Dopiero co człowiek liczył ostatnie grosze na urlop, a tu już prawie połowa października. To oznacza, że za rogiem czają się już święta Bożego Narodzenia. Wielu wydawców chce załapać się na ten czas ostatecznego zwycięstwa konsumpcyjnego trybu życia, więc w tej części roku absolutnie nie brakuje nam mniej i bardziej ciekawych premier. Żeby pomóc wam chociaż minimalnie przefiltrować potencjalne cele zakupowego szaleństwa, wybrałem osiem październikowych gier, które moim skromnym zdaniem z pewnych powodów powinny przykuć waszą uwagę, nawet jeśli nie do końca przykuwają moją.

1. Forza Horizon 4

Forza Horizon 4

Dokładnie o tym mówiłem w ostatnim zdaniu pierwszego akapitu. Uwielbiam gry wyścigowe, naprawdę! Głównie takie, gdzie przy 350 km/h mogę przywalić z całej siły w barierkę, aby pomóc sobie przy zakręcie. Realizm cenię sobie w takiej rozrywce tak samo mocno, jak zawiązane sznurówki przy bieganiu sprintem. Rozumiem jednak, że serią Horizon prezentuje raczej consensus między wyścigówką arcade i symulacją, a świat nie jest wypełniony podobnymi do mnie, rozwalającymi się po ścianach casualami.

Potwierdzają to doskonałe wyniki sprzedażowe i wysokie noty nowej Forzy, które nawet takiego malkontenta jak ja skłoniły do wrzucenia tej pozycji do wirtualnego koszyka (tak na przyszłość, możliwie najbliższą). Przede wszystkim gra wygląda przepięknie, co w połączeniu z otwartym światem (tym razem jest to Wielka Brytania), dynamicznymi porami roku i ponad 450 modelami aut do wyboru daje nowej produkcji Playground Games ogromny potencjał do wytrącania szczęk z zawiasów.

Data premiery: 2 października 2018

2. Assassin’s Creed Odyssey

Assasin's Creed Odyssey

Już dziewiąty, pełnoprawny tytuł w serii gier, na które uwielbiam narzekać, dopóki do nich nie usiądę. Ubisoft od czasów prehistorycznych polega na sprawdzonej formule otwartego świata, wypełnionego zajmującymi czas znajdźkami. Karygodne jest takie chodzenie na łatwiznę, ale czy można ich winić? To działa, sprawia radochę i uparcie trzyma przed monitorem. Ludzie nadal chcą kupować kolejne części Far Cry i Assassin’s Creed, a w tej wprowadzono wiele zmian mających przybliżyć grę do formy prawdziwego Action RPG!

Najważniejszą z nich jest dodanie elementu, bez którego ani rusz w tym gatunku – latających nad głowami przeciwników cyferek odzwierciedlających zadane obrażenia. Głupie? Być może, pewnie tak, ale jakie satysfakcjonujące! Jeżeli odejmowanie żywotności w tysiącach (ciekawe jakie to są jednostki tak w ogóle) wam nie wystarcza, to bądźcie spokojni, zmian jest więcej. Wreszcie pojawiają się opcje dialogowe, które pozwolą wam mieć niewyrażony przez dźganie ostrzem wpływ na świat w czasach wojny peloponeskiej. Gracze mający w głębokim poważaniu tytuł gry mogą całkowicie porzucić skrytobójczy styl rozgrywki, stawiając na otwarte obijanie pysków antagonistom. Cieszy też obecność własnego, modyfikowalnego statku, czyli oczywisty spadek po Assassin’s Creed IV: Black Flag.

Pojawiające się recenzje są… różne. Bądźmy jednak szczerzy, miłośnicy serii i tak w Odyssey zagrają i prawdopodobnie będą bawić się świetnie. Biadolenie kilku zgredów na temat tak trywialnych spraw jak głupawe questy poboczne czy plastikowa mechanika starć nie powinno mieć żadnego wpływu na radość, jaką czerpiecie z fundowania ukochanej franczyzy. Może ciężko to odczytać z mojego tekstu, ale ignorowanie własnych narzekań jest moją specjalnością, więc zagram na pewno. Jak we wszystkie poprzednie części.

