Kobiety w grach komputerowych! Jakże to (nie)wdzięczny temat! Do jednych czujemy sympatię i obchodzimy się z nimi jak z jajkiem, inne wywołują w nas, mężczyznach, najprymitywniejsze instynkty, uruchamiając ukryte przez ewolucję organy produkujące jad. Dożyliśmy takich zabawnych czasów, kiedy galopująca poprawność polityczna sprawiła, że istnieją tylko „my” i „oni”. Nie można być pośrodku, bo „my” powiedzą, że należymy do „nich”, a „oni” – że do „nas”. Ja mimo tego staram się w tym zachować neutralność. Niech te zwaśnione stronnictwa sobie na mnie plują i przypisują do swoich wrogów. Pozwólcie, że – mając pełną świadomość czynu i tego, że zostanę zjechany – opowiem wam, co mi się nie podoba w tym, jak obecnie podchodzi się do postaci kobiecych w grach.

Tekst ten powstał przy współudziale koleżanek z redakcji (i nie tylko) oraz ponad 200 pań, które poświęciły swój czas na udział w ankiecie dotyczącej kobiet w grach komputerowych. Podsumowanie ankiety znaleźć można na drugiej stronie. Wszystkim paniom, które pomogły w napisaniu tego felietonu, dziękuję serdecznie za współpracę!

Bodźcem do napisania tego tekstu był rok 2018, kiedy obecność postaci kobiecych w grach stawała ością w gardle Białym Heteroseksualnym Mężczyznom, będącym – jak wiadomo – jedynymi namaszczonymi, którzy mają prawo grać w gry komputerowe. Bodaj największe szambo związane z kobietami wybiło, kiedy opublikowano pierwszy zwiastun Battlefield V. Gracze od razu zaczęli hejtować EA i DICE, zarzucając im, że gra jest zbyt kolorowa, że bezmyślna rozpierducha, że nie godzi się II wojny światowej ubierać w takie szaty. A przede wszystkim: co to, do cholery, za baba z protezą?! Przecież kobiety wtedy nie walczyły, a co najwyżej siedziały w lazaretach! Odrobinę lepiej wykształcony człowiek wie, że to nieprawda. Nawet jeżeli było ich nieporównywalnie mniej niż mężczyzn, to pani chwytały za broń i walczyły w II wojnie światowej, odnosząc przy tym sukcesy. Skąd więc wziął się ten cały hejt na Battlefield V i przedstawienie weń kobiet?

Jestem seksistą, rasistą i homofobem. I dobrze mi z tym

„My” powiedzą, że to fałszowanie realiów historycznych i robienie parodii z tak ważnego wydarzenia. „Oni” stwierdzą prawdopodobnie, że nieprawda – jesteście mizoginami i seksistami, po prostu nie podoba wam się, że w strzelance są kobiety. Wydaje mi się, że w tym konkretnym przypadku bliżsi prawdy są „my”. Nikt przecież nie narzekał na Anię w nowych Wolfensteinach, Zarę w Battlefieldzie 1 czy Khai w Battlefieldzie: Hardlinie. Faceci nie mają oporów, żeby wcielać się w Larę Croft, Bayonettę czy BloodRayne, a w mordobiciach wybierać Chun-Li albo Sonyę Blade. Wszystkie wymienione postacie to silne fajterki, które są dobre w swoim fachu i nikomu to nie przeszkadza. Stąd jestem zdania, że rację mają ci, którzy narzekają, kiedy postacie kobiece wpycha się do gier na siłę, w imię parytetów, inkluzyjności, różnorodności. Zwłaszcza do gier, w których takie przedstawienie kobiet burzy jednak pewną przyjętą konwencję.

Ktoś mógłby powiedzieć, że postacie, które wymieniłem w poprzednim akapicie, są lubiane przez mężczyzn ze względu na przeseksualizowanie. Ale w takim razie co z np. Max z Life is Strange, Jade z Beyond Good & Evil, Kate Walker z Syberii, Jill Valentine z Resident Evil, Aloy z Horizon: Zero Dawn, Nilin z Remember Me, Violette Summer z Velvet Assassin, Ellie z The Last of Us i z setkami innych kobiecych protagonistek? Nikomu nie przeszkadzają, mężczyźni nie mają oporów, żeby się w nie wcielać. A dlaczego? Niechybnie dlatego, że są one naturalne. I nie chodzi o wygląd, a o to, że – tak jak te wymienione w poprzednim akapicie – umieszczono je w grach naturalnie. Zostały od początku do końca tak wymyślone i napisane przez scenarzystów, mają osobowość, a nie są wrzucone na siłę, żeby zamknąć usta domagającym się tego bojownikom o sprawiedliwość społeczną.

