proca

Julia Kijowska (Larysa) i Przemysław Bluszcz (Ilja) podczas pracy nad słuchowiskiem, fot. Krzysztof Sielicki.

Nie jestem fanką opowieści skupiających się na tak zwanych mrocznych aspektach życia. Wszelkich historii epatujących brudem, cierpieniem, goryczą; przedstawiających świat w najciemniejszych możliwych barwach, jako wyjątkowo beznadziejne miejsce do egzystowania. Staram się za takie tytuły nie zabierać, wychodząc z założenia, że (pop)kultura istnieje, żeby pokazywać lepszą, bardziej motywującą stronę rzeczywistości. Ale jako osoba, dla której priorytetem przy zapoznawaniu się z produkcjami audiowizualnymi są aktorzy, czasem nie mogę tego uniknąć. Właśnie w taki sposób natrafiłam na bardzo kameralną (bo zagraną przez zaledwie trzyosobową obsadę), słuchowiskową koprodukcję Teatru Polskiego Radia oraz Narodowego Instytutu Audiowizualnego z 2012 roku – Procę Nikołaja Kolady w adaptacji i reżyserii Pawła Szkotaka.

Historia opowiedziana w tej sztuce jest właśnie szorstka, duszna, pesymistyczna i okraszona pewną dawką wulgarnego języka. Ilja, okaleczony w wyniku wypadku w pracy trzydziestolatek przykuty do wózka inwalidzkiego, żyje z renty i żebrania pod supermarketem. Anton to student z dobrego domu. Ich drogi krzyżują się, kiedy chłopak w ostatniej chwili ratuje Ilję spod kół ciężarówki. Choć inwalida nie jest zbyt wdzięczny, ugaszcza młodzieńca wódką – jedyną rzeczą, której w domu kalekiego mężczyzny nie brakuje. Teoretycznie Ilja i Anton jako przedstawiciele dwóch różnych światów nie mają prawa porozumieć się ze sobą. W praktyce tamto spotkanie staje się początkiem wyjątkowo specyficznej, niejednoznacznej relacji.

Na pierwszy rzut oka ocena jest prosta: Anton to ten „normalny”, a Ilja – ten życiowo (i fizycznie) pogruchotany. Jednak sprowokowane alkoholem wyznania obnażają prawdziwe oblicza zgorzkniałego kaleki i porządnego dzieciaka. Obaj nie radzą sobie z relacjami międzyludzkimi, zwłaszcza z płcią przeciwną. Szczególnie Ilja, który jako pozbawiony nóg alkoholik nie wzbudza pożądania u kobiet – no, może poza zdegenerowaną sąsiadką Larysą, gotową w akcie desperacji oraz dla zdobycia mieszkania wepchnąć się mężczyźnie do łóżka nawet siłą. Dopiero Anton dostrzega w żebraku spod marketu coś pięknego. Dłonie, ponoć urodziwe jak u pianisty.

proca

Marcin Przybylski podczas pracy nad słuchowiskiem Julek, fot. Wojciech Kusiński / Polskie Radio S.A.

Z czasem role w tym duecie zmieniają się, odwracają, nigdy nie pozwalając żadnemu z bohaterów przypiąć jednoznacznej łatki. Trudno jest ich obwiniać, ale też trudno jest ich polubić. Kto popełnił błąd, a kto nie? Kto tu jest dobry, kto zły? Kto katem, a kto ofiarą? I przede wszystkim – co się wydarza naprawdę, a co jest jedynie projekcją czy koszmarnym snem? Nawet najbardziej zorientowany na oczywistą interpretację świata słuchacz w połowie Procy poczuje się całkowicie zbity z tropu. Co jest, rzecz jasna, wielką zaletą tego słuchowiska – żadnych prostych recept czy ocen, zalatujących mdłym smrodkiem taniego dydaktyzmu.

Podobnie niełatwa do określenia jest znajomość Ilji i Antona. Obecnie niestety powszechna jest wśród twórców teatralnych czy filmowych tendencja do bardzo bezmyślnego, automatycznego wręcz traktowania wątków relacji męsko-męskich, sprowadzającego je do rangi płytkich fetyszów, obliczonych na wywołanie kontrowersji. Jednak Paweł Szkotak nie dał się złapać w tę pułapkę. Bohaterów zdecydowanie łączy coś więcej niż zwykła, alkoholowa znajomość – ale nie można tego również nazwać romansem. Nie cielesne pożądanie jest główną siłą napędową (jeśli w ogóle jakąkolwiek jest), ale coś więcej. Potrzeba bliskości, zrozumienia? Niech każdy sam sobie odpowie na to pytanie. W podobny sposób Szkotak nie wpadł w inne sidła – ślepy zaułek ostentacyjnego żerowania na najbardziej negatywnych aspektach inscenizowanych fabuł. To nieistotne, że opowiadana historia jest, jaka jest. Swoje przysłowiowe pięć minut dostają wszystkie małe przebłyski tego, co dobre i szlachetne, jakże potrzebne bohaterom w ich depresyjnej rzeczywistości.