Data premiery: 5 października 2018

3. My Memory of Us

My Memory of Us

Śmieszki, ironizowanie i złośliwości przeznaczone dla pierwszoligowych gier odkładam na chwilę na bok. Po pierwsze dlatego, że My Memory of Us to polski indyk. Samo to nie wystarczy do osiągnięcia u mnie statusu świętej krowy, ale po drugie – jest to polski indyk mający na celu opowiedzieć piękną historię dwójki dzieci w czasie okupacji. Przy takim settingu Juggler Games musiałoby tę grę naprawdę mocno skopać, żebym pozwolił sobie na jakiekolwiek przytyki.

Piękne i poruszające historie chłonę prawie bezkrytycznie. Tutaj, pomimo oczywistości alegorii, ich obecność łagodzi uczucie żerowania na współczuciu odbiorcy. Fabuła dotyczy chłopca i dziewczynki, pochodzących z odrębnych grup społecznych. Zaprzyjaźniają się oni chwilę przed nadejściem i szybką ekspansją okrutnego okupanta w postaci robotycznej armii Złego Króla, która szybko określa część ludności jako “tych gorszych” i, po oznaczeniu ich czerwienią, rozpoczyna rządy terroru.

Poza kwestiami czytanymi podczas przerywników przez Patricka Stewarta (!) minimalistyczne, prezentowane za pomocą obrazków dialogi skupiają ciężar prowadzenia narracji na warstwie wizualnej, a ta jest przygnębiająco piękna, jednocześnie upiorna i bajkowa. Pod względem mechaniki gra jest wypełnioną łamigłówkami przygodówką z elementami platformówki, w której kluczem do sukcesu (oprócz spostrzegawczości) jest umiejętne połączenie wyjątkowych możliwości dwojga postaci. Tylko dzięki współpracy jesteśmy w stanie pomóc dzieciom unikać rozdzielenia i popchnąć do przodu historię o odwadze w trudnych czasach. Coś mi się wydaje, że jej zakończenie będzie naznaczone goryczą. Lubię się w takich przypadkach mylić.

Data premiery: 9 października 2018

4. Call of Duty: Black Ops 4

Call of Duty Black Ops 4

Tutaj sobie zrekompensuję minione złagodzenie krytyczności. Prawie wszyscy mają stosunkowo niskie oczekiwania, prawie wszyscy zdążyli się już przynajmniej kilka razy zawieść na grach z serii Call of Duty. Mimo to prawdopodobnie kolejny raz jak ciepłe bułeczki sprzeda się gra, która ze względu na poziom innowacji mogłaby zostać wydana jako dodatek do poprzedniczki.

Może i ja osobiście jestem zgredem, który uważa, że najlepszy CoD to single player z dwójki. Wy jednak absolutnie nie musicie tak uważać. Może według mnie rezygnacja z trybu dla jednego gracza i wprowadzenie ekstremalnie modnego battle royale to prostacki skok na kasę, ale przecież nie odbiorę wam prawa do czerpania radości z grupowego, efektownego mordowania się do ostatniego żywego kombatanta. Osobiście nie lubię, ale staram się rozumieć i nie deprecjonować… za bardzo. Trochę smuci mnie skupianie się wyłącznie na elementach generujących największe zyski, czyli w tym przypadku wspomnianym battle royale, multi i trybie zombie. Nie mogę jednak powiedzieć, że potępiam świadome dysponowanie środkami i chęć zarobku.