Nie zrozumcie mnie źle: nie przeszkadza mi to, że w trybie wieloosobowym można grać kobietą, bo tryb ten rządzi się swoimi prawami. Gorzej jest w kampaniach fabularnych w grach, których twórcy – przynajmniej w marketingu – odwołują się do historii. Dla przykładu, Battlefield V miało rzekomo przedstawiać mało znane albo w ogóle nieznane wydarzenia z II wojny światowej. Zamiast trzymać się historii, DICE postanowiło zaprezentować nam własną interpretację dobrze udokumentowanego epizodu historycznego znanego jako bitwa o ciężką wodę. W kampanii Nordlys wcielamy się więc nie w mężczyzn, którzy brali udział w tych wydarzeniach, a obserwujemy zmagania matki i córki. Po co? Bo parytety, bo EA kazało, bo inaczej bojownicy o sprawiedliwość społeczną mieliby używane?

Ale, na Teutatesa, czy nie można było po prostu wybrać jakiegoś epizodu, w którym kobiety faktycznie brały udział? Po co zmieniać historię, trochę negując przy tym poświęcenie mężczyzn? Zwłaszcza w dobie powszechnego dostępu do Internetu, kiedy każdy może sprawdzić, jak było naprawdę, a potem pluć na forach jadem, że w imię różnorodności zakłamuje się historię. Czy opowiedzenie o wydarzeniu z udziałem kobiet nie uhonorowałoby lepiej ich poświęcenia i roli, jaką odegrały w II wojnie światowej? Mizogini po wyguglowaniu takiej informacji nie mogliby zarzucić kłamstwa scenarzystom, a kto wie – może chociaż kilku zainteresowałoby się tematem kobiet na wojnie. Najwidoczniej jednak lepiej jest pozmieniać historię, byle tylko umieścić w scenariuszu jakieś kobiety. A potem powiedzieć graczom, żeby się odwalili, a jak im się nie podoba, to niech nie kupują i nie grają. Tym samym de facto pokazując środkowy palec docelowej grupie swoich odbiorców, a kilka miesięcy później przeceniając grę o połowę tuż po premierze, bo liczba sprzedanych egzemplarzy się nie zgadza.

Jestem seksistą, rasistą i homofobem. I dobrze mi z tym

Innym ciekawym ubiegłorocznym przykładem zakłamywania historii w imię inkluzyjności jest Assassin’s Creed: Odyssey. Scott Phillips, reżyser gry, w wywiadzie dla magazynu „Game Informer” stwierdził, że był „zaskoczony”, kiedy odkrył, że 2/3 graczy zdecydowała się grać Aleksiosem. Wewnętrzne testy pokazywały bowiem, że proporcje wynosiły niemal pół na pół, z lekką przewagą Kasandry. Ubisoft wydał grube miliony na promowanie gry tą postacią, uczynił ją kanoniczną bohaterką powieści, a mam wrażenie, że nawet kazał nią ogrywać egzemplarze recenzenckie. A mimo to, gracze mieli czelność wybrać postać mającą być tylko alternatywą. Świetnie pokazuje to, w jakim oderwaniu od rzeczywistości żyją deweloperzy i wydawcy: wydajmy miliony na różnorodność i promowanie postaci kobiecych, a większość graczy – ci, którzy stanowią lwią część naszego docelowego targetu – i tak wybierze mężczyznę. A kto wie, czy niesmak odbiorców nie będzie się ciągnął w kolejnej części, jeśli scenarzyści będą odwoływać się do Kasandry, a nie do Aleksiosa, którym zagrała większość.

