[Przy kawie] Fandom wspaniały, tylko ludzie…

otaku no video

Człowiek niestety lub stety tak już ma, że jest zwierzęciem stadnym. Skłonność ta potrafi na różne sposoby ujawniać się w tak wielu dziedzinach naszego życia, że aż dziw. Dotyczy to również czegoś tak na pozór indywidualnego, jak hobby. Bo owszem, przyjemnie jest lubić coś – jakieś zajęcie, artefakty do kolekcjonowania, film, serial, książkę… Ale szybko okazuje się, że coraz częściej nachodzi nas ochota, żeby radością z owego lubienia z kimś się podzielić. Bo w samotności to jednak nie do końca daje satysfakcję. Efekt jest taki, że w większości przypadków prędzej czy później ląduje się w czymś, co się zwie fandomem.

W dobie wszechobecnego Internetu stało się to znacznie łatwiejsze, niż chociażby dwadzieścia lat temu. Wystarczy konto na dowolnym portalu społecznościowym – ze szczególnym naciskiem na Tumblr, zdominowany przez miłośników rzeczy wszelkich. Wtedy przed delikwentem otwierają się wrota Sezamu. Tu jest wszystko. Opowiadania, rysunki, innego rodzaju rękodzieło wszelkie, różnorodne dowcipy i memy, mniej lub bardziej poważne dyskusje. Oraz ludzie. Przede wszystkim ludzie, którzy podzielają tę samą pasję.

Jak to w życiu bywa, czynnik ludzki zawodzi jako pierwszy.

fandom vs real life

Hobby zawsze jest rodzajem wentylu bezpieczeństwa, formą oderwania się od codzienności. Nie lubię określać tego mocnym słowem „ucieczka”, bo eskapistyczna forma zatracania się w zainteresowaniach nie jest moim zdaniem dobrą rzeczą. Ale okazuje się, że nie wszyscy tak to postrzegają. Póki z jakiegoś powodu siedzisz w swojej pasji po uszy, poświęcasz jej cały wolny czas, całą uwagę… ba, nawet oddychasz nią, współtowarzysze fanowania nie wyrażają żadnych obiekcji. Jednak jeśli w pewnym momencie odkryjesz, że potrafisz stanąć trochę z boku i dojść do wniosku, iż nie wszystkie hobbystyczne priorytety są naprawdę takie ważne, zaczynają się schody. Bo tym, którzy zostali w środku, czasem wyjątkowo trudno to zrozumieć.

Może to zabrzmi brutalnie, ale gdy w moim fanowskim życiu zetknęłam się po raz pierwszy z taką sytuacją, pomyślałam sobie: fandom nienawidzi normalności, a pochodzenie jego nazwy od wyrażenia „fanatic domain” nie jest przypadkiem.

Nagle okazuje się, że zwykła sympatia do danego zajęcia czy franczyzy to za mało. Udzielanie się na forach i wyjazdy na konwenty również. Produkowanie fanartów, fanfików, cosplayów czy innych takich dóbr? Takoż. Żeby stać się godnym dostąpienia zaszczytu delektowania się popkulturowym obiektem sympatii, należy oddać mu się w stu procentach. A kiedy to przestaje wystarczać – bo okazuje się, że ukochany tytuł jednak nie spełnia wszystkich naszych potrzeb – trzeba wstąpić na najwyższy poziom fanowskiej wiedzy tajemnej. Czytaj: naginać daną franczyzę i wszystko, co z nią związane, do własnego widzimisię i narzucić to reszcie świata jako jedyną prawidłową drogę funkcjonowania, jako Prawdziwy Fan.

Kilka lat temu, będąc jeszcze naiwną, fandomową gąską, z niekłamanym brakiem zrozumienia obserwowałam pierwsze przebłyski takiego podejścia. Niewielkie grupki robiące, niczym u Szekspira, wiele hałasu o nic. A to bohater powiedział coś koślawego, a to bohaterka na zdjęciu promocyjnym pojawia się w nie takiej pozie, a to jakiś inny detal, na który zapewne większość widzów tudzież czytelników nawet nie zwróciła uwagi. Z tym, że wszystkie te zarzuty zawsze miały – nieproporcjonalnie górnolotne w porównaniu do problemu – podłoże ideologiczne. I krzyku wokół tego co niemiara. Można było się zaśmiać, stwierdzić, że ktoś tu jest jeszcze bardzo młody lub/i ma za dużo wolnego czasu, skoro tak robi z igły widły. Gdyby nie jeden mały szkopuł.

