Jurek: Jeśli bitwa z poprzedniego odcinka rozczarowała was, bo nie była wystarczająco wielka, to śpieszymy wam z pomocą. Otóż my rozegramy brutalne starcie na poletku opinii o tym odcinku. Na ringu zmierzę się ja, który ku swojemu zdziwieniu będę go bronił, a także sir Wojtek – rycerz, który odwrócił się od swego fandomu i postanowił wygłosić negatywną opinię. Ale najpierw, by tradycji stało się zadość, ogólna ocena. Jest to moim zdaniem na razie najlepszy odcinek w tym sezonie, nie żartuję. Nie jest idealny, bo sceny Jaimego i Brienne, do których wrócę później, to całkowita żenada, ale pomijając powyższe, wszystko jest na swoim miejscu – knucie intryg, brutalność, postacie w pełni swoich charakterów oraz konsekwencje z tego wynikające. Poczułem się trochę, jakbym oglądał jeden z pierwszych sezonów. Oczywiście czepliwi wymyślą najróżniejsze elementy, do których można się przyczepić, ale wygłoszenie tego pozostawię im.

Wojtek: Tytułu rycerza jeszcze nie otrzymałem, bo w przeciwieństwie do Brienne niczego nie zginałem i nie wypinałem przed Jaimiem. W tym odcinku wypięli się z pewnością również scenarzyści. Na jednych mniej, na innych bardziej. Do tej pory wszystkie odcinki ósmego sezonu przyjęte były przez widzów z mieszanymi uczuciami. Raz działo się za mało, następnym razem dużo, ale co z tego, skoro nie było nic widać. Serial początkowo narzucił tempo zupełnie odmienne od tego doświadczonego przez nas w poprzednim sezonie i jakoś tak niespecjalnie nami wstrząsał. Za to delikatnie gładził nasze skołatane nerwy. Było spokojnie, emocjonalnie, z dużą ilością serca w kierunku widzów. Na pierwszą połowę sezonu narzekano niemiłosiernie, ale ja tej połowy broniłem. Tak jak Jorah bronił swojej khaleesi, jak Theon bronił Brana, jak Duch bronił Jona, gdy ten leżał martwy (tak, ty zapomniałeś, ale widzowie pamiętają i to nawet lepiej niż Północ). Ale teraz brakło mi już sił i strzał w kołczanie. Tym razem jedyne, co można było dostrzec w czwartym epizodzie, to pośpiech. Zwolnione początkowo tempo właśnie odbiło się solidną czkawką. Otrzymaliśmy odcinek przepełniony, nieskładny, poszarpany i jeszcze bardziej drażniący nietrafionymi pomysłami.

Jurek: Pośpiech? Nie… No dobra, okręty tak szybko jak tutaj nie pływają, ale to świat, gdzie są smoki, szaleńcy wysadzają kościoły razem z połową miasta, królowie giną od dzików czy wykonują literalne wyjście przez okno. Wolne tempo zresztą tego odcinka aż tak nie opuszczało. Cudowne były następujące sceny: pogrzeb poległych, a później feta po wygranej, w której praktycznie każda postać dostała chwilę, a niektórzy nawet elementy budowy postaci. Wspaniały Tormund, wyśmienity dialog Clegane’a z Sansą… Całe balowanie było najlepszą sceną odcinka i momentem, na który fani czekali ostatnie kilka lat.

Wojtek: Przeładowanie wątkami oraz skrajnymi emocjami sprawiło, że odcinek pozbawiony był tak naprawdę charakteru. Z jednej strony fabuła zostaje popchniętą do przodu „byle szybciej”, z drugiej odcinek obciążają i spowalniają elementy, o których fajnie się fantazjowało do tej pory, ale to już nie czas i miejsce, aby do nich wracać. Super, że mogliśmy zobaczyć ruch Złotorękiego numer 69, czyli „Hej maleńka, tobie też jest tak gorąco?”. W tym czasie jednak nie wiadomo jakim cudem statki Greyjoya zamontowały stealth mode na poziomie godnym przeciwników Jamesa Bonda. Świetnie, że zobaczyliśmy kolejną scenę z wszystkimi bohaterami, którzy tańczą, śpiewają, żłopią piwo i odtłuszczoną latte, ale takich wspólnych obrazków jest już trochę za dużo, biorąc pod uwagę, że serial się kończy. Już na zawsze. Cersei w tym czasie zdążyła wykarczować wszystkie drzewa w promieniu dziesięciu mil od Królewskiej Przystani. Odcinek skakał od żałoby, przez radosną zabawę, gorące numerki, rozmowy o przeszłości, po intrygi, by w międzyczasie zaoferować walkę, z której widzieliśmy jeszcze mniej niż w poprzedniej bitwie. W tym czasie Dany zdążyła być „tą smutną”, „tą zagubioną”, „tą złą”, by skończyć jako „ta wściekła”. Zdecydowanie brak w tym było odpowiedniego balansu.