Głównym powodem, dla którego wybrałem Aleksiosa, było to, że zawsze gram mężczyzną, jeżeli oferuje mi się wybór. Ale jest jeszcze inna sprawa: seria Assassin’s Creed od samego początku stawiała na to, żeby trzymać się realiów historycznych na tyle, na ile to tylko możliwe. Owszem, pojawiają się w niej animusy, tajemnicze artefakty, prastare cywilizacje czy mityczne bestie. Od zawsze jednak elementy fantastyczne wplatano do produkcji starających się jak najwierniej odwzorowywać realia epok, w których się rozgrywały. Nie bez powodu gry z serii mogły stanowić interesujące uzupełnienie lekcji historii. Chociaż twórcom zdarzały się mniejsze lub większe potknięcia, a czasem naginali coś na potrzeby scenariuszy, to mimo wszystko starali się, żeby fantazja nie przysłoniła autentyzmu. Czy komukolwiek przeszkadzała Aveline de Grandpré z Liberation – nie dość, że kobieta, to jeszcze Murzynka? Nie sądzę, bo postać ta została dobrze osadzona w kontekście historycznym. Podobnie było z Evie Frye z Syndicate.

Przy Odyssey Ubisoft jednak mocno odpłynął. Granie Kasandrą jest po prostu nie na miejscu dla kogoś, kto choć trochę interesuje się historią starożytną – a najnowsza odsłona trafia akurat na okres, który lubię i który mnie interesuje. Przypomnijmy, że Kasandra pochodziła ze Sparty, gdzie kobiety miały nieco więcej swobody niż w innych polis. Mogły chociażby zarządzać majątkami, a nie tylko być ich ozdobami, wynikało to jednak w dużej mierze z tego, że ich mężowie wiele czasu przebywali na wojnach, więc to na nie spadały takie obowiązki. Mimo to, oczekiwano od nich przede wszystkim, że będą wydawać na świat wspaniałych wojowników i zajmować się domem – także finansami. Co prawda historia zna epizody, kiedy Spartanki chwytały za broń, jak miało to miejsce chociażby z królową Archidamią, były to jednak przypadki incydentalne. Podobnie jak w innych polis, spartańskie kobiety nie mogły wstępować do armii czy zajmować się polityką. Z prostego powodu: nie były obywatelkami – ten przywilej był zarezerwowany wyłącznie dla mężczyzn. Smutna prawda jest taka, że w starożytnej Grecji bodaj najwięcej przywilejów miały… prostytutki.

Jestem seksistą, rasistą i homofobem. I dobrze mi z tym

W związku z powyższym, niezmiernie bawi w Odyssey scena, w której Nikolaos uczy Kasandrę fechtunku i wyraża nadzieję, że zostanie ona wojowniczką na miarę Leonidasa. Krzywię się na samą myśl, że żaden żołnierz nie czyni Kasandrze nieprzyjemności ze względu na to, że „bawi się w wojnę” zamiast rodzić dzieci. Mało tego, bez mrugnięcia okiem przyjmują jej pomoc, podczas gdy w rzeczywistości – zwłaszcza w Atenach – prawdopodobnie byłaby rugana jak pies. Nie wspomnę już o tym, że Kasandra zostaje dopuszczona do udziału w igrzyskach olimpijskich (!) przeciwko mężczyźnie (!!) i wygrywa (!!!). Do udziału w igrzyskach nie dopuszczano kobiet, m.in. ze względu na to, że zawodnicy brali w nich udział bez ubrań, kobietom zaś nie wolno było oglądać nagich, niespokrewnionych z nimi mężczyzn. Scenarzyści Odyssey trochę pogubili się w tym wszystkim, bo Kasandra może wystartować jako reprezentantka Sparty i wygrać, żeby chwilę później przyjąć zadanie, w którym inna kobieta oskarżona jest o zasiadanie na widowni i oglądanie mężczyzn niebędących jej zmarłym mężem. Pomija się tutaj fakt, że Greczynki miały swoje własne igrzyska, ku czci Hery, w których konkurowały ze sobą w odzieniu.

Jednak nawet jeśli zdecydujemy się na grę Aleksiosem, Odyssey zewsząd atakuje nas przekłamaniami historycznymi. Dwóch mężczyzn w starożytnej Grecji raczej nie afiszowałoby się tak ze swoim homoseksualizmem – a już zwłaszcza nie ten, który pełnił funkcję pasywną, przez co uważany był za zniewieściałego. W grze jednak bezustannie czułem się napastowany przez Alcybiadesa – odrzucanie jego „zalotów” na nic się zdało, bo Ubisoft na siłę wciska jego biseksualizm i zachęca do przespania się z nim. Starożytna Grecja – a przynajmniej obszar, który obejmuje gra – była, za przeproszeniem, biała. Bez wątpienia zdarzały się jednostki o innym kolorze skóry, odmawiano im jednak obywatelstwa – nie tyle ze względu na rasę, co ze względu na pochodzenie. No i są oczywiście kobiety, które bez skrępowania służą w armii, pracują jako najemniczki, angażują się w politykę czy po prostu swobodnie przemierzają ulice i fraternizują się z obcymi mężczyznami. Mało tego – Aspazja, która prawdopodobnie była luksusową kurtyzaną Peryklesa, przedstawiona zostaje jako jego żona, a następnie de facto najpotężniejsza osoba w ówczesnym greckim świecie.

Możecie nazwać mnie seksistą, mizoginem, rasistą i homofobem, ale to, co zaprezentował Ubisoft w Odyssey, mi się nie podoba i nazywam to zakłamywaniem historii. A wiecie, co wystarczyło zrobić? Nie wydawać tej gry jako kolejnej części Assassin’s Creed. Usunąć odniesienia do asasyńskiego cyklu i wydać jako nowy produkt. Gracze nie mieliby wtedy dysonansu, że seria, którą kojarzyli ze w miarę wiernym odwzorowywaniem historii, nagle w imię różnorodności porzuca jeszcze więcej ze swojej tożsamości. Dodatkowo Ubisoft zrobił to w najgorszym możliwym stylu: stworzył bezpłciowego siepacza typowego dla gier, a potem zmienił mu wygląd, nagrał jego dialogi z udziałem aktorki i voilà! – wyszedł bezpłciowy siepacz z piersiami. Skoro już zdecydowano się nazwać grę Assassin’s Creed, promować ją jako RPG i umożliwić granie kobietą, trzeba było dla takiej postaci przygotować inną fabułę. Może taką, w której ruga się ją za to, że nie jest mężczyzną, w której pewne ścieżki są dla niej niedostępne, bo urodziła się jako przedstawicielka słabszej według starożytnych Greków płci. A już na pewno taką, w której gra jest świadoma tego, że to postać kobieca, dostosowuje więc do niej część dialogów i sytuacji, żeby lepiej oddać jej kobiecość.

Taka produkcja byłaby moim zdaniem znacznie ciekawsza – wierniejsza historii, ale możliwe, że w jakiś sposób też oddziałująca na tych, którzy wieszają psy na postaciach kobiecych w grach. Być może taka lekcja historii nauczyłaby ich pokory i szacunku. A już bez wątpienia takie rozwiązanie zachęcałoby do ponownego przejścia gry. Nie dość, że zmieniłaby się fabuła, to może Kasandra nie byłaby wtedy takim samym bezpłciowym klocem jak Aleksios. Odyssey miałoby wtedy coś z Liberation i Syndicate, gdzie podejście niektórych postaci do Aveline i Evie nadawało im charakteru i realizmu. Niestety, Kasandrze tego brakuje. Przedstawiona jest jako wspaniała i ceniona wojowniczka, kiedy tak naprawdę byłaby kopana. Chociaż uznajemy Grecję za kolebkę zachodniej cywilizacji, to gdyby wstawić dziś na Facebooka tekst któregoś z wielkich myślicieli tamtych czasów i przedstawić jako swój, zostalibyśmy oskarżeni o seksizm i rasizm.

Jestem seksistą, rasistą i homofobem. I dobrze mi z tym

Lwia część tekstu dotyczy kobiet w grach, zarzuty te postawić można również innym „mniejszościom”, w różnych tworach popkultury. Kingdom Come: Deliverance, którego jedną z najważniejszych cech jest realistyczne odwzorowanie XV-wiecznych Czech, było krytykowane za to, że nie można grać kobietą ani Murzynem. Inni czepiali się, że jedyni przedstawieni w niej geje to antagoniści. Świat filmów i seriali żyje tym, że prawdziwa kobieta ma grać transpłciową kobietę, a w tytule osadzonym w średniowiecznej Europie jest za mało postaci o niekaukaskich rysach i nieheteronormatywnych. Ale spróbuj tylko powiedzieć, że czarna Hermiona czy Watson z Elementary to herezja, bo nie zgadzają się z pierwowzorem, to zostanie przypięta ci łatka rasisty i seksisty. Nie boję się jedna głośno mówić o tym, że cała ta inkluzyjność i dążenie do różnorodności za wszelką cenę mnie mierzi i moim zdaniem niszczy popkulturę. Nie będę akceptował tego, że Henryk VIII nagle stał się Murzynem, Oda Nobunaga kobietą, a Sherlock Holmes gejem i będę głośno przeciwko temu protestował. Tak samo będę protestował przeciwko Kasandrze z Odyssey czy chociażby Dorianowi z Dragon Age: Inkwizycji, którego najważniejszą cechą jest to, że jest gejem. Nie będę jednak protestował przeciwko Aveline z Liberation, wojowniczej księżniczce Xenie czy Omarowi ze Szkoły dla elity. Żadna z tych postaci nie została nigdzie wciśnięta na siłę. Każda została napisana przez scenarzystów w taki, a nie inny sposób, bo takimi je sobie wymyślili, a nie dlatego, że takimi chcieli ich social justice warriors.

Różne branżowe raporty nie pozostawiają złudzeń: kobiety grają i stanowią ponad połowę populacji graczy. Nieco gorzej robi się, kiedy spojrzymy na to, w co grają – większość ogranicza się do gier mobilnych czy przeglądarkowych. Deweloperzy i wydawcy dużych gier bezustannie dążą do tego, żeby poszerzyć swoją bazę odbiorców o kobiety, gejów i innych, bo są w nich pieniądze. I nie ma w tym nic złego. Złe jest to, w jaki sposób to robią. Świetnie widać to na przykładzie Battlefield V. Upieranie się przy tym, że kobiety z protezami walczyły dla aliantów, nazywanie core’owych odbiorców „niedouczonymi”, porównywanie II wojny światowej z Fortnite’em i inne wątpliwej jakości zabiegi sprawiły, że grupa docelowa wypięła się na tę grę. Podczas kolaudacji tego tekstu koleżanki z redakcji słusznie zauważyły, że sposób, w jaki twórcy chcą zachęcić je do grania, jest bezsensowny i pozbawiony taktu. Gry promowane w taki sposób jak Battlefield V czy zrealizowane tak jak Odyssey nie są atrakcyjne, bo kobiety przedstawiane są w nich nie jako pełnoprawne interesujące bohaterki, a jako postacie tokeniczne albo po prostu reskiny postaci męskich.

Postacie kobiece w grach przebyły długą drogę. Od uprzedmiotowienia ich, kiedy stanowiły faktyczny cel zabawy, jak ratowanie księżniczki Peach przez wąsacza czy zgwałcenie nagiej Indianki w Custer’s Revenge. Poprzez postacie mające własną osobowość, ale celowo przeseksualizowane, żeby zwiększyć sprzedaż, jak Tomb Raider, BloodRayne czy No One Lives Forever. Początki były trudne, ale te bohaterki przetarły szlaki i oswoiły mężczyzn z kobietami w grach. Coraz częściej zaczęły odgrywać one większe role w produkcjach z segmentu AAA, coraz częściej stawały się głównymi bohaterkami mniej drogich, ale popularnych tytułów. Wszystko to miało prowadzić do tego, że w końcu niepostrzeżenie staną się głównymi bohaterkami wielu głośnych tytułów i nikt nie będzie negował ich obecności chociażby w strzelankach.

Jestem seksistą, rasistą i homofobem. I dobrze mi z tym

Niestety, gdzieś po drodze ta ewolucja została zakłócona przez poszukiwaczy nierówności. Dziś coraz częściej wprowadza się postacie kobiece będące tylko klonem mężczyzny albo niepasujące do realiów, żeby uniknąć kontrowersji. To uaktywnia żółć w Białym Heteroseksualnym Mężczyźnie, bo narusza jego strefę komfortu. A gracze, zamiast rozmawiać o pełnokrwistych postaciach, jak Senua czy Ellie, koncentrują się na Kasandrze, Aliantce z Protezą czy pokracznej mimice twarzy Sary Ryder.

Dożyliśmy iście pokręconych czasów, kiedy inkluzyjność niszczy popkulturę. Działa to jednak tylko w jedną stronę – można krzyczeć o tym, że mniejszości nie są należycie reprezentowane, trzeba jednak milczeć, kiedy wciska się je na siłę. Bo wtedy jest się rasistą, seksistą, mizoginem, homofobem, transfobem, ksenofobem, ksenomorfem i licho wie, czym jeszcze. Nie ma problemu – jestem tym wszystkim i dobrze mi z tym. Będę głośno wyrażał swoje niezadowolenie, kiedy w imię politpoprawności wpycha się mniejszości tam, gdzie są niepotrzebne. Ale równie chętnie zagram w Assassin’s Creed, w którym wcielę się w czarnoskórego niewolnika likwidującego konfederatów albo w kampanię fabularną Battlefield poświęconą Ludmile Pawliczenko. Historia zna wiele przykładów, w których udział brały osoby tak bronione przez tych, którzy nie mają większych problemów na głowie. Sięgnijcie po nie, drodzy twórcy, i zróbcie z tego dobre gry.

Nie mam nic przeciwko „inkluzyjności” i obecności w popkulturze przedstawicieli „mniejszości”. Mierzi mnie jednak sposób, w jaki twórcy próbują nam ich sprzedać. Stworzenie dobrej postaci kobiecej w grze wymaga, żeby od początku pisać scenariusz z myślą o niej, a nie – jak w przypadku chociażby Odyssey – zrobienia reskinu postaci mężczyzny i nagranie tych samych dialogów z udziałem kobiety. Postać geja nie stanie się dobra i głęboka tylko dlatego, że będzie rozwodziła się nad swoją orientacją seksualną, a bohaterowie legend z Europy czy z Azji wcale nie potrzebują Murzyna za kompana. Twórzcie postacie kobiet, gejów, Murzynów, Azjatów, Latynosów, ale róbcie to z głową – traktujcie ich jak pełnoprawnych bohaterów, a nie jako punkt do odhaczenia, żeby social justice warriors się nie przyczepili. A jeżeli odwołujecie się do historii, to nie zmieniajcie jej na potrzeby rozwrzeszczanej grupki, która zamiast zajmować się prawdziwymi problemami tropi seksizm i rasizm w popkulturze.

PS O tworzenie dobrych postaci męskich nie będę apelował. Mężczyzn w grach jest tak dużo, że każdy może wybrać coś dla siebie – na każdą grę z kiepskim protagonistą przypada inna, z bohaterem co najmniej przyzwoitym. O nadreprezentacji mężczyzn w grach niech świadczy na przykład to, że media growe tworzą rankingi najlepszych postaci kobiecych danego roku, nie tworząc takich dla mężczyzn – bo nie ma potrzeby, bo jest ich za dużo. Ale kto wie – może największym przejawem seksizmu z mojej strony jest właśnie to, że tęsknię za postaciami kobiecymi będącymi kobietami, a nie reskinami facetów? Facetów, którymi gram na co dzień, więc możliwość zagrania postacią kobiecą jest dla mnie przyjemną odskocznią od tych wszystkich sztampowych Wielkich Bohaterów Ratujących Świat, których w grach komputerowych jest na pęczki.

10
Dodaj komentarz

avatar
5 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
7 Comment authors
TapetaKrzysztofnosiwodaJacek „Pottero” Stankiewicznosiwoda Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Maria
Gość
Maria

W Polsce tak już jest – prawoskrętność tak się znormalizowała, że ludzie urządzają typowo prawoskrętne płacze o hurr durr poprawności politycznej i są święcie przekonani, że reprezentują umiarkowane centrum. “Stworzenie dobrej postaci kobiecej w grze wymaga, żeby od początku pisać scenariusz z myślą o niej” Kompletna bzdura – wiele kultowych kobiecych postaci, takich jak Ripley czy Furiosa, powstały poprzez wypełnienie neutralnego płciowo konstruktu narracyjnego kobietą. “Dziś coraz częściej wprowadza się postacie kobiece będące tylko klonem mężczyzny albo niepasujące do realiów, żeby uniknąć kontrowersji. To uaktywnia żółć w Białym Heteroseksualnym Mężczyźnie, bo narusza jego strefę komfortu.” Przeżyjecie. W sensie: naprawdę nie… Czytaj więcej »

Agata
Gość

Zgadzam się z Tobą w wielu kwestiach i to prawda, że kobiety w grach typu Aloy z Horizon mają jakiś charakter, a nie tylko stoją i ładnie wyglądają, że tak powiem. Wielu twórców powinno brać przykład z czegoś takiego. A z tym bfem.. Ja akurat byłam zaintrygowana okładką, bo w bf nigdy nie grałam, a tu proszę, nagle kobieta. Szczerze? Zachęciło mnie to, bo jako, że jestem kobietą to właśnie lubię grać postaciami żeńskimi, tym bardziej, jeśli dana postać okazuje się dzielna, jest taką twardą Wonder Woman. To samo z asasynem, prawdopodobnie będę grać postacią żeńską gdy kupię Odyssey. Nie… Czytaj więcej »

Natalia
Gość
Natalia

Zgadzam się z Tobą co do zasady, natomiast muszę wspomnieć, że męski homoseksualizm w starożytnej Grecji akurat był bardzo dużą częścią ich kultury 😉 a właściwie biseksualizm, bo panowie oprócz chłopców mieli też żony (a kobiecego homoseksualizmu nie trzeba szukać daleko również – na Lesbos).

Twórcy gry niekoniecznie musieli o tym wiedzieć, biorąc pod uwagę inne niedoróbki historyczne, ale to akurat jest trafione 😉

nosiwoda
Użytkownik

I tak, i nie. W starożytnej Grecji była raczej akceptowana efebofilia – czyli kontakty starszego mężczyzny z młodzieńcami, trochę na pograniczu mentora i ucznia, ale z możliwym aspektem seksualnym. Kontakty seksualne dwóch dorosłych mężczyzn już nie były tak tolerowane. Więc to, co Natalio piszesz o chłopcach, jest prawdziwe – ale nazywanie tego “męskim homoseksualizmem” już nie do końca. (Ach, ta pamiętna kłótnia z kolegą z pracy, wg którego film “Aleksander” o Aleksandrze Macedońskim “promował gejostwo”… Bezcenne wspomnienia!). Co do felietonu – zgadzam się z Marią co do domyślnej prawoskrętności i “białoheteromężczyznowatości”. Te aspekty przebijają się u autora w niektórych momentach,… Czytaj więcej »

nosiwoda
Użytkownik

Dla mnie to wygląda z grubsza tak: jeśli robisz grę na luzaku o jakimś świecie, który wygląda jak starożytna Grecja, ale walczysz z centaurami, chimerami, smokami i lewiatanami, u boku Apolla, to IMO możesz sobie być ciemnoskórą amazonką o niebieskich oczach, która przybija piątkę z Leonidasem. I nikt nie powinien o to pyszczyć. Natomiast jeśli robisz grę o bitwie pod Maratonem, z ukształtowaniem terenu, z cyklem dzień-noc, z… bojawiem… liniami zaopatrzenia wojsk perskich, to już nie możesz być ciemnoskórą amazonką o niebieskich oczach, która przybija piątkę z Leonidasem. Innym problemem pozostaje to, że wskutek tego, że w większej części naszych… Czytaj więcej »

Krzysztof
Gość

Ta wszechobecna poprawność polityczna wciskana niczym czopek przez doktora na siłę jest irytująca. BFV mógłby wiele zyskać, gdyby twórcy nie starali się zrobić gry dla wszystkich, nie złapiesz wszystkich srok za ogon, coś trzeba wybrać. Mogli wybrać francuski ruch oporu, radziecką pilotkę, albo panią snajper (nie wiem, jak dokładnie to odmienić), a wiadomo co wybrali, kobiety może nie walczyły w szeregach zawodowej armii (nie mówię tu o sanitariuszkach, łączniczkach i innej służbie na tyłach) ,z wyjątkiem radzieckiej, ale ze spokojem można by było coś trafniejszego znaleźć, niż hitmana na nartach. Wiele damskich żołnierzy zasilało szeregi powstańców Zamiast w górach, można… Czytaj więcej »

Maria
Gość
Maria

Snajperkę – i zanim odezwą się głosy, że snajperka to karabin, uprzejmie przypomnę, że pilotem to się włącza telewizor. Żeby być w wojsku “panią”, to taka snajperka musiałaby mieć stopień przynajmniej majora (Czesi powiedzieliby, że majorki, ale ja, mimo zamiłowania do żeńskich form, jednak tak nie powiem). A hipokryzja faktycznie bolesna, skoro oburzasz się o naciski o umieszczenie czarnoskórej postaci w grze historycznej, a sam chcesz ludziom zakazywać czarnej Hermiony. Śmieszny fakt: owszem, książkowa Hermiona była najprawdopodobniej biała, ale nadal przeciętna czarnoskóra nastolatka odpowiadałaby jej książkowemu opisowi o wiele trafniej, niż Emma Watson – bo ciemne, splątane włosy były cechą… Czytaj więcej »

Tapeta
Gość

Aż muszę przyznać rację!