antybohater

Przyczynkiem do refleksji, która w dalszej perspektywie zaowocowała poniższym tekstem, była pewna rozmowa z Ewą Astroni Piotrowską – autorką opublikowanego u nas niegdyś artykułu o kobiecym Doktorze Who. Ewa zwróciła moją uwagę na fakt, że od czasu pojawienia się na ekranach postaci Gregory’ego House’a twórcy lwiej części seriali popadli w nieco niezdrową fascynację mocno zarysowanymi antybohaterami. Trudno jest nie zauważyć, jak wielu protagonistów rozlicznych odcinkowców ostatniej dekady – podobnie jak uzależniony od vicodinu i ironii lekarz – należało do tego rodzaju ludzi, których w realnym życiu omijalibyśmy na kilometr. Skąd w scenarzystach (jak również w pewnym stopniu także w widzach) takie umiłowanie gorszej strony natury bohaterów? Czy takie podejście do tworzenia postaci wnosi jeszcze cokolwiek nowego, ciekawego?

House zapewne nie był pierwszym telewizyjnym antybohaterem w ogóle, ale zdecydowanie można uznać go za tego, który jako pierwszy zyskał duży rozgłos. Wredny dla wrogów, niemiły dla przyjaciół, ogólnie wyjątkowo trudny we wszelakich relacjach międzyludzkich. A mimo to zdobył sobie ponadprzeciętną sympatię publiczności. Zapewne również dlatego, że w tamtym czasie ten rodzaj protagonisty w tak wyrazistym wydaniu był wciąż czymś nowym i nieczęsto jednak spotykanym. Nic więc dziwnego, że Doktor House rozpoczął pewną nową tendencję w produkcjach serialowych. Pytanie brzmi, czy nie zbyt długotrwałą i czy czasem już tytuł ją rozpoczynający nie wyczerpał jej w znacznym stopniu swoimi ośmioma seriami. Drugą z tych tez można w zasadzie podważyć istnieniem Dextera, który już samym punktem wyjścia bił House’a na głowę pod kątem czynnika „anty” w bohaterze. I chyba przy okazji zawiesił poprzeczkę w tym względzie na takiej wysokości, że nie sposób jej przebić. Przynajmniej tak mi się naiwnie wydaje, traktując aż tak ekstremalne tytuły jako wyjątki.

A jak jest z tą rzekomą długotrwałością? Doktor House nawiedził telewizyjne ekrany po raz pierwszy w 2004 roku. Teraz, piętnaście lat później, wciąż w wielu nowych serialach protagoniści intensywnie przejawiają cechy przypisywane antybohaterom. Problem polega na tym, że to, co ponad dekadę temu faktycznie było powiewem nowości i delikatnej kontrowersji, z czasem stało się jedynie formą. Czasem zjadającą własny ogon.

antybohater

Tak, jak wspomniałam już wcześniej, House nie był pierwszy. Przed nim pojawiły się chociażby takie seriale, jak Rodzina Soprano czy 24 godziny, jednak dopiero z czasem, w kontekście wyżej wymienionego tytułu, okazały się być początkiem trendu wyrazistych antybohaterów na szklanym ekranie. Potem okazało się, że niesympatyczny doktor ze Szpitala Klinicznego Princeton-Plainsboro otworzył drogę historiom innych postaci, dla których w telewizyjnym świecie raczej nie było do tej pory zbyt wiele miejsca, a na pewno nie w charakterze protagonisty. Więzień – niesłusznie osadzony, ale jednak – z Prison Break vel Skazanego na śmierć, handlująca marihuaną pani domu z Trawki czy seksoholik z Californication… To było coś na tyle nowego, że jak najbardziej mogło zrobić wrażenie na widzach. Nawet tych rozsmakowanych w serialach kryminalnych, które elementy „antyheroiczne” u istotnych postaci przemycały już od dłuższego czasu.

Nic dziwnego, że potem niemal falą ruszyły kolejne tytuły, mniej lub bardziej czerpiące z nowoodkrytego źródła inspiracji. Nasze ekrany zapełniły się odcinkowymi opowieściami o bohaterach mocno odległych od ideału, którzy mimo swojego niezbyt akceptowalnego niedopasowania do szeroko pojętych norm obyczajowych lub społecznych okazali się być mile widziani nawet na takich poletkach, jak seriale obyczajowe czy komedie, gdzie tym razem nie byli tylko obiektami drwin. No i świetnie, gatunki telewizyjne zostały co nieco wywietrzone, a widzom popkulturowo poszerzyły się horyzonty.

Tylko że jesteśmy teraz u kresu lat dziesiętnych i ma się wrażenie, że – pomimo teoretycznej różnorodności, bo obok masy kanałów telewizyjnych pojawiają się platformy wideo typu Netflix – nie da się dzisiaj zrobić serialu z konwencjonalnym głównym bohaterem. Albo że przynajmniej tak się wydaje twórcom. Zresztą, co ja tu smęcę o dzisiejszych czasach. Oznaki wyczerpywania się formuły pojawiły się równie prędko, jak i nagły jej rozkwit. Już na początku dekady dziesiętnej objawił się Luther. Wychwalany niekiedy pod niebiosa, choć chyba jedyną jego poważną zaletą było otworzenie drzwi do kariery Idrisowi Elbie. Niektórzy w historii o skłonnym do obsesji i przemocy detektywie doszukiwali się nawet swoistego nowatorstwa. Chociaż serial tak naprawdę męczył mieleniem już i tak poszatkowanego na cząsteczki schematu opowieści o twardym glinie z mrocznym wnętrzem, a postać swoistej nemezis Luthera – wysoko funkcjonującej socjopatki Alice – raziła naiwnością charakterystyki (i marnym, stereotypowym aktorstwem Ruth Wilson). Nie zmieniło to faktu, że spora część tak krytyków, jak i publiczności, kupiła Luthera. Podobnie jak masę innych, wyprodukowanych później kryminałów, które w zamierzeniu miały pokazać realistycznego protagonistę, a opisywały coraz bardziej papierową postać.

antybohater

Seriale, które wystartowały z niekiedy bardzo dobrze skonstruowanym głównym antybohaterem, często popadały we wspomniane już zjadanie własnego ogona. Aż do mdłości. Pierwsza seria Sherlocka miała naprawdę spory potencjał, szkicując na podstawie książkowego pierwowzoru złożonego i niejednoznacznego protagonistę. Daleko mu było do ucieleśnienia frazy „mózg na nogach”, choć mógł na pierwszy rzut oka robić takie wrażenie. Scenarzyści pozostawili dużo mniej lub bardziej subtelnych wskazówek, że za chłodnym intelektem i obojętnością na emocje jednak kryje się człowiek. Niestety im dalej w las, tym gorzej – socjopatyczne elementy osobowości Sherlocka w mniemaniu twórców były na tyle atrakcyjne, że z czasem uczynili je całością jego charakteru. A kiedy wyeksploatowali te cechy już do cna, wprowadzili zupełnie znikąd dodatkową postać, bezpośrednio związaną z Holmesem, która w swoim wyolbrzymieniu rysów antybohaterskich wyglądała niemal jak jego parodia. W sumie nie za bardzo wiadomo, dla kogo to zrobili, bo po tym ruchu wielu widzów, nawet tych wiernych, odwróciło się od serialu.

W pułapkę mody na „antybohaterstwo” powpadały również te produkcje, które – przynajmniej teoretycznie – nie miały z takimi tendencjami nic wspólnego, ewentualnie niewiele. Przytrafiło to się chociażby Doktorowi Who za czasów Petera Capaldiego. Zapewne zagorzali fani klasycznych serii będą twierdzić, że to powrót do korzeni, ale… U licha, nie! Owszem, już przy granym przez Davida Tennanta Dziesiątym Doktorze pod koniec jego kadencji zaczęło się balansowanie na granicy bycia antyherosem. Oczywiście, podobne echa pojawiły się u Jedenastego Doktora w wykonaniu Matta Smitha. Ale to przy Dwunastym twórcy zaczęli zwyczajnie przeginać. Z jednej strony niby był empatyczny, troskliwy i „pozytywnie zakręcony”, ale z drugiej – cóż za paradoks! – chłodny (czasem wręcz zimny) i skłonny do manipulacji. A to wszystko w proporcjach zmiennych, w zależności chyba od poszczególnych scenarzystów oraz ich humorów. Liczył się efekt końcowy – pieniący się i pachnący antybohaterem koktajl sprzeczności i niestabilności. Niestety bardzo niestrawny. W Supernatural vel Nie z tego świata i Breaking Bad protagoniści w dalszych seriach ucierpieli w podobny sposób (w tym drugim szczególnie drastycznie). Przejawiali niekiedy od początku pewne cechy antybohatera, ale przerobienie ich na takowego w późniejszych odcinkach było nielogiczne i podyktowane, zdaje się, jedynie chęcią „podkręcenia” wyczerpujących się już pierwotnych formuł. W obu wypadkach raczej bez uznania ze strony widzów.

Nowe produkcje serwują nam „antyherosów” od samego początku, niezależnie od gatunku, jaki dany tytuł reprezentuje. To już nie tylko całe stosy seriali kryminalnych, gdzie ze świecą szukać detektywa bez „antybohaterskiego” wizerunku. Wybór jest stosunkowo szeroki: są więźniarki (Orange Is The New Black), włamywacze (Dom z papieru), patologiczne rodziny (obie wersje Shameless), jeszcze bardziej wyszukane gangsterskie rody (Ray Donovan), dilerzy narkotyków (krajowe Ślepnąc od świateł) – ba, nawet głowy karteli narkotykowych (Narcos). Na całych gromadach antybohaterów mocno opierają się seriale kostiumowe, również te z domieszką fantastyki: Rzym, Rodzina Borgiów, Gra o tron, etc. Oczywiście ma to pewne uzasadnienie w chęci przedstawienia szarej moralności postaci często historycznych, ale… co za dużo, to niezdrowo. Zresztą można to samo powiedzieć w kontekście seriali ogółem. Zarówno o samej ilości takich bohaterów, jak i o dawce elementów „anty” w ich charakterystykach. Bo czasami zdarza się tak, że tylko z grubsza szlachetna motywacja protagonisty czy jego kolegów odróżnia ich od tak zwanego złola.

antybohater

A ilu serialowych antybohaterów ostatnich lat tak naprawdę intensywnie zapisało się w zbiorowej pamięci? Przede wszystkim Frank Underwood z House of Cards, ale tutaj jest spora możliwość, że to grający go Kevin Spacey, a nie umiejętności scenarzystów, zadecydowały o sukcesie postaci. Ta teoria brzmi prawdopodobnie, biorąc pod uwagę, jak cały serial podupadł w oczach widzów wraz z usunięciem aktora z obsady. Można w poczet antybohaterskich sław zaliczyć jeszcze parę postaci z Gry o tron. Ale czy nie jest tak, że na każdego z tych bohaterów przypada co najmniej paru epigonów, których odcinkowa gwiazda zgasła równie szybko, jak rozbłysła? Oczywiście możemy uznać taki mechanizm za typowy dla całej popkultury i to chyba od zarania jej dziejów. Acz nie mogę wyzbyć się wrażenia, że tutaj natężenie zjawiska jest szczególne.

Z poszukiwania nowych pól „eksploatacji” pod kątem tego, kto może zostać serialowym protagonistą, nastąpiło przejście do praktyki o dość płytkiej, zdaje się, motywacji. Postać ze skrajnymi często wadami o wiele łatwiej się tworzy, niż bohatera bliższego ideałowi. Zgodnie z tym, o czym pisał Charles F. Altman 42 lata temu w tekście W stronę teorii gatunku filmowego, widz zawsze zafascynuje się ekranową wersją zachowań, których w rzeczywistości ze względu na prawo obyczajowe czy karne nie dopuściłby się. Poza tym to jednak niezły chwyt marketingowy. Nic nie sprzedaje się lepiej niż kontrowersja – a z nią mimowolnie wiązało się zawsze pojawienie się antybohaterów w rolach głównych. Ale z drugiej strony teraz, przy takiej liczebności „antyherosów” w każdej produkcji, chyba zwiększyła się tolerancja widzów na postaci odrzucające szeroko pojętą moralność i normy społeczne. Teoretyczna kontrowersja rozmywa się, w praktyce stając się czymś w warunkach szklanego ekranu tolerowanym. A czy pożądanym? Rozbieżność oczekiwań publiczności w wyżej opisanych przykładach sprawia, że trudno to jednoznacznie ocenić. Choć możemy chyba uznać, że tak, widzowie chcą antybohaterów w serialach – ale dla części z nich muszą oni być dobrze zaprojektowani i pojawiać się w rozsądnej ilości.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Astroni Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Astroni
Gość

Brawo! Jak zawsze ciekawie i fachowo 🙂 Zaraz nagadam się więcej, ale to już nie tutaj, bo kto by zniósł tyle spamu.