To, że potem było już tylko gorzej.

girls und panzer

Najpierw fanowski świat dowiedział się, że postacie cieszące się najmniejszą popularnością wśród miłośników danego tytułu – najczęściej po prostu nieciekawie napisane albo niedopracowane – padły ofiarą niechęci nie ze względu na powyższe słabości, a z powodu… uprzedzeń rasowych bądź płciowych, panoszących się niecnie wśród widzów. Przy okazji konieczne stało się znalezienie dyżurnego chłopca do bicia, najlepiej bohatera najbardziej lubianego, aby na nim wyładowywać żale związane z „niezrozumieniem” innych fanów wobec wspaniałości niekochanych postaci. Twórcom też zaczęło się obrywać. Serial albo film stawał się zły nie dlatego, że miał kiepską fabułę czy drewniane aktorstwo. Wystarczy, że któryś z głównych bohaterów śmiał wpasować się w jakiś straszny stereotyp, dotyczący rzekomo płci lub koloru skóry, żeby wszystko nagle stało się be. Nieważne, jak bardzo twórcy stawali na rzęsach, aby się w oczach niezadowolonej części widowni zrehabilitować – ich produkt jest „problematyczny” i koniec, kropka. Koniecznie trzeba o tym powtarzać wszystkim, wszędzie i bardzo głośno.

Tylko że fandomowi rycerze sprawiedliwości, w swoim dzikim galopie, zawsze w końcu zaczynają tratować swoich. Inni fani zaczynają się bać wyrażenia własnej opinii, zrobienia kostiumu albo fanartu ulubionej postaci. Bo a nuż się okaże, że zrobili to niezgodnie z ustanowionymi w fandomie zasadami. Wszak można rysować znane postacie dowolnie, nawet na granicy pornografii (nieważne, że to może być franczyza skierowana do nieletnich, bo zawsze można się wykręcić słynną regułą 34 – niewtajemniczonych odsyłam do otchłani Internetu). Ale spróbuj bohatera, oryginalnie będącego przy kości, odchudzić… Na podobnych zasadach zaczęło funkcjonować w oczach niektórych uprawianie cosplayu. Możesz przebrać się za każdego. Tak długo, jak nie posiada on ciemniejszego chociaż o ton koloru skóry niż ty. Oczywiście, żadne z tych obostrzeń nie działa w drugą stronę. Tak czy siak, wystarczy jeden fałszywy krok, a skrzynki odbiorcze delikwentów, którzy śmieli złamać te reguły, zaczną się zapełniać pełnymi miłości wiadomościami w rodzaju życzeń powolnej i bolesnej śmierci w łagrze. Usprawiedliwionymi, bo przecież „chodzi o równość”. Wtedy to wszystko przestaje być zabawne.

doctor evil

Ktoś powie, że to skrajne przypadki. W dodatku, w lwiej części mające miejsce w środowiskach zagranicznych. Owszem. Tylko dlaczego w ostatnich kilku latach można zaobserwować ich coraz więcej, również na polskim fanowskim horyzoncie? Dlaczego coraz trudniej jest funkcjonować w fandomach, w żaden sposób nie odczuwając ich wpływu?

Co gorsza, problem staje się jeszcze poważniejszy, gdy takie teoretyczne wyjątki stają się na tyle głośne, że zaczynają zyskiwać w danym fandomie posłuch, czy też – kolokwialnie mówiąc – fejm. Pojawiają się różne blogi czy strony, opierające swoje istnienie na jakiejś skrajności. Autorzy, administratorzy lub członkowie redakcji uznają na przykład, że kanon serialu X to tylko i wyłącznie odcinki do któregoś tam sezonu, a wszystko, co zostało nakręcone później, śmierdzi zgniłą skarpetą i żaden prawdziwy fan nie tknie tego nawet kijem. Albo, że nie można tak po prostu oglądać lub czytać tylko dla przyjemności, chcąc dać umysłowi chwilę wytchnienia od bombardującej go z różnych stron medialnej mieszanki polityczno-społecznej. Koniecznie trzeba obrać jakieś podszyte ideologią stanowisko i przez nie patrzeć na całą franczyzę. Oczywiście przez „jakieś” rozumiemy to zgodne z poglądami redakcji, będące jedynym słusznym kluczem do interpretacji. Nawet, jeżeli często okazuje się, że dość grubymi nićmi szytym.
A że przy okazji polaryzuje się środowisko, dzieli się je na lepszych i gorszych, chociaż rzekomo głosi się ideały równości i sympatii dla każdego fana? Co tam.

Pojawi się tu czy ówdzie taki Winkelried fandomów i niemal od razu zbiera wokół ludzi podobnych sobie. Nie da się ukryć – proponowana przez takich przedstawicieli środowiska wizja jest uroczo prosta i obezwładniająco atrakcyjna. Nikt nie będzie cię do niczego zmuszał. To, co aktualnie sobą reprezentujesz, jest święte i nie wolno tego ruszać pod karą śmierci. Nie gódź się tylko z tym, czego nie da się zmienić. Rzeczy, nad którymi można popracować, też sobie odpuść, bo po co się męczyć? Po co wychodzić z domu, uprawiać sporty, próbować porozumieć się z ludźmi? Po co to wszystko, skoro łatwiej jest przyzwyczaić się do słabości niż je zwalczać i wystawić się na to straszne, nieznane nowe? Jeśli ktoś „z zewnątrz” nazywa to marazmem czy nawet widzi w tym głębszy problem, to zwyczajnie kłamie. I w dodatku jest nietolerancyjną świnią, bo to wszystko, czego świat od ciebie wymaga, jest tylko sztucznym społecznym konstruktem. A twój ukochany tytuł znajdzie usprawiedliwienie na wszystko. Jeżeli jakimś cudem nie, to na pewno ktoś dokona na twoje potrzeby odpowiedniej twórczej interpretacji. Żadnego wyciągania ze strefy komfortu, mięciutkiej jak – cytując klasyka – dobrze ugnieciony kit z okien.

Ironiczne wydaje się osadzenie tego wszystkiego w kontekście nieustającej walki różnych fandomów i ich okolic, z funkcjonującym stereotypem nerda (czasami utożsamianego – nie mi oceniać, czy słusznie – z geekiem). Każdy chyba kiedyś o nim słyszał. Brak zdolności społecznych i interpersonalnych, rekompensowany lub powodowany totalnym pogrążeniem się w zainteresowaniach (zwłaszcza niszowych), do tego łączący się z zaniedbanym wyglądem zewnętrznym. Od lat miłośnicy rzeczy różnych starają się udowadniać, że istnienie takich ludzi należy włożyć między bajki – albo amerykańskie komedie dla młodzieży – a oglądanie mało znanych serii science-fiction, czy zbieranie lalek Barbie wcale nie wyklucza się z tak zwanym normalnym życiem i nie prezentuje żadnej formy infantylizmu. Tylko, że cały misterny plan bierze w łeb, kiedy na pierwszą linię wysuwają się fani zebrani w ciepłych kręgach adoracji. Rzecz jasna, oni też oprotestowują krzywdzący schemat, ale… Oczywiście, są w stanie połączyć się w społeczność. Relatywnie nie tak wielką, i często opartą głównie na kontakcie internetowym, ale zawsze jakąś. Owszem, prowadzą bardzo szczegółowe i poważne w wydźwięku dyskusje (to nieistotne, że na dość błahe tematy). Z tym, że za chwilę podnoszą larum i kruszą kopię na wszystkim, co się rusza, o obrażający ich napis na koszulce, której tak czy siak by nigdy nie kupili.

jack sparrow

Potem jest tak, że ci ludzie dopinają swego. Fandomy pustoszeją, opuszczane przez tych, którzy przestraszyli się panującej w nich atmosfery albo usłyszeli, że nie są prawdziwymi fanami, zapewne nigdy nimi nie byli i w ogóle nikt ich tu nie potrzebuje. Branżowe strony, zamiast publikować wartościowe i rzeczowe niusy czy recenzje, skupiają się na ideologicznych perorach, podpartych wątpliwej jakości argumentacją. Zaś za sprawą twórców, którzy wyczuwają odbiorcze nastroje, czczone tytuły zmieniają się z ciekawych, atrakcyjnych dla wielu odbiorców produkcji w smutne „fanfesty”, podporządkowane mało wyrafinowanemu schlebianiu garstce twardogłowych miłośników. Ci wprawdzie piszczą z zachwytu, cieszą się idealnie dostosowanym do swoich potrzeb fanowskim światkiem, ale z drugiej strony jednak czasem myślą sobie – dlaczego moja ulubiona produkcja nie jest popularna? Dlaczego nie mogę wciągnąć nikogo do wspólnej zabawy? Dlaczego nikt nie rozumie mojej pasji?
Dobra. Może to brzmi jak czarna wizja. Ale to się zaczyna. Mamy już pierwsze ofiary w serialach. W fandomach zresztą też.

Nie wiem jak wy, ale gdy ja sześć lat temu zakładałam konto na Tumblrze, z zamiarem poznawania mieszkających na całym świecie fanów moich ulubionych tytułów, zupełnie nie tak to sobie wyobrażałam.

Dagmara „Daguchna” Niemiec

Dagmara „Daguchna” Niemiec

Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Aktualnie uczy się w Akademii Filmu i Telewizji, jak zostać reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się 100-stronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych (http://daguchnatoja.blog.onet.pl).
  • Agata BB

    Powiem szczerze, ze juz dawno temu machnelam reka w stronu zbiorowego fandomu. Miej zdanie inne, niz reszta ekipy, to zaraz wywoluja gownoburze. Albo interesuj sie powszechnie uwazana za ch uj owa postacia, to tez nie masz zycia. A jak zaczelo byc popularne naskakiwanie na “whitewashing”, to szlag mnie trafil. Szkoda, ze nie dziala, to w druga strone – ze nie mozemy miec bialoskorych ludzi cosplayujacych czarnoskore postacie, albo postac narysowana z jasniejsza karnacja, ale czarna Hermiona jest jak najbardziej okej, sikam bo taka piekna. Jest pulchna postac? Sprobuj zrobic z niej chudzine. O! Ta postac nie jest homo? Popatrz, juz jest!

    Niestety w druga strone nie mozna juz się bawić i fantazjowac.

    Zdenerwowalam sie 😐

    • Daga

      Keep calm and… coś tam coś!

      Niestety mi wyjście zajęło trochę czasu i chyba dopiero ostatnio naprawdę poczułam, że z tego wypadłam. Może byłam/jestem trochę naiwna, ale mam kupę żalu, bo cholera, jak zaczynałam, to takich akcji nie było, wszyscy żyli w świętym spokoju i ogólnie fandom wyrażał zgodność etykiety z zawartością. Stąd ten tekst. Teraz się wyżyłam i mogę odejść z tematu :v

  • Aleksandra Bielak

    Cała prawda o fandomach. Najgorsze są shipy. Taaa, dawaaaj, sparujmy 14 latkę z gościem od niej starszym! Co, nie podoba wam się? Jak śmiecie, przecież to nie jest nic złego!
    Takie rzeczy tylko w pewnym fandomie. Produkcja kierowana do dzieci/nastolatków, wspomnianą wyżej parę bohaterów łączy relacja brat-siostra (bo to faktycznie przyjaciel starszego brata dziewczyny), podchodząca momentami nawet pod ojciec-córka.
    Ale dla nawiedzonych fanów to nie ma znaczenia. Ship i już.
    Tak samo: zróbmy gejów z 2 kumpli. Zróbmy gejów z mistrza i ucznia. Zróbmy gejów z dwóch postaci, które się w serialu spotkały raz.
    Dlatego trzymam się na obrzeżach tumblera i większość burz przechodzi bokiem

    • Daga

      Mnie tam shipy w większości same w sobie nie bolą. Bardziej to, jak próbuje się wepchnąć je wszystkim do gardła. Acz przyznaję, robienie z każdej relacji jednopłciowej relacji homoseksualnej wkurza mnie jako spłycanie zamysłów autorów (żeby w XXI wieku chłop z chłopem nie mógł… się przyjaźnić) i fetyszyzowanie związków homo – które wcale nie jest objawem bycia tolerancyjnym, jak się niektórym wydaje.

      • Aleksandra Bielak

        Powiem tak – większość mi nie przeszkadza. Ale sytuacje podpadające pod pedofilię/zoofilię już tak. Ale nie można zwrócić uwagi autorowi, bo foch.
        Czytałam wiele fanfików, niektóre powinny zostać wydane jako książki, ale…
        w sytuacji gdy fandom rozłamuje się na 2 części (‘nieplatoniczny związek 14-latki z 25 latkiem jest super’ oraz ‘ej, coś tu jest nie halo’) i ta pierwsza pozbawia drugą prawa sprzeciwu (‘jesteście tacy nietolerancyjni’)… To staje się już chore.

        • Agata BB

          A mnie tam shippy akurat nie grzeja ani nie chlodza. Bardziej denerwuje mnie to, ze skoro w jedna strone mozna zrobic pare – np z hetero na homo, to sytuacja odwrotna nie moze miec miejsca, bo srodowisko lgbt zaraz czuje sie zaatakowane.

          A co do różnić wiekowych/gatunkowych nie mozemy zapominac, ze w jp naprawde papier moze przyjac wszystko.

    • Libelo

      A mnie akurat shipy w ogóle nie przeszkadzają. Niestety, w kierowanych do mas dziełach często do romansów między postaciami podchodzi się bardzo zachowawczo, wybierając najprostszą, a przez to też najnudniejszą ścieżkę. A miłość bywa skomplikowana i nie dziwi mnie, że ludzie chcieliby ją czasem taką zobaczyć, bo wywołuje to zupełnie inne emocje u odbiorców. Tak powstają wszystkie rodzaje fanfików, nie tylko te shipujące.
      Ludzie generalnie chcieliby widzieć miłość wszędzie dookoła i nie uważam tego za nic złego. Pewnie, część relacji ulega fetyszyzacji, ale sama chęć zobaczenia czasem czegoś mniej zachowawczego i emocjonalnie trudniejszego jest moim zdaniem naturalna.

  • Ja tu widzę jakąś wyidealizowaną wizję fandomu, który nigdy nie istniał i nigdy nie istnieje, bo ludzie zawsze byli i zawsze będą przesadnie zapaleni wobec swoich zainteresowań 😛
    Ktoś się bawi w dziwne shippingi? Luz.
    Ktoś uważa, że jesteś zjebany, bo się nie bawisz w takowe? Patrzysz, mówisz “aha” i robisz dalej swoje.
    Ktoś nie lubi być ignorowany? Patrzysz, mówisz “no dobra, spierdalaj” i dalej robisz swoje.
    Akurat wziąłem shipy jako przykład, bo był najbardziej pod ręką, ale to się tyczy każdego dziwactwa fandomowego.

    W chwili gdy człowiek zapomina, że fandom składa się z istot ludzkich i że one od zawsze są mniej/bardziej , to się do fandomu zraża 😛

    • Daga

      W takim razie znajdź mi jedno mocne wytłumaczenie, dlaczego przez kilka lat, które spędziłam po fandomach, dopiero ostatnich parę było festiwalem ekstremy? Odpowiedź, że do tej pory idealizowałam, odpada – ludzie bywali rąbnięci, ale nie w stopniu opisanym w tekście 😛

      • Nie mam bladego pojęcia – szczęście? Bo ja od samego początku swojego jestestwa fandomowego widzę cały przekrój i już od pierwszego dnia miałem styczność z osobami, które były najcudowniejszymi osobami jakie znam i z takimi, które jakbym mógł bez świadków zostawić na torowisku pociągu, to zrobiłbym to bez wahania.

        Fandom to ludzie, ludzie są różni. Nawet wśród ludzi deklarujących się jako neonaziści można znaleźć kogoś, kto okazuje się być jednak czymś więcej niż heilującym pojebem. Co zrobisz? :<