Na koniec – nie mogę też zaprzeczyć, że gra magnetyzuje wzrok efektywnością i satysfakcją płynącą z faszerowania ołowiem bogu ducha winnych współgrających. Zainteresowałem się tytułem z czystej konieczności, a koniec końców pewnie w niego zagram. Jeśli lubicie Call of Duty i zirytowały was moje przytyki, to kupujcie i zapraszam na serwery, będziecie mieli okazję wyrazić złość za pomocą ostrej amunicji. Przynajmniej dopóki mój własny brak skilla nie spowoduje permanentnego ragequita.

Data premiery: 12 października 2018

5. Lego DC Super-Villains

Lego DC Super-Villains

Będzie krótko: to gra z superbohaterami (no, głównie superzłoczyńcami), a ja wszystko w tym temacie adoptuję do kręgu zainteresowań w momencie, w którym pierwsze informacje dotkną moich uszu lub oczu. Nie będę teraz zgrywał ekstremalnie poważnego, dorosłego człowieka, więc przyznam: uwielbiam też lego i większość z gier sygnowanych logo duńskiego giganta produkcji opon sprawiła mi multum radości.

Sama rozgrywka nie różni się od wszystkich poprzednich klockowych nawalanek. Biegamy po planszach rozwiązując proste łamigłówki i bijąc po plastikowych głowach kanciastych statystów. Warto zwrócić uwagę na inny setting. Lego DC Super-Villains daje nam szansę zaprojektowania swojej własnej postaci – początkującego superprzestępcy, który sprzymierza się z Jokerem, Dwiema Twarzami, Harley Quinn etcetera. Czy to znaczy, że w kolorowej estetyce będziemy mogli stać się morderczymi maniakami? No nie, bo powszechnie wiadomo, że złole stają się mniej źli, gdy pojawiają się złole jeszcze gorsi od nich! Syndykat Sprawiedliwości, czyli pochodzące z alternatywnej rzeczywistości kopie najpotężniejszych bohaterów, wchodzą na terytorium dotychczasowych najgorszych klockowego świata DC, a ci nie mają zamiaru na to pozwolić.

Data premiery: 16 października 2018

6. Soul Calibur VI

Soul Calibur VI

Narzekałem na ciągnące się w nieskończoność serie i tanie, efekciarskie chwyty? Pora na hipokryzję! Szósty Soul Calibur, niewiele różniący się od poprzednich, z gościnnym występem Geralta z Rivii. Pomimo niezmiennej formy, a może właśnie dzięki niej, gry z tej serii pozostają moim głównym narzędziem do zabijania nudy w agonalnych momentach spotkań towarzyskich. Opierający się na czterech atakach, łatwo przyswajalny system walki i widowiskowość sprawiają, że nawet kompletnie zielone pospólstwo może cieszyć się podczas rozgrywki kilkoma przypadkowymi, ale wielce zadowalającymi combosami. Poza tym zawsze wolałem tłuczenie się za pomocą broni białej, zwłaszcza jeśli mowa o dwumetrowych tasakach.

Starcia bohaterów poszukujących demonicznego miecza Soul Edge i jego świętej antytezy, tytułowego Soul Calibura, będą się trochę różnić od poprzednich odsłon. Twórcy zapowiedzieli wprowadzenie do walk nowej mechaniki polegającej na kontrataku opartym o nieco bardziej pokręcone kamień, papier, nożyce. Zmiany dotkną również fabuły, ponieważ gra ma być rebootem serii i opowiadać o wydarzeniach sprzed pierwszego Soulcalibur. Czy to cokolwiek zmieni w kwestii satysfakcjonującego mordobicia? Jeśli tak, to mam nadzieję, że tylko na lepsze.

Data premiery: 19 października 2018

7. Red Dead Redemption 2

Red Dead Redemption 2

Sequel jednego z głównych powodów, dla których w ogóle zacząłem rozważać (jak i wiele innych osób) kupno konsoli. Nadchodzący hit Rockstar Games trudno pochwalić w tak krótkim tekście, a zresztą chyba nie trzeba. Jeżeli to czytacie, to jest spora szansa, że i tak już niecierpliwie ogryzacie paznokcie w oczekiwaniu na przemierzanie sandboksowego Dzikiego Zachodu.

Nielicznym niezaznajomionym najłatwiej tę grę przedstawić jako GTA w świecie westernów. Tak, wiem, strasznie to banalne i uproszczone, ale zastrzelcie mnie w południe przed ratuszem, jeśli nie prawdziwe. Akcja toczyć się będzie przed wydarzeniami z poprzedniej części. Wcielimy się w Arthura Morgana, członka gangu zmuszonego do ucieczki przed średnio pobłażliwym wymiarem prawa. To popchnie nas do podejmowania wyborów i popełniania kolejnych zbrodni w toku narracji charakterystycznej dla dzieł Rockstar. Najprawdopodobniej znowu będziemy robić to samo, co robiliśmy w Los Santos, tylko nie do końca tak samo. Broń maszynową zastąpią strzelby, rewolwery i kupy na kijach, a przerażonych uczestników ruchu drogowego będziemy zrzucać z grzbietów koni, zamiast wyciągać za kark z luksusowych samochodów. Dobra, sprawdzona formuła przedstawiona w zupełnie innej otoczce otwiera wiele nowych możliwości, a skuteczności ich implementowania dotyczy kultowy już status części pierwszej. Czy dwójka powtórzy ten sukces? Możecie być tego pewni, u mnie na półce stanie z pewnością.

Data premiery: 26 października 2018

8. Call of Cthulhu

Call of Cthulhu

Ten tworzony przez studio Cyanide survival horror budzi we mnie równie mieszane uczucia, co cała służąca mu za inspirację twórczość H.P. Lovecrafta. Ogromne nadzieje nieustannie walczą ze sceptycyzmem. Cieszy fakt oparcia mechaniki o tradycyjną, papierową grę Call of Cthulhu, wraz z zaimplementowaniem mechaniki rosnącego szaleństwa. Chwiejna psychika protagonisty walczącego ze stresem pourazowym będzie się szarpać jeszcze bardziej, gdy pozwolimy mu być świadkiem mrożącej krew w żyłach makabry, a to bezpośrednio wpłynie na rozgrywkę. Niepokoi mnie głównie trudność w przełożeniu lovecraftowskiej grozy na medium głównie wizualne. Trudność, jakiej poniekąd winny jest sam pisarz, który w swojej ksenofobii skupił się na wielokrotnym powtarzaniu słów “nieopisany”, “niewyobrażalny”, “nieziemski”. Jak coś takiego pokazać, aby nie stało się po prostu groteskowym, festyniarskim kiczem? Do tej pory nikomu się jeszcze w zupełności nie udało.

Sprawę ułatwia nieco fakt, że akurat w tym przypadku fabuła skupi się na lęku płynącym z nieznanych odmętów morskich, a nie z ponadwymiarowych, kosmicznych miast o niszczącej zmysły geometrii. Świat, w którym drzemią Przedwieczni, poznamy oczyma Edwarda Pierce’a – prywatnego detektywa i weterana wojennego. Pozornie proste morderstwo w Bostonie wkroczy na tereny gotyckiej grozy, gdy potężny Cthulhu objawi swoje rosnące wpływy poprzez… podgryzanie wielorybów. Brzmi trochę jak umniejszanie nadludzkiej potęgi do rangi morskiego potwora, ale poczekamy, zobaczymy. Ja z pewnością będę chciał przekonać się na własne oczy, jak bardzo jestem szalony ciągle wierząc w to, że wreszcie pojawi się godna adaptacja literatury, za którą i tak przecież do końca nie przepadam.

Jeżeli tak samo jak ja lubicie weryfikować swoje objawy własnoręcznie, to trzymajcie rękę na pulsie i oczekujcie na premiery obserwując ofertę G2A. Polecam też pamiętać o opcji ogarnięcia kuponów umożliwiających zakupy z fajnymi zniżkami. Odrobina oszczędności jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

Dodaj komentarz

avatar