Jednak wysłuchanie z cierpliwością i spokojem przeszło godziny najczarniejszych osadów z ludzkiej duszy byłoby znacznie trudniejszym zadaniem, gdyby nie aktorzy. Na pozór obsadzenie Przemysława Bluszcza jako odpychającego typa, zaś Marcina Przybylskiego w roli młodego idealisty, jest decyzją podjętą dosyć „po warunkach”. Właśnie. Na pozór. Już sam fakt, że zagranie dziewiętnastoletniego Antona powierzono Przybylskiemu, wówczas starszemu od niego o niemal dwadzieścia lat, poddaje tę tezę w wątpliwość. Zresztą, wybór aktorów w wieku dojrzalszym niż postacie okazał się być słuszny – nie sądzę, żeby równolatki bohaterów byli w stanie oddać złożoność ich charakterów.

proca

Przemysław Bluszcz podczas pracy nad słuchowiskiem Cztery róże dla Lucienne, fot. Wojciech Kusiński / Polskie Radio S.A.

W wypadku męskiej obsady Procy urzekają trzy rzeczy – umiejętność skrajnych przemian i subtelnej gry aktorskiej oraz górująca nad tym wszystkim wiarygodność. Bluszcz jako Ilja intryguje odbiorcę w stonowanych momentach równie mocno jak wtedy, gdy opiera się głównie na opryskliwej obcesowości. Anton Przybylskiego potrafi urzec zarówno dobrotliwym, nieoczywistym entuzjazmem, jak i zimną brutalnością. Bliskie mistrzostwu okazują się najintymniejsze sceny. Momentami stają się jakąś niebywałą eskalacją onirycznej delikatności, zwłaszcza po stronie Bluszcza. Wyciszone, często wręcz wyszeptane, zdają się najlepiej oddawać naturę więzi pomiędzy Antonem i Ilją – zbyt dobrej, zbyt czystej dla tego świata.

I wszystko byłoby pięknie (jeśli można użyć takiego słowa w kontekście Procy), gdyby nie ta nieszczęsna Larysa. Rolę wulgarnej sąsiadki oddano Julii Kijowskiej, która pozostaje dla mnie niezbadanym, negatywnym fenomenem. Bardzo zła aktorsko, opierająca niemal wszystkie role na jednym wyrazie twarzy i tembrze głosu, w dodatku często miewająca problemy z dykcją – a mimo to regularnie obecna na małym i dużym ekranie, wychwalana przez krytyków, wielbiona przez część widowni. W Procy nie dość, że jej jednostajny ton, dziwna emisja głosu i nieładna wymowa od razu rzucają się w uszy, to na tle aktorskich wyczynów kolegów z obsady rażą jeszcze bardziej. Larysa na szczęście nie jest zbyt obszerną rolą, ale jednak dość dużą, żeby zepsuć dobre wrażenie.

Mimo specyficznej, nie dla każdego strawnej konwencji i źle obsadzonej jedynej postaci kobiecej, Proca zasługuje na uwagę. Oferuje przede wszystkim to, co teatr radiowy może dać najlepszego – wielowymiarowych bohaterów o wiarygodnych emocjach, którzy potrafią w najczystszy sposób zafascynować, nawet osadzeni w trudnej historii. Tym samym twórcy proponują odbiorcom (i innym artystom) wartościową formę przedstawiania pesymistycznych wizji świata. Intrygującą i prowokującą do myślenia, a jednocześnie nieprzytłaczającą nadmiarem ani przerysowaniem. Dorosłemu słuchaczowi Proca nie zrobi krzywdy, a zapewni doznania artystyczne i odpowiednią dawkę refleksji.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Proca
Realizacja: Teatr Polskiego Radia
Typ: Słuchowisko
Gatunek: Dramat
Data premiery: 22 września 2012
Autor: Nikołaj Kolada
Adaptacja tekstu i reżyseria: Paweł Szkotak
Obsada: Julia Kijowska, Przemysław Bluszcz, Marcin Przybylski

Dodaj komentarz

avatar