Mój tata poleca!

Z okazji Dnia Ojca zabieramy Was w niesamowitą podróż do świata naszych ojców! Co oglądają, co czytają? Przy czym dobrze się bawią? Co przyszło im do głowy jako pierwsze, kiedy zapytaliśmy ich o to, jaki film lub książka bardzo zapadły im w pamięci? Wolą klasyki gatunku czy może lubują się w nowościach? Oto cała prawda o tym, co czytają lub oglądają nasi ojcowie, gdy nikt nie patrzy! 😉 Zapraszamy na „Mój tata poleca!”

Pan Zbyszek, tata Deneve, poleca film Król rozrywki!

Król rozrywki – mój tata poleca!

Film ten podoba mi się, ponieważ dobrze się kończy (haha), a tak naprawdę urzekły mnie piosenki, ładne ujęcia i to, jaki film jest kolorowy. Nie bez znaczenia jest to, że film przedstawia też historię z morałem i można się z niej wiele nauczyć. Mówi o pochwale dla ciężkiej pracy, jeśli dasz z siebie wszystko i nie osiądziesz na laurach, możesz zajść naprawdę wysoko. Przestrzega jednak przed nadmierną chciwością, bo trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć sobie dość i jednocześnie przypomina stare porzekadło: najlepszych przyjaciół poznaje się w biedzie!

O Królu rozrywki pisała dla Was Tutu, recenzję możecie przeczytać tutaj!

Pan Wacław, ojciec Kisiela, poleca film Dobry, zły i brzydki!

Dobry, zły i brzydki – mój tata poleca!

Sergio Leone to ikona westernów. Jego filmy zapisały się do klasyki gatunki i stały inspiracją dla kolejnych pokoleń reżyserów. Choć będąc fanem filmów, których akcja rozgrywa się na Dzikim Zachodzie, jestem w stanie wymienić kilkadziesiąt tytułów, które przypadły mi do gustu. Specjalne miejsce na szczycie piramidy zajmuje Dobry, zły i brzydki. Dlaczego akurat ta pozycja? Wynika to na pewno z sentymentu i sympatii do Clinta Eastwooda wcielającego się w Blondasa. Świetnie zrealizowane sceny strzelaniny, kadry prezentujące piękno przyrody oraz wciągająca fabuła i nienaganna gra aktorska – to wszystko sprawia, że Dobrego, złego i brzydkiego dobrze się ogląda, a film zapada w pamięć.

Pan Maciej, ojciec Angi, poleca film Czas Apokalipsy!

Czas Apokalipsy – mój tata poleca!

„Kocham zapach napalmu o poranku. Raz nasi bombardowali jedno wzgórze przez 12 godzin. Kiedy było po wszystkim, nie znaleźliśmy ani jednego trupa. Ten zapach; jak zapach benzyny. Całe wzgórze pachniało… Zwycięstwem… Ta wojna się kiedyś skończy”.

Ten cytat z wypowiedzi kapitana Kilgora zna chyba każdy, tak samo jak scenę lecących helikopterów z podkładem Jazdy Walkirii Wagnera. Kiedyś i dla mnie to były kluczowe sceny filmu, który pierwszy raz widziałem jako chyba 12-latek w kinie.

Do tego muzyka The Doors, The Rolling Stones, która dla 12-latka w 1984r. brzmiała jak z innej planety, bo kupienie ich płyt to byłby majątek i w życiu nie byłoby mnie stać na ich dyskografię (kwestię dostępności pominę). W radiu takie rzeczy grała tylko Trójka i to od czasu do czasu…./

Po latach ten film nabrał dla mnie dużo większej wartości – mimo że wspomniane sceny są ikoniczne, muzyka genialnie wręcz dobrana, film doskonale mógłby się bez nich obejść. Co innego w przypadku pułkownika Kurtza, czyli Marlona Brando. Ci, którzy twierdzą, że Don Corleone w Ojcu chrzestnym to jego najlepsza rola, błądzą. Pułkownik Kurtz to jego życiowa rola, nigdy wcześniej ani nigdy później, ani on, ani Coppola nie stworzyli nic lepszego na ekranie. Oczywiście, najpierw była książka. W 1899 roku Joseph Conrad, napisał Jądro ciemności. Czas Apokalipsy to jej uwspółcześniona i, moim zdaniem, ulepszona wersja.

O Kurtzie słów kilka…

Kurtz jest tu bogiem, ucieleśnieniem wojny i jednocześnie jej absolutną ofiarą. Jest bogiem, który zwariował, bo był człowiekiem, a człowiek nie może być bogiem. Co więcej, jest bogiem, który wie, że zwariował, i wie, że gdyby nie zwariował, oszalałby kompletnie. Wiem, że to brzmi mętnie, ale szaleństwo Kurtza ma wiele pięter – na niektórych z nich doskonale wie, że jest wariatem. Ale czy wariat który doskonale rozumie istotę i przyczynę swojego szaleństwa nie jest czasem człowiekiem zdrowym psychicznie?

Upływ czasu sprawił, że najbardziej kluczową sceną z tego filmu i jednocześnie najbardziej pamiętną jest ta, w której Kurtz mówi do Willliarda: „Pamiętam, jak byłem w Siłach Specjalnych. To było, wydaje się, wieki temu. Poszliśmy do wioski, by zaszczepić kilkoro dzieci. Gdy już odeszliśmy po tym, jak zaszczepiliśmy dzieci przeciwko polio, pewien starszy człowiek pobiegł za nami, płacząc. Nie mógł mówić, więc wróciłem. Oni przyszli i odrąbali każde zaszczepione ramię. Zebrali je na kupce, kupce… małych rączek, i pamiętam… ja… ja… ja… płakałem. Łkałem jak jakaś… baba. Chciałem wyrwać sobie zęby. Nie wiem, co chciałem zrobić. I pragnę to pamiętać. Nie chcę nigdy zapomnieć. Nie chcę nigdy zapomnieć. I wtedy uświadomiłem sobie… Jakbym został trafiony, jakbym został trafiony diamentem – diamentową kulą prosto w czoło. Pomyślałem: mój Boże! Geniusz tego, geniusz… pragnienie, by to zrobić. Doskonałe, prawdziwe, kompletne, krystalicznie czyste. Potem uświadomiłem sobie, że byli mocniejsi ode mnie, gdyż potrafili to znieść”.

To epitafium, które Kurtz wygłasza dla swojego człowieczeństwa i umysłu, który osunął się w ciemność.

Pożegnanie z dżunglą

Kurtz zdaje sobie sprawę, że zawarł pakt z diabłem w samym sobie, ale nie zdołał nad nim zapanować. Scena jego śmierci, przeplatana ze scenami ofiary z byka, wszystko to podlane schizofreniczną muzyką The Doors to majstersztyk (choć do dziś czasami wydaje mi się, że lepiej by tu pasowało momentami King Crimson z ich paradoksalnie zdyscyplinowanym chaosem). Kurtz właściwie się nie broni. Miałem wrażenie, że wręcz oczekuje śmierci jak wyzwolenia. A Williard? Mimo że przebył drogę do Kurtza i droga ta prawie tak samo go zniszczyła, ratuje swą duszę. Odpływa. Ale czy na pewno i ostatecznie? Czy zabiera dżunglę w sobie?

I dziś, kiedy oglądam ten film blisko 40 lat po jego powstaniu, zadaję sobie jeszcze jedno pytanie, kiedy widzę ostatnie sceny filmu, gdy odpływającemu Williardowi przyglądają się w milczeniu poddani (wyznawcy?) Kurtza – czy znajdą nowego boga? Lub inaczej – czy zaakceptują tego, który do nich przyjdzie? Bo głodni wyznawców bogowie wojny i wyznawcy wojny głodni swoich bogów to coś, czego niestety nam nie zabraknie.

Pan Marian, ojciec Justina, poleca sport i książki Krystyny Kurczab-Redlich (Głową o mur Kremla i Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina)

Głową o mur Kremla – mój tata poleca!

Jestem wielkim fanem sportu. Ostatnio oglądałem nasze drużyny siatkarskie w Światowej Lidze Narodów. Z satysfakcją przyjąłem zwycięskie pojedynki polskich reprezentacji, zarówno męskiej, jak i żeńskiej z „Wielką Rosją”. Szkoda, że nasi piłkarze nie są w jednej grupie z Rosją – być może po raz trzeci w tak krótkim czasie pokonalibyśmy tę wielką, putinowską, rosyjską „Sborną”.

Te sportowe starcia leżą mi na sercu od zawsze. Odkąd pamiętam, konfrontacjom naszych sportowców z reprezentantami dawnego ZSSR, a współcześnie Rosji, towarzyszyło wiadome napięcie. Na tym polu również szukano sposobu na wyrażenie sprzeciwu wobec zwierzchniej polityki. Chwytano się każdej okazji na „dokopanie” władzy. Któż nie zna intencji słynnego gestu Kozakiewicza?

Dziś, gdy już wydostaliśmy się spod tej strefy wpływów, nie zapominajmy o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą ustrój totalitarny, choćby starannie maskowany. Dlatego polecam książki Głową o mur Kremla i Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina, jeżeli ktoś jest ciekaw, jakimi drogami rozwija się dziś carska, imperialistyczna polityka i na ile żywy pozostaje stalinizm w osobie obecnego władcy Rosji.

Zarówno sport, jak i polityka to gra. Ale gdy staje się do niej z takim graczem, jakim jest Rosja, to dla mnie każda rozgrywka nabiera najwyższej wagi.

Pan Marian, tata Idris, poleca film Lot nad kukułczym gniazdem!

Lot nad kukułczym gniazdem – mój tata poleca!

Trudno mi dokładnie powiedzieć, skąd wziął się mój sentyment do tego filmu. Nigdy nie rozbierałem tego na czynniki pierwsze i nie analizowałem dokładnie. Zdecydowanie podobała mi się fabuła – cwaniaczek, pragnący uciec przed wyrokiem, udaje niepoczytalnego i ląduje w szpitalu dla psychicznie chorych. Już samo to przypadło mi do gustu, a fakt, że zakończenie jest dość przewrotne (i nie takie, jakiego oczekiwałem) sprawił, że jest to jedna z tych produkcji, które pamiętam doskonale. No i świetna gra młodego Jacka Nicholsona, wcielającego się w główną postać, oraz całej reszty obsady. Jeśli nie widzieliście Lotu nad kukułczym gniazdem, to naprawdę warto znaleźć dla niego te dwie godziny, może nie ma w nim wybuchów i strzelania, ale i tak zapamiętałem go na lata.

Ilu ojców, tyle gustów!

Co myślicie o wyborach naszych ojców? Pamiętajcie, żeby koniecznie podzielić się z nami tym, co lubią oglądać, czytać, słuchać albo w co lubią grać Wasi ojcowie! Pamiętaliście w ogóle o Dniu Ojca? 😉 Może jeszcze nie jest za późno, żeby kupić mu jakąś książkę… lub zabrać go do kina? Redakcja Nie tylko gry wszystkim tatkom, ojcom, tatusiom życzy wszystkiego najlepszego w dniu ich święta!

Dodaj komentarz

avatar