Krakowski weekend z fantastyką – relacja z Imladris 2016

Imladris

Imladris to inaczej znane z twórczości Tolkiena Rivendell, a jeszcze inaczej – krakowski konwent miłośników fantastyki, który w tym roku, między 7 a 9 października, miał swoją 15-stą edycję. Co działo się przez te trzy dni i jakie wrażenia po nich pozostały? Opowiedzą wam Idris oraz Libelo.

Idris: Jest to jeden z tych konwentów, które wciąż są na tyle kameralne, by odbywać się w  jednym budynku szkoły. Było nim Gimnazjum nr 2 przy ulicy Studenckiej. Komuś spoza Krakowa zapewne niewiele to mówiło, na szczęście jednak strona wydarzenia zawierała informację o tym, jak dostać się z Dworca Głównego prosto na sam konwent i nie zgubić się po drodze. Były to informacje na tyle przejrzyste, że nie miałabym problemu z dotarciem na miejsce sama. Jednak obecność Libelo, która w Krakowie mieszka i zna miasto znacznie lepiej niż ja, była nieoceniona.

Libelo: Trafienie na właściwą ulicę nie było szczególnie trudne, ale za to trafienie na sam konwent mogło już sprawić trochę problemów (nam nie sprawiło, ale mogło!). Głównym winowajcą był tu brak oznaczeń na zewnątrz budynku. Bardzo niewiele – poza tłumem ludzi stojących w kolejce do szkoły – wskazywało na to, że wewnątrz właśnie odbywa się konwent fantasy. A szkoda, bo zmniejszało to szanse, że trafi tam przysłowiowy człowiek z ulicy.

Imladris

Idris: Sama kolejka też nie była zatrważająco wielka, właściwie nie umywając się do tego, co przy stanowiskach akredytacji potrafiło się dziać chociażby na Pyrkonie. I całe szczęście, bo pogoda była kapryśna, a stanie na deszczu nie jest dobrym sposobem na spędzenie wolnego czasu. Chłód na zewnątrz sprawiał, że tym cieplej myślałam o tym, że cały konwent odbywał się w jednym budynku – nie wymagało to przemieszczania się pomiędzy pawilonami czy oddalonymi od siebie punktami atrakcji.

Libelo: Cieszyli się zapewne też ci, którzy nie musieli wychodzić stamtąd wcale, bo był to chyba jeden z niewielu konwentów, gdzie sleeproom był drzwi w drzwi z prelekcjami. Taki urok mniejszych wydarzeń. Ale pomimo niewielkich rozmiarów całej imprezy, nie można było narzekać na pustki – na większości prelekcji sale były wypełnione po brzegi. Szczęśliwie, nigdy nie zdarzyło się tak, by na dany punkt programu miejsc całkowicie zabrakło.

Idris: Niestety, czasem trzeba było zorganizować eskapadę przynajmniej po jedzenie, nie było jednak konieczności, by iść daleko – w pobliżu znajdowały się sklepy, a do Rynku i znajdujących się tam punktów gastronomicznych można było dotrzeć w dziesięć minut. Faktycznie z miejscem na prelekcjach nie było problemu, za to organizatorzy ostrzegali, że takowy może się pojawić w kwestii noclegów. Spore zainteresowanie konwentem i możliwością spania w szkole sprawiło, że istniała realna groźba tego, że zabraknie przestrzeni dla większej liczby osób. Na trzy dni przed konwentem było jeszcze miejsce dla pięćdziesięciu uczestników. Był też jednak plan awaryjny, radzono więc sobie z tą klęską urodzaju całkiem profesjonalnie.

Imladris

Libelo: Cała organizacja była bardzo sprawna. Ze swojej perspektywy nie zauważyłam właściwie żadnych zgrzytów, wszystko odbywało się tak, jak przewidywał program. Nawet errata nie była szczególnie długa, jak na taką ilość punktów w programie – nie odbyły się chyba tylko cztery prelekcje, ale wszystkie znalazły równie ciekawe zastępstwo.

Idris: Sam program, który może nie był aż tak okazały jak na większych imprezach tego typu, pełen był ciekawych atrakcji i wykładów. Osobiście miło wspominam konkurs wiedzy o Harrym Potterze, który pozwolił mi spotkać ludzi znających każde zaklęcie i każdą skomplikowaną recepturę eliksirów magicznych. Sam konwent zaczynał się w piątek o osiemnastej, kończył zaś w niedzielę o piętnastej, siłą rzeczy głównym dniem konwentu była więc sobota i to w ten dzień można było uczestniczyć w najciekawszych prelekcjach.

Libelo: W sobotę udało nam się przesiedzieć na prelekcjach właściwie cały dzień, od rana do nocy, z krótką przerwą na obiad. Sytuacji, w których nie miałyśmy na co iść, prawie nie było; czasem trzeba było wręcz wybierać między kilkoma punktami programu i wciąż żałuję, że musiałam zrezygnować z uczestnictwa w konkursie o grach. Oczywiście jakość poszczególnych wystąpień była różna, ale zdecydowaną większość oceniam bardzo pozytywnie. Świetne było także zaangażowanie samych prelegentów – szczególnie urzekła mnie prelekcja Pawła “Zenzeja” Szarka, “Jak przetrwać na ulicy”, która przekroczyła limit czasowy, ale publice tak się podobała, że postanowiono kontynuować na korytarzu – ostatecznie prelekcja wydłużyła się prawię o godzinę.

Imladris

Idris: Podobna sytuacja miała miejsce w piątek, na świetnej prelekcji, którą prowadził Jarosław „Fox” Lis, noszącej wdzięczny tytuł „Złodziejskie przedszkole”. Mogliśmy się na niej dowiedzieć na jakiej zasadzie działa podstawowe narzędzie złodzieja – wytrych. Wielu z was, wieloletnich graczy, zapewne nieraz deklarowało użycie tego przedmiotu, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, jak on właściwie działa. W większości przypadków prelegenci dzielili się z nami swoimi pasjami i wiedzą. Gdyby jednak tego było mało, zawsze można było wybrać się na spotkanie autorskie z którymś z zaproszonych gości, zaszyć w gamesroomie lub pobuszować pomiędzy straganami wystawców. Muszę przyznać, że na pierwszy rzut oka miejsce, gdzie można było pograć ze znajomymi w przeróżne planszówki umknęło mi – wszystko przez to, że zostało ono wciśnięte pomiędzy stoliki wystawców – ograniczona przestrzeń szkoły miała swoje minusy.

Libelo: Osobiście jednak konwent oceniam bardzo pozytywnie. Uważam, że spokojnie wart był tych 40 zł, które kosztowała wejściówka na wszystkie 3 dni, a już tym bardziej tych 30 zł, które można było zapłacić, o ile tylko ktoś załapał się na przedsprzedaż. Oczywiście, jeśli chcieliście wybrać się tylko na jeden dzień, można było także wydać 15 zł za wejście w piątek i niedzielę lub 25 zł w sobotę.

Idris: Faktycznie, koszty wejścia były adekwatne do wielkości samego wydarzenia i nie stanowiły ogromnego nadszarpnięcia budżetu. Zwłaszcza, że w cenie wejściówki dostawało się identyfikator i konwentową smycz, a do tego niezbędnik każdego uczestnika, czyli program w wersji pojedynczej kartki z tabelą atrakcji oraz drugi, w formie książeczki, gdzie znajdowały się nie tylko opisy atrakcji, ale również telefony alarmowe i mapka budynku, znacznie ułatwiająca znalezienie poszczególnych sal, w których odbywały się bloki tematyczne. Uważam, że miło było wziąć udział w tej dość kameralnej zabawie, przypominając sobie jak to było dawniej, gdy wszystkie konwenty odbywały się w szkołach. Zwłaszcza, że Imladris okazał się być dobrze zorganizowanym i sprawnie działającym wydarzeniem.

Imladris

Pomimo niesprzyjającej pogody, atmosfera na Imladrisie była pierwszorzędna, a sam konwent okazał się świetną rozrywką oraz cudowną możliwością nie tylko do poszerzenia swojej wiedzy, ale również do poznania nowych, niesamowitych ludzi, z którymi łączy nas wspólna pasja. Czy spotkamy się tam za rok? Bez wątpienia wybierzemy się na ten krakowski konwent.

Autorzy: Idris oraz Libelo

Wszystkie zdjęcia pochodzą z fanpage’a konwentu na Facebooku.

Martyna „Idris” Halbiniak

Martyna „Idris” Halbiniak

Nie lubię pisać o sobie. Naprawdę. Zdecydowanie lepszym tematem są książki i filmy, więc właśnie tym na blogu zajmuję się najchętniej. Prywatnie zaś jestem studentką prawa i psychokryminalistyki z solidną zajawką na kryminały (hej, umysł psychopaty jest fascynujący!), fantastykę, konwenty i całą masę rzeczy, które niekoniecznie wpisują się w schemat. Lubię podejmować wyzwania – w tym roku zatem staram się znaleźć chwilę na jeden film dziennie i książkę tygodniowo – w końcu, tak naprawdę, doba jest z gumy, a sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu.