Top stare gry

Szykując się do premiery Mass Effect: Andromedy, postanowiłem ponownie przejść trylogię Sheparda. Co prawda następna odsłona nie ma być powiązana ze starszymi tytułami i niezbyt uśmiechało mi się ponowne przechodzenie słabego Mass Effect 3, a gra wydana zostanie najwcześniej za pół roku (o ile nie zaliczy obsuwy), ale przejście trylogii od deski do deski wraz z dodatkami to jednak kwestia około stu godzin, więc postanowiłem zabrać się za to, póki jeszcze dysponowałem czasem. Stało się niestety to, czego się obawiałem: pierwszy Mass Effect brzydko się zastarzał. Natchnęło mnie to do napisania „epitafium” dla gier, które kiedyś dostarczały mi masę radości, ale niezbyt dobrze zniosły próbę czasu i po latach nie gra się już w nie tak dobrze, jak kiedyś. Zaznaczam jednak, że jest to tylko i wyłącznie moje zdanie i bez wątpienia każdy może swoją własną listę takich gier, która ani trochę nie pokrywałaby się z poniższą, a zamieszczenie tutaj jakiejś gry nie oznacza wcale, że jest ona jakimś niegrwalnym paździerzem, którym nie warto zaprzątać sobie głowy – znaczy tylko tyle, że po latach nie dostarczają już autorowi tekstu tyle radości, co kiedyś.

Mass Effect (2008)

Skoro wspomniałem o tym tytule we wstępie, musi znaleźć się on na liście. Pamiętam, że osiem lat temu Mass Effect wciągnął mnie na długie godziny, a zaraz po pierwszym przejściu zabrałem się za kolejne, żeby poznać konsekwencje innych wyborów. Przeszedłem tę grę w sumie jeszcze dwa razy, potem pojawiło się Mass Effect 2, które biło „jedynkę” na głowę i od tamtego czasu już do niej nie wracałem. Ostatni kontakt z pierwszą częścią miałem w 2010 roku, a powrót do niej po sześciu latach okazał się bolesny. Robione na jedno kopyto światy poboczne i identyczne wnętrza na planetach frustrują, podobnie zresztą jak tunelowo-korytarzowa konstrukcja niewielkich poziomów, którą jak żywo musieli inspirować się twórcy niedawnego The Technomancer. Rozwój postaci trochę zawodzi – głupim pomysłem było to, że punkty doświadczenia wydawać można na rozwijanie uroku lub zastraszenia, co odblokowuje dodatkowe opcje, bo system reputacji staje się przez to niezbyt potrzebny. Lepiej rozwiązano to w kolejnych częściach, gdzie ten element rozwijał się automatycznie i był zależny od naszego stopnia idealisty/renegata, tam jednak dla odmiany mocno wykastrowano same drzewka rozwoju. Po zapoznaniu się z „dwójką” i „trójką”, w których walka była bardziej dynamiczna, ta w „jedynce” jest dla mnie trochę sztywna i mało satysfakcjonująca. Co prawda to w dalszym ciągu rozbudowana i wciągająca opowieść, a niektóre momenty, jak np. pierwszy przylot na Cytadelę, wciąż mają moc, ale ze względu na wymienione wyżej elementy obcowanie z nią dzisiaj jest trochę jak podziwianie pięknej dziewczyny z wielką, obrzydliwą kurzajką na nosie. Przez osiem lat, i ze względu na nieco lepiej wykonane kontynuacje, „jedynka” nie dostarcza już tyle radości, co kiedyś. Pomijam już tutaj tekstury, które po takim czasie na wyższych rozdzielczościach są brzydkimi, rozmazanymi plamami, bo to akurat można poprawić zastępując oryginały teksturami lepszej jakości, które jednak mogą powodować wykrzaczanie się gry. Jakkolwiek nie jestem zwolennikiem remasterów, to żałuję, że Electronic Arts najpierw zasugerowało możliwość powstania odświeżonej wersji trylogii Sheparda, ale kilka dni temu wycofało się z tej zapowiedzi – ta seria jednak jak mało która skorzystałaby na odświeżonym wydaniu.