Jurek: Właśnie że odcinek był pełen charakteru. Kluczowym elementem Gry o tron była szeroka gama uczuć targających widzem w trakcie oglądania. Przynajmniej w pierwszych sezonach. Podoba mi się atakowanie zabaw Jaimiego, które sam skrytykowałem, ale widzę, że jestem zmuszony rozwinąć swój tok myślowy, by ostatecznie zakończyć tę kwestię. Te igraszki były głupie, obleśne i nieprzyjemne do oglądania. On się zachowywał jak kompletna niezdara, nie dość, że nie mógł rozpiąć koszuli, to rzucał durne teksty, a ona oszalała nagle na jego punkcie. To, co się działo w momencie tego odjazdu, było największą nielogicznością w całym serialu, ponieważ Brienne zmieniła się w całkiem inną postać, która nie pasuje ani do jej pierwotnej charakterystyki, ani tym bardziej do zmian, jakie przeszła względem fabuły. Natomiast jeśli chodzi o Dankę, porównując nasze ostatnie teksty, widzę, że ewidentnie masz z nią problem. O ile sam za nią nie przepadam i uważam ją za najbardziej bezmyślną oraz irytującą postać, to ten odcinek przynajmniej dostarczył realnych powodów, aby takie emocje odczuwać.

Wojtek: Cała gama emocji oraz mnogość wątków od początku była nieodzownym elementem serialu. Najważniejsze jednak było ich odpowiednie poprowadzenie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tym razem zabrakło odpowiedniego poprowadzenia wszystkiego. Z epizodu dałoby się wyciągnąć kilka dobrych momentów, które można by nawet wychwalać, lecz tym razem zginęły one w nadmiarze innych elementów. Odcinek zwalniał nie tam, gdzie trzeba, a przyśpieszał w momentach, które były niezwykle istotne. Możemy przytoczyć romans dwójki rycerzy jako ten zbędnie przeciągnięty i atak Greyjoya oraz zabicie smoka jako przedstawione w pośpiechu i nieskładnie. Wybory podjęte przez scenarzystów w wielu przypadkach są dla mnie niezrozumiałe. Natomiast zmiana Daenerys, niezależnie od fabularnego uzasadnienia, przebiegła tak szybko, że jej doradcy z tego pośpiechu zaczęli knuć intrygi, jeszcze zanim całkiem do niej doszło.

Jurek: Jaka znowu zmiana Daenerys? Jest to najbardziej stała postać w całym serialu, od początku do końca dążąca do osiągnięcia celu, jakim jest zdobycie Żelaznego Tronu. Co do ataku natomiast: w pośpiechu i nieskładnie? Przecież to typowo GoTowy moment! Piękna scena, wojska „dobra” docierają do miejsca, gdzie wszystko powinno się zakończyć, smoki dumnie lecą po niebie, niosąc ze sobą zwiastun nadciągającej klęski Cersei, a moment ten zostaje brutalnie, zaskakująco i dobitnie przerwany przez zabicie smoka. Seriale masowo wykorzystują mniej lub bardziej umiejętnie zjawisko zwane shock value. Jest to zabieg polegający na pokazaniu zaskakującej sceny, która wywołuje u odbiorcy wzburzone emocje. To, co od zawsze robiła ta produkcja, to świetne jego wykorzystanie. Atakowana przez ciebie scena ze smokiem jest idealnym przykładem tego zabiegu. Ale, jak to mówią, opinia jest jak serce, każdy ma własne, i uważam, że powinniśmy na tym zakończyć, a was, widzowie, prosimy, byście napisali, którą armię wesprzecie.

Wojtek: Szokowanie widzów było zdecydowanie główną zaletą Gry o tron oraz jednym z powodów sukcesu. Od początku tego sