Nie ma chyba lepszej nocy do oglądania horrorów niż Halloween! Horrory są różne, czasem wręcz bawią, zamiast straszyć, ale chyba sporo z Was przynajmniej raz w życiu widziało tak straszny lub dziwny horror, który trwale odciskał się w pamięci. Poradziliście już sobie z tymi produkcjami? A może nadal boicie się do nich wracać? Z okazji dzisiejszego Halloween mamy dla Was zbiór cokolwiek ciekawych filmów. Być może zechcecie dopisać je do swoich list „do obejrzenia”… lub omijać szerokim łukiem! Przekąski i napoje gazowane w dłoń, oto przed Wami dzieła, które na różne sposoby zniszczyły psychikę części redakcji NTG!

Nie bój się ciemności

Angi: Nie bój się ciemności

Nigdy nie lubiłam horrorów. Moja i tak już spaczona wyobraźnia nie powinna być prowokowana do dalszych popisów, gdyż działa to wyjątkowo negatywnie na moją delikatną psychikę. W wieku lat szesnastu byłam wielką fanką Keitha Thompsona – kanadyjskiego artysty freelancera. Kupowałam książki i kursy rysunku z jego artami, namiętnie śledziłam wszelką jego aktywność. Przeglądałam blogi, zamówiłam jeden z artów na osiemnastkę, a wisienką na tym popapranym torcie był film Nie bój się ciemności, w którym to jego rysunki zdobiły ściany piwnicy wiktoriańskiej posiadłości. Warto wspomnieć, że rzeczony film należał do wcześniej wspomnianego i znienawidzonego przeze mnie gatunku, lecz czego to się nie robi dla obiektu westchnień?

Nie bój się ciemności

Spełniona i szczęśliwa, że moje pieniądze trafią do kieszeni ulubionego ilustratora, doszłam do wniosku, że głupio byłoby nie obejrzeć owocu jego artystycznego geniuszu. Z lekkim niepokojem zasiadłam więc do oglądania teoretycznie oklepanej i wybitnie nierealnej historii. Oto mała dziewczynka przeprowadza się wraz z ojcem i macochą do starej, wiktoriańskiej posiadłości, która w swych piwnicach skrywa pradawne zło. Oczywiście, że przejście do owych piwnic zostało zamurowane, a dziwna dziura w ścianie zablokowana ciężką kratą. Podobnie mała, pomimo przestróg rodziców, włazi tam, ignoruje malowidła przedstawiające zjadane, przerażone dzieci, i zaczyna gadać z wybitnie podejrzanymi oraz niepokojącymi stworkami przez kraty. I jakże by inaczej: pod ich namowami i przez obietnicę fantastycznej zabawy pozbywa się kraty, a wstrętne gnomy rozbiegają się po całej posiadłości, zaczynając polowanie na głupiutką dziewczynkę. Potwory te żywią się bowiem ludzkimi kośćmi, które od wieków składane im były w ofierze – szczególnie upodobały sobie mleczaki i dziecięce szkielety. Sally, bo tak ma na imię owo naiwne dziecię, próbuje prosić zajętych renowacją posiadłości rodziców o pomoc, lecz słyszy jedynie, że czające się w mroku gnomy to tylko wytwór jej wyobraźni, która pod wpływem stresu i rozstania z matką, stworzyła ucieleśnienie jej lęków.

Nie bój się ciemności

Zarówno fabuła, jak i gra aktorska były proste jak instrukcja obsługi cepa, a jednak film sprawił, że ożyły wszystkie moje dziecięce koszmary, a potwory spod łóżka zmaterializowały się przed moimi oczami. Cały seans spędziłam zawinięta w koc, oddychając przez materiał i zostawiając jedynie wąską szparkę na oczy. Tę noc spędziłam opatulona kołdrą jak burrito, pilnując, by żadna kończyna nie wystawała poza magiczną granicę łóżka. O włączonej lampce już nie wspomnę. Zawsze bałam się ciemności, niemniej dzięki Nie bój się ciemności, boję się jeszcze bardziej. Dzięki, Keith, nigdy nie czułam się tak bardzo zdradzona.

[Rec]

Idris: [Rec]

Był taki okres w moim życiu, kiedy filmy grozy oglądałam z zapałem godnym lepszej sprawy, pochłaniając kolejne przerażające sceny, jedna za drugą. Nic zatem dziwnego, że będąc młodą i wybitnie naiwną istotą, dałam się na ten horror wyciągnąć do kina. Wszystko zaś przez to, że nierozważnie postrzegałam to jako genialny sposób na spędzenie czasu i świetny pomysł na randkę. Przecież nie tak dawno temu zaśmiewałam się w najlepsze na maratonie filmów grozy, na który wybraliśmy się wraz z przyjaciółmi – wspólnie wytykaliśmy poszczególnym produkcjom idiotyzmy i naprawdę miło spędziliśmy czas. Co na seansie [Rec] mogło pójść nie tak?

[Rec]

Okazało się, że tym razem nie było tak wesoło. Pomysł na realizację tego horroru nie należał do szczególnie nowatorskich. To samo można powiedzieć o jego pozornie niewinnej fabule – oto młoda dziennikarka ma za zadanie zrobić reportaż o pracy strażaków. W tym celu zamierza towarzyszyć im na kilku interwencjach. Jednak już pierwsza ma być tą niezapomnianą, która przerodzi się w koszmar nie tylko dla bohaterów… ale również dla mnie. Podejrzewam, że i pośrednio dla mojego najbliższego otoczenia (wiecie, te podskoki na fotelu, zduszone okrzyki i palce zaciskające się na ręce towarzysza nie mogły należeć do pozytywnych urozmaiceń seansu, nie mówiąc już o tym, że z powodu wyboru atrakcji randka okazała się niewypałem).

[Rec] zagrał na tych strunach moich lęków, które odezwały się dźwięcznym echem i sprawiły, że film oglądałam przez palce, boleśnie odczuwając każdą jego minutę. Duże znaczenie miał tutaj nie tylko sposób dozowania napięcia, ale również budowanie niepewności na tym, że widz nie zna przyczyn całego zamieszania. Dodatkowo wszystko kręcone było tak, by sprawiało wrażenie amatorskiego nagrania, siłą rzeczy budując poczucie, że jesteśmy w tym piekle wraz z bohaterami, a chwile, w których coś znienacka pojawia się w polu widzenia, były dodatkowo podkreślone upadkiem kamery lub inną reakcją osoby kręcącej rzekomy reportaż. Przyznam szczerze, że nie pomagało to w opanowaniu mojego strachu, wręcz przeciwnie – potęgowało go.

[Rec]

W efekcie [Rec] okazał się być produkcją, która skutecznie wyleczyła mnie z miłości do horrorów i dobrowolnego wzbudzania w sobie strachu. Film zafundował mi również kilkuletni odwyk od tego gatunku, który przerywałam jedynie w bardzo kontrolowanych warunkach, czyli oglądając horror w bezpiecznym bunkrze z koców oraz w towarzystwie znajomych, których w krytycznym momencie mogłam po prostu… zagadać albo potraktować jako pretekst, żeby wyjść do kuchni (w końcu zabrakło picia lub skończyły się przekąski, zatem trzeba było je donieść). Tak, [Rec] bez wątpienia zniszczył mi psychikę, chociaż zastanawiając się nad tym na spokojnie, nigdy nie byłam w stanie stwierdzić dlaczego – przecież wcześniej widziałam już podobne horrory i żaden nie wywarł na mnie takiego wrażenia. Cóż, profilaktycznie nie będę wracać do tej produkcji, by przekonać się, czy wciąż tak na mnie działa.

Nadzy i rozszarpani

Pottero: Nadzy i rozszarpani

To był początek lat 90., kiedy triumfy święciły jeszcze wideokasety. Wiecie, to nie te czasy, że zakładało się hasło na komputer czy filtry rodzicielskie, które dość skutecznie mogły odcinać dzieci od niepożądanych treści. Mój ojciec, jak chyba większość ojców, miał zamykaną na klucz półkę, gdzie trzymał kasety, których nie powinniśmy z rodzeństwem oglądać. No ale że jako sześciolatek za wszelką cenę chciałem zobaczyć, co tam trzyma, to kiedy rodziców nie było, brałem klucz (który, jak się ojcu zdawało, był dobrze i zmyślnie schowany) i zapoznawałem się z tą zakazaną wideoteką. Jakie tam były cuda! W sumie większość z nich zniszczyła mi psychikę. Kaligula Tinta Brassa to rzecz dość znana, więc chyba nie trzeba się nad tym tytułem rozwodzić. Caryca Katarzyna, taki erefenowski pornos z lat 80., w niektórych kręgach kultowy, zniszczył mnie seksem Katarzyny z koniem. Ale największe „wrażenie” zrobili na mnie chyba Nadzy i rozszarpani, film szerzej znany pod tytułem oryginalnym – Cannibal Holocaust.

Nadzy i rozszarpani

Wierzcie mi, nie chcielibyście jako sześciolatek oglądać czegoś, co stanowi połączenie pornosa z poronioną produkcją, w której – jak sam tytuł wskazuje – ludzie zjadają się nawzajem i robią sobie bolesne kuku. Nie pytajcie mnie, po co to oglądałem, skoro wiedziałem, że to jest po prostu złe – równie dobrze możecie zapytać dowolnego małolata, dlaczego robi coś, czego nie powinien. Nie napiszę tutaj obszernego elaboratu na temat tego, dlaczego mnie ten film skrzywił, bo to chyba oczywiste. Wtedy było to dla mnie szokujące i nie doszukiwałem się w tym żadnych większych wartości. Po latach warto jednak docenić ten film jako nawet nie jeśli prekursora, to propagatora nurtu found footage – kto wie, czy bez Nagich i rozszarpanych powstałoby Blair Witch Project albo gatunek mokumentu. A przy okazji można pooglądać całkiem niezłe zdjęcia i scenografie oraz posłuchać świetnej muzyki Riza Ortolaniego, której „anielskość” doskonale kontrastuje z brutalnością samego filmu. Ale czy warto go oglądać? No cóż, niekoniecznie – nie jest to jednak arcydzieło, a bardziej ciekawostka dla ludzi o nieco mocniejszych nerwach.

Nadzy i rozszarpani

PS A tak w ogóle to nie jestem pewny, czy to byli Nadzy i rozszarpani. Równie dobrze mógł to być Cannibal ferox, film z podobnego okresu i o podobnej tematyce, bo w latach 80. sporo jednak powstało „włoszczyzny” o kanibalach, która później (oficjalnie lub nieoficjalnie) trafiała do Polski na wideokasetach.

Znaki

Deneve: Znaki

Nie jestem typem osoby, na której horrory wywierałyby jakiekolwiek większe wrażenie. Często mnie śmieszą, rzadziej straszą. Nie lubię jumpscare’ów. Nie tyle, co mnie przerażają, raczej irytują. Wiecie, nie czujecie tego uczucia niepokoju, tylko ten moment, w którym coś nagle pojawi się na ekranie lub gdy twórcy postanowili wstawić gdzieś niesamowicie głośny dźwięk… bo tak. Ot, chwilowy dyskomfort.

Psychikę zniszczył mi film Znaki. Oglądałam go, kiedy miałam maksymalnie dziesięć lat. Puszczany był chyba pierwszy raz na jakimś kanale telewizyjnym. To była taka nowość, wow i w ogóle, a rodzice oboje pracowali akurat na wieczorne zmiany, więc zostałam sama w domu. Idealny moment na to, by pooglądać trochę kreskówek, co nie? No nie do końca, bo „za moich czasów” Cartoon Network po godzinie 22:00 zamieniał się w TCM, a innych platform z bajkami nie mieliśmy wykupionych lub nocą nie emitowano na nich żadnych produkcji.

Znaki

Dlatego też przeskakiwałam po kolejnych numerkach na pilocie, przerzucając coraz dziwniejsze produkcje. A to wróżki, wróżbitów oraz inne taroty, filmy z kategorii „dla dorosłych” z prężącymi i wdzięczącymi się paniami, aż wreszcie trafiłam na normalny film. To znaczy tak wtedy myślałam. Był to horror, dokładniej wspomniane już Znaki. Wyglądał niegroźnie, dopiero się zaczął, a ja i tak nie miałam nic lepszego do roboty, a przecież nie chciałam być mięczakiem, co chodzi spać po „dobranocce”, kiedy ma wolną chatę, co nie?

Graham Hess (Mel Gibson) to pastor, który po śmierci swojej ukochanej żony, stracił wiarę. Pozostawiony z dwiema córkami, przeprowadził się na farmę, gdzie próbuje poukładać sobie życie. Graham oraz dziewczynki wiodą, zdaje się, spokojny żywot, dopóki nie znajduje w polu dziwnych znaków. Jak się później okazuje – znaki nie są dziełem ludzkiej ręki i pojawiają się w różnych miejscach na świecie. Oto kosmici przybyli na Ziemię.

Znaki

Z perspektywy czasu naprawdę nie potrafię powiedzieć, co mnie w tym filmie tak bardzo przeraziło. Pamiętam dokładnie jedną scenę, w której Graham miał walczyć z kosmitami – wydaje mi się, że tak naprawdę nigdy faktycznie nie pokazano całych sylwetek obcych najeźdźców, ale teraz nie jestem tego pewna – przez szparę pod drzwiami wysunęło się paskudne łapsko, którego palce Graham obciął. Z całej produkcji pamiętam głównie ten moment, więc to on musiał wywrzeć na dziesięcioletniej mnie największe wrażenie, choć byłam przerażona po całokształcie filmu. Do czego oczywiście przenigdy się nie przyznałam (potraktujcie to jako mój swojego rodzaju coming out!).

Ostatecznie spałam z kilkoma szklankami wody przy łóżku (SPOILER kontakt z wodą sprawiał kosmitom ból KONIEC SPOILERA) – chociaż powiedzenie, że „spałam” jest tu mocnym nadużyciem – a potem przez długie, długie lata nie dałam się zmusić do obejrzenia kolejnego horroru. Na szczęście, kiedy już zdecydowałam się na oglądanie tego typu filmów, przestały mnie przerażać. Może wyczerpałam swój limit strachu na jednym horrorze?

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Anna Krupa Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Anna Krupa
Gość
Anna Krupa

Z podanego zestawienia oglądałam tylko Rec i Znaki 😛 ona horrory średnio przypadły mi do gustu 🙂