Make love not war. Recenzja komiksu Saga Volume 1

Saga komiks

Kiedy odkryłam Sagę, miała już cztery tomy. Czytałam do 4 rano, skończyłam tylko dlatego, że nie chciałoby mi się wstać, gdybym nie zostawiła kilku rozdziałów na później… Miałam wydania zeszytowe, w których zamieszczone są komentarze Briana K. Vaughana, autora scenariusza, i (czasami) rysowniczki Fiony Staples oraz listy od czytelników. Mnóstwo w nich entuzjazmu i pozwalają poczuć się częścią serdecznej, szalonej społeczności fanów odważnej rodziny Alany i Marka. Nie ma ich niestety w zbiorówkach.

Alana jest obywatelką planety Landfall, a Marko jej księżyca Wreath, należą do różnych, zwaśnionych gatunków. Poznali się w wojsku, a dokładniej w więzieniu: ona była strażniczką, on jeńcem wojennym. Na początku pierwszego tomu widzimy jednak, jak rodzi się ich córeczka… Za chwilę cały wszechświat dowie się o jej istnieniu i wielu postanowi ją przechwycić i ukryć lub „spacyfikować”, bo już dawno ustalono, że te dwie nacje nie mogą się krzyżować… A wszystko dzieje się w kosmosie pełnym zamieszkanych planet i dziwnych ras (w tym monarchistycznych robotów), gdzie ścierają się wielkie armie, między którymi krążą freelancerzy. Życie rodzinne głównych bohaterów polega więc w dużej mierze na uciekaniu i ukrywaniu się w ogarniętych konfliktem, zubożałych krajach. Z kolei inna ważna postać, The Will, człowiek do wynajęcia, porusza się po bogatych, luksusowych miastach, zahacza nawet o Sextillion (nazwa mówi sama za siebie).

Ten komiks wzbudza mnóstwo emocji, przede wszystkim dobrych. Działa trochę jak przedstawione w nim romansidła D. Oswalda Heista o miłości pięknych kobiet i potworów – w miarę lektury okazuje się, że świat nie jest czarno-biały, wieczni wrogowie są tylko innymi żywymi i czującymi istotami, a pacyfizm i samodzielność mogą iść w parze. Saga jest piękna (dzięki rysunkom Staples), wzruszająca, zabawna, główni bohaterowie reprezentują światopogląd z okolic uwspółcześnionego „make love not war” – jak trzeba, dadzą w mordę, ale naprawdę w ostateczności, jeśli rozmowa zupełnie nie jest możliwa. To pozycja dla dorosłych, sporo tu scen erotycznych i przemocy. Być może z tego powodu była to jedna z książek, których cenzury najczęściej domagali się czytelnicy w bibliotekach USA w 2014 (obok Persepolis Satrapi czy Fun Home Bechdel). A być może dlatego, że opisuje i krytykuje wszechświat rozdarty wojną pomiędzy dwoma państwami, gdy te, nie chcąc niszczyć dłużej własnych planet, wysłały wojska do innych…? Albo dlatego, że jest radykalnym opowiedzeniem się za wolnością? Na pewno nie ma tu mocnych treści dla samego szokowania, raczej realistyczne podejście do życia dorosłych ludzi w świecie ogarniętym konfliktem zbrojnym.

Jak Fables (Baśnie) Saga jest więc komiksem libertariańskim, jednak sięga do zupełnie innych środków. Nie cytuje folkloru czy popkultury, za to odwołuje się może do reportaży wojennych, poza tym ważnym wątkiem są w niej wspomniane wcześniej romansidła. Opowiada bardzo prostą historię kilkuosobowej rodziny walczącej o prawo do życia po swojemu, a jakby się dało, to jeszcze o pokój  (wiara w więzy rodzinne to kolejne podobieństwo między komiksami Vaughana i Willinghama), czyli o jednej z odsłon miłości w czasach zarazy. Jest tu pacyfizm, mówi się także o utracie bliskich i traumach wojennych. W późniejszych tomach pojawi się jeszcze pytanie: anarchia, samodzielność czy jednak zmienianie świata? Czy wolno walczyć tylko o swoje życie? Czy trzeba o system?

Prawie wszyscy mieszkańcy świata Sagi mówią po angielsku, ale obywatele Wreath posługują się innym językiem. Nie zamieszczono żadnych tłumaczeń, jednak zwykle nie ma żadnego problemu ze zrozumieniem go. Pomaga, oczywiście, kontekst sytuacyjny, ale nie tylko. Marko i inni rogaci używają esperanto, które z zasady miało być łatwe i intuicyjne. Zostało stworzone pod koniec XIX wieku w Białymstoku przez Ludwika Zamenhofa. To sztuczny, ale żywy język; wspólnota esperantystów jest bardzo aktywna i zgrana. Choć czasami rozdzierana sporami o idiomy i zapożyczenia z angielskiego, to społeczność ludzi kochających pokój i działających na rzecz ponadnarodowej komunikacji. Ci pasjonaci podróżują po świecie i tworzą mieszane rodziny, których potomkowie są zwykle co najmniej dwujęzyczni. Działa też w Polsce: Pola Esperanto-Asocio (http://esperanto.pl/).

Brian K. Vaughan ma za sobą wiele epizodów dla Marvela i DC, ale jego  najbardziej znana autorska historia to chyba Y: The Last Man (Y: Ostatni z mężczyzn). Oprócz Sagi dla Image tworzy jeszcze Paper Girs oraz We Stand On Guard. Pracował także nad scenariuszami seriali Lost czy Pod kopułą. Z kolei Fiona Staples rysowała między innymi Archiego (bardzo popularnego na poznańskim zeszłorocznym Dniu Darmowego Komiksu). Jak na razie ma na koncie tylko jedną zupełnie samodzielną pozycję, nowelkę Amphibious Nightmare, za to współpracowała z wieloma scenarzystami.

Przy okazji recenzji pierwszego tomu – kilka słów o tym, co dotąd wydano. W czerwcu Image opublikowało szóstą zbiorówkę, a ostatnio (we wrześniu) ukazał się 38. zeszyt. Końca, jak na razie i na szczęście, nie widać. Po polsku mamy już pięć tomów, a to dzięki Mucha Comics (wypuścili nawet trailer komiksu). Pożyczę podsumowanie właśnie z ich strony: „Jeśli kochasz komiksy, nie możesz przegapić tego albumu”. Poza tym, Saga jest idealna na początek przygody z obrazkowymi historiami. Jeśli chcecie pozarażać, nie mówcie znajomym, że ma już tyle numerów (w końcu nie chodzi o to, żeby marudzili krótkowzrocznie, że tasiemiec), tylko podetknijcie im pod nos pierwszy tom. I miejcie w pogotowiu kolejne.

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Mól książkowy, wielbicielka wilków i wilczurów. Interesuje się europejskim komiksem i mangą. Jej ulubione pozycje to na przykład Ghost in the Shell Masamune Shirow, Watchmen (Strażnicy) Alana Moora czy Fun Home Alison Bechdel, jest też fanem Inio Asano. Poza komiksami poleca wszystkim Depeche Mode Serhija Żadana z jego absurdalnymi dialogami i garowaniem nad koniakiem. Czasem chodzi do kina na smutne filmy, kiedy indziej spod koca ogląda Star Treka (w tym ma ogromne zaległości). Pisze także dla Arytmii (arytmia.eu).
  • Marcin Turkot

    Kurczę, Sagę omijałem do tej pory szerokim łukiem. Po takiej rekomendacji jednak zaryzykuję 🙂