Mass Effect

Dragon Age: Początek (2009)

Na drugi ogień kolejna pierwsza część dobrze znanej serii autorstwa BioWare. Wspominałem już chyba kiedyś w którymś ze swoich tekstów, że lubię gry akcji. Lubię też jednak RPG, ale nie tyle ze względu na ich mechanikę walk, co możliwość wcielania się w postaci, kreowanie i eksplorowanie świata, podejmowanie decyzji i mierzenie się z ich konsekwencjami. Chociaż Inkwizycja trochę kulała pod pewnymi względami, to jednak prostacka walka w stylu action-RPG dawała mi naprawdę dużo radości – nawet na najwyższym poziomie trudności, z włączonymi wszelkimi utrudnieniami, był to kawałek cholernie satysfakcjonującej rozróby. W Początku kuleje jednak przede wszystkim walka. Żałuję, że w Inkwizycji nie ma tylu taktyk, tylu umiejętności, zdolności, talentów, specyfikacji, możliwości budowania Inkwizytora – pod tym względem pierwsza część zjada kontynuacje na śniadanie. Ale walka… Po dwóch godzinach klikania raz po raz na tych samych przeciwników mam autentycznie dość tej gry i muszę robić sobie przerwy, żeby dać odpocząć nadgarstkom i znaleźć natchnienie do dalszego grania. Dodatkowo męczą beznadziejne etapy w Pustce (te na szczęście da się pominąć dzięki modom), a przemierzanie wąskich, ciasnych, identycznie wyglądających tuneli Głębokich Ścieżek przyprawia o klaustrofobię. Podobnie jednak jak Mass Effect, inne elementy wciąż mają moc, a dotyczy to przede wszystkim relacji z towarzyszami, fabuły oraz mnogości wyborów i ich konsekwencji.

Mass Effect

Counter-Strike (1999)

Mój pierwszy kontakt z Counter-Strikiem przypada na odległe czasy, kiedy nie każdy miał jeszcze komputer, a nawet jeśli go posiadał, to niekoniecznie miał dostępu do Internetu. Dlatego ci „uprzywilejowani” chodzili do popularnych wtedy kawiarenek internetowych, żeby pograć z tymi niepodłączonymi. W soboty zajmowało się kawiarenkę na godzinę albo dwie i w najlepsze grało się ze znajomymi po LAN-ie. Jakiś czas temu, w poprzedniej pracy, zaczęliśmy zostawać po godzinach, nieraz do drugiej w nocy, żeby pograć w Quake’a III: Arenę. Grało nam się świetnie przez dwa tygodnie, dopóki majster nie połapał się o co chodzi i nie stwierdził: „Nie ma żadnego kłeja, tu się pracuje. Chociaż w ceesika to bym czasem j***ął parę rundek”. I tak zamieniliśmy Quake’a na Counter-Strike’a. Szybko stwierdziłem jednak, że gra zrobiła się jakaś pusta i nieemocjonująca, a po trzech dniach wolałem pracować niż walczyć z terrorystami. Trudno powiedzieć, dlaczego po kilkunastu latach tak źle odebrałem tę grę. Może to nie ten klimat kawiarenki, może nie ta ekipa, a może to przez to, że przez ten czas gry sieciowe poszły do przodu, a na ich tle pierwszy Counter-Strike wydaje mi się dziś jakiś archaiczny. A może po prostu zwichrowało mnie kilkaset godzin spędzonych w Left 4 DeadachBattlefieldachBad Company 2 i „trójce”. Jakkolwiek by nie było, do pierwszego „Kontruderzenia” raczej już nie wrócę.

Counter-Strike

A.D. 2044 (1996)

Jedna z moich ulubionych przygodówek z dawnych czasów. Pierwotnie ukazała się w 1991 roku i cieszyć mogli się nią posiadacze atari, ja zapoznałem się z nią jednak dopiero dzięki wersji pecetowej z 1996 roku. Nabyłem ją ze śp. „Gamblerem”, który wydał ją na dwóch płytach, a jakiś czas temu udało mi się znaleźć drugą, od wielu lat uznawaną za zaginioną, dzięki czemu po latach udało mi się ją przejść ponownie. Jeszcze w tamtym stuleciu przeszedłem ją wielokrotnie. Oprawa graficzna wydawała się wtedy bardzo dobra, humor zabawny, a zagadki ciekawe. Konfrontacja z tytułem po wielu latach okazała się jednak miażdżąca. Już pal licho to, że oprawa graficzna jednak nie była oszałamiająca nawet w momencie premiery – najbardziej boli to, że humor jednak był taki sobie, a zagadki czasami idiotyczne. Po latach gra nie dostarczyła mi ani odrobinę tej frajdy, co kiedyś.

A.D. 2044

The Elder Scrolls IV: Oblivion (2006)

Graficznie i mechanicznie gra prezentuje się obrzydliwie i niemalże przedpotopowo, voice acting jest koszmarny, podobne do siebie podziemia odrzucają… Kurczę, nie wiem co jest przyczyną, ale starszy o cztery lata Morrowind do dzisiaj potrafi mnie wciągnąć na długi czas, ale od Oblivion odbiłem się po jakichś trzech godzinach, stwierdzając, że nie chce mi się grać w takiego suchara. Winy dopatruję się w tym, że Morrowind był moim pierwszym kontaktem z serią The Elder Scrolls, a gra mnie oczarowała i wciągnęła. Po Oblivionie nadszedł jednak lepszy pod każdym względem Skyrim, tak więc „czwórka” – umieszczona pomiędzy darzoną sentymentem „trójką” a „piątką”, przy której spędziłem około tysiąca pięciuset godzin – wydaje się być takim ich brzydkim i nieciekawym krewniakiem. Być może dzięki rodzącemu się w bólach fanowskiemu remake’owi Skyblivion gra wróci jednak do moich łask.

Oblivion

Tomb Raider (1996) i Resident Evil (1997)

Te gry znalazły się na jednej pozycji, bo zarzuty wobec nich mam podobne. Chociaż dwadzieścia lat temu były rewolucyjne i powodowały opad szczęki, dzisiaj są czerstwe niczym chleb dla konia. Grafika to jedna sprawa, bo nie zwykłem po niej oceniać gier, ale sterowanie i praca kamery w obu z nich wołają dziś o pomstę do nieba i z tego też względu obie są niemalże całkowicie niegrywalne. Dodatkowo obie mogą pochwalić się koszmarnym voice actingiem. Na całe szczęście obie doczekały się remake’ów – Tomb Raider: Anniversary (2007) i Resident Evil HD (2015) – niwelujących wszystkie niedogodności pierwowzorów i oferujących rozmaite ulepszenia i poprawki, wobec czego dziś lepiej zabrać się za nie, a nie za oryginały.

Tomb Raider / Resident Evil

Grand Theft Auto III (2001)

Wybacz, Claude, ale jesteś już stary. Twoje zasługi dla gier komputerowych są ogromne. Jesteś trochę jak Madonna dla muzyki – kiedyś byłeś kimś wielki, ale dzisiaj jesteś już przebrzmiałą divą. Problem z serią Grand Theft Auto jest chyba taki, że Rockstar traktuje poszczególne jej części trochę jak Apple iphone’y – kiedy wychodzi nowy, stary automatycznie przechodzi do lamusa. Każda kolejna część serii była lepsza od poprzedniej – może niekoniecznie pod względem klimatu, bo jednak do dzisiaj zdecydowanie bardziej trafiają do mnie lata 80. z Vice City niż, przepraszam za wyrażenie, murzyńskie getto z późniejszego San Andreas, ale pod względem mechaniki i rozgrywki. Celowanie i sterowanie jest słabe, zawieszenie samochodów to jakiś żart, nagromadzenie misji na czas frustruje, a sam ich projekt jest z perspektywy czasu kiepski. No i główny bohater jest kompletnie bez wyrazu, przegrywa z każdym jednym protagonistą następnych odsłon. W 2001 roku gra była rewolucyjna i poświęcało się jej naprawdę wiele godzin, ale powiedzmy sobie szczerze, że to był tylko „prototyp”, który Rockstar rozwija od tamtego czasu i który, po kontakcie z następnymi odsłonami, mocno stracił na wartości. Nie zmienia to jednak faktu, że ścieżka dźwiękowa jest niezła, a grając po piętnastu latach mogę jeździć po Liberty City z zamkniętymi oczyma, bo brak mapy wymusił nauczenie się planu miasta na pamięć i jakoś tak mi już ta mapa w głowie została.

GTA III

Tak przedstawia się moja bardzo subiektywna wyliczanka gier, które brzydko się zestarzały i od których, wracając do nich po latach, boleśnie się odbiłem. Na szczęście nadal jest wiele starych gier, w które do dzisiaj da się grać i czerpać z nich tyle samo przyjemności, co przed laty. Wśród takich gier wymienić mógłbym m.in. Wolfenstein 3D, dwa pierwsze Doomy, Zeusa: Pana Olimpu, Unreal Tournament czy Ghost Master. Biorąc pod uwagę to, jak – ze względu na nudną dziś dla mnie mechanikę – szybko znudziły mnie Pillars of Eternity, do listy mógłbym dodać jeszcze całą masę starych RPG, takich jak Fallout, Planescape: Torment czy Baldur’s Gate, ale postanowiłem jednak do nich nie wracać, bojąc się, że mogę sobie tym samym zepsuć piękne wspomnienia, jakie się z nimi wiążą. A jakie są Wasze gry, które po latach nie dają już tyle radości, co dawniej?

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Sebastian „Severan” Kuryło Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Sebastian „Severan” Kuryło
Redaktor naczelny

O ile w większości przypadków mogę się Jacku z Tobą zgodzić, o tyle nie rozumiem w tym zestawieniu obecności Dragon Agee: Początek. Bardzo miło wracam do tej gry. Chyba już że 20 razy przeszedłem ja od początku do końca, a widok taktyczny to moim zdaniem najlepszy aspekt tej gry. Początek dalej jest moim najlepszym RPG i wszelkie kontynuację się umywaą. O Inkwizycji to nawet szkoda pisać, bo oprócz fabuły brakuje mi w niej dosłownie wszystkiego.