Czy można mówić o dziele w oderwaniu od jego twórcy? Czy sztuka żyje własnym życiem, nie przejmując się światem zewnętrznym? Czy można zrozumieć film, nie znając historii ludzi za nim stojących? Uważam, że jedyną słuszną odpowiedzią na te pytania jest potrójne zaprzeczenie: dlatego nim napiszę cokolwiek o Siedzącym słoniu, chcę pokrótce przytoczyć historię jego autora i samemu w ten sposób złożyć mu hołd – Hu Bo stworzył dzieło, które zmusiło mnie do spojrzenia na życie z innej perspektywy, wstrząsnęło, rozdarło od środka i ponownie złożyło na swoją własną modłę.

Hu Bo był uczniem Béli Tarra – mistrza slow cinema i zarazem jednego z najciekawszych reżyserów naszych czasów. Węgierski reżyser wybrał właśnie jego spośród setek chińskich twórców, którzy chcieli z nim współpracować. Ich relacja była bliska – Hu Bo nazywał Tarra swoim ojcem chrzestnym, a wpływ jego twórczości pozostawił widoczny ślad w Siedzącym słoniu – widać to najwyraźniej w pracy kamery, którą opiszę później.

Kino nie było jedyną drogą artystycznego spełnienia dla Hu Bo; pisał także powieści. Jedna z nich, Huge Crack, stała się podstawą dla Siedzącego słonia. Możemy tylko wyobrazić sobie ekstazę, jaka ogarnęła chińskiego reżysera, kiedy jego film dostał zielone światło i finansowanie. Rzeczywistość jednak jest przewrotna: po zakończeniu okresu zdjęciowego rozpoczęły się problemy z postprodukcją, wynikające z konfliktu pomiędzy Hu Bo a producentami, którzy mieli domagać się skrócenia tego prawie czterogodzinnego molocha. Na próżno szukać informacji, o co tak naprawdę poszło; wiadomo, że niedokończony film znalazł się w impasie i na wiele miesięcy prace nad nim zostały wstrzymane. W końcu Siedzący słoń ujrzał światło dzienne, w takiej formie, jakiej chciał Hu Bo. Nie dane mu było zobaczenie swojego opus magnum. Odebrał sobie życie na cztery miesiące przed premierą filmu. Miał 29 lat.

Co popchnęło młodego reżysera do samobójstwa? Media wskazały wspomniany wcześniej konflikt z producentami, jednakże taka interpretacja zdarzeń wydaje się płytka, jedynie muskająca powłokę problemu. Może w swojej śmierci Hu Bo widział jeden jedyny sposób na pokazanie światu Siedzącego słonia takiego, jakiego wymarzył? Nie zostawił po sobie konwencjonalnego listu pożegnalnego, więc nigdy nie będziemy znać jego motywów – dał nam za to genialny film, będący zarazem debiutem, jak i łabędzim śpiewem.

Na próżno szukać w Siedzącym słoniu statycznych ujęć czy dynamicznego montażu. Kamera zachowuje się, jakby była jeszcze jednym bohaterem, niewidzialnym uczestnikiem wydarzeń. Za pomocą ujęć z ręki leniwie podąża za postaciami i kładzie nacisk na nich samych: w kadrze znajdują się tylko oni, podczas gdy najważniejsze dla fabuły wydarzenia dzieją się poza zasięgiem wzroku widza – jemu pozostaje tylko obserwowanie emocji malujących się na twarzach bohaterów. Przemoc jest w filmie wszechobecna, stanowi katalizator zdarzeń, ale jednocześnie rzadko jesteśmy jej naocznymi świadkami, obserwujemy li tylko skutki. Paradoksalnie, uczucia towarzyszące nam przy takim minimalistycznym ukazywaniu działań są znacznie silniejsze, niż gdyby zastosowano krwawą, hollywoodzką ekspozycję. Jesteśmy zmuszeni do pobudzenia wyobraźni i robimy to, nie zważając na towarzyszący temu ból.

Siedzący słoń opowiada historię czworga postaci: Wei Bu, ucznia, który po przypadkowym zepchnięciu szkolnego gnębiciela ze schodów, chcąc uniknąć zemsty, ucieka z domu; Huang Ling, doświadczającej w domu piekła za sprawą toksycznej matki, próbującej zaznać miłości w ramionach wicedyrektora szkoły; Yu Cheng, miejscowego gangstera, przeżywającego skutki cierpienia, jakie zadaje innym; Wang Jin, żwawego emeryta, którego własna rodzina próbuje wysłać do domu opieki. Owi protagoniści są dotykani przez pozornie różne problemy, ale w gruncie rzeczy ich postawa jest identyczna: nie mogąc znieść życia w cierpieniu, którego co prawda sami niejednokrotnie są sprawcami, oraz permanentnego braku szansy na lepsze jutro, podejmują bunt. Nie ten Camusa, opierający się na wyniosłym ignorowaniu trudów rzeczywistości i parciu do przodu na przekór przeciwieństwom, tylko bardzo przyziemny i ludzki bunt. Duszą się w świecie zastanym, niczym zwierzęta w klatce rozpaczliwie próbują uciec, znaleźć wyjście w sytuacji beznadziejnej. Ucieleśnieniem ich marzeń staje się pewien manzhouliński słoń, znany ze swojego stoickiego spokoju: owe zwierzę po prostu siedzi i ignoruje brutalny, współczesny chiński świat – w ten sposób osiąga to, czego bohaterowie filmu rozpaczliwie pragną. Każdy z nich postanawia na własne oczy zobaczyć mitycznego ssaka, choćby konsekwencje ich postępowania miałby okazać się katastrofalne.

Sam sposób opowiadania historii, przez cały czas trwania obrazu, angażuje widza w opowiadaną historię, a wspomniana wcześniej praca kamery dodatkowo pomaga w przykuciu jego uwagi. Na osobną uwagę zasługuje zimna kolorystyka obrazu, która zmusza do zadania sobie pytania: czy to zabieg celowy, czy po prostu tak wygląda chińska rzeczywistości? Duchota wylewa się z ekranu wprost na widzów i na moment przenosi ich do azjatyckich, industrialnych miast. Siedzący słoń jest długi, ale każda scena, każde ujęcie znajduje się tam z pewnego konkretnego powodu – podczas seansu nie czułem znużenia, jedynie wycieńczenie emocjonalne i światopoglądowe. Dla mnie to najlepszy wyznacznik tego, czy film był dobry – zmusił mnie do przemyślenia samych podstaw mojej moralności.

Siedzący słoń otrzymał nagrodę FIPRESCI na Berlinale oraz nagrodę publiczności na 18. MFF Nowe Horyzonty. W czerwcu wrocławskie kino Nowe Horyzonty zorganizuje kilka pokazów produkcji.

Dodaj komentarz

avatar