzie można się pośmiać i dobrze spędzić czas, sam film wypadł zaś zaskakująco miernie pod tym względem. Natężenie żartów o tematyce seksualnej w pewnym momencie zaczynało nużyć, a kierunek, w którym popłynęła produkcja zupełnie rozmijał się z tym, czego oczekiwałam. Od połowy oglądałam film z wyrazem skrajnego niedowierzania na twarzy, nie do końca wiedząc, jak powinnam zareagować na niektóre momenty. Nie mówiąc już o finałowej scenie, którą mogę skwitować tylko jednym stwierdzeniem – what has been seen cannot be unseen. Nie pomaga również i to, że głos do produkcji podkładają, między innymi: Edward Norton i Salma Hayek, a już nikogo nie powinno dziwić, że ta druga użycza swojego głosu seksownej pani taco, Helenie, którą na swojej drodze spotykają główni bohaterowie. Uśmiech wzbudziły u mnie sceny, które zaczerpnięte zostały z innych filmów, jak na przykład moment wzorowany na Szeregowcu Ryanie.

lawash

Sausage Party jest produkcją, która nie tyle balansuje na granicy dobrego smaku, nawet nie wystawia za tę granicę dużego palca od nogi – ona bezceremonialnie ją przekracza i to dziarskim krokiem. Film pozostawił mnie nie tyle z niesmakiem, co z przeświadczeniem, że polecenie go każdemu mogłoby zostawić na moim sumieniu plamę, której nie zdołałabym zmazać. Nie jest to bowiem animacja dla osób, które nie tolerują opisanego przeze mnie poczucia humoru i oburzają się na wszelkie wzmianki o seksie, nie tylko pomiędzy kobietą i mężczyzną, ale i we wszystkich możliwych do wyobrażenia kombinacjach. Finał pozwala sądzić, że być może doczekamy się kiedyś sequelu, nie jest to jednak coś, na co będę czekać z ogromną niecierpliwością, nie jestem bowiem ani zauroczona fabułą, ani szczególnie związaną z bohaterami, którzy zostali potraktowani mocno po macoszemu, właściwie nie posiadając żadnych konkretnych cech.

 

NASZA OCENA
5.5/10

Podsumowanie

Plusy:
+ momentami zabawny
+ całkiem ciekawy pomysł

Minusy:
– żarty o określonej tematyce stają się w pewnej chwili nużące
– spłycona fabuła
– właściwie brak jakiejkolwiek kreacji charakteru bohaterów
– obrazoburczy

Sending
User Review
0 (0 votes)

Dodaj komentarz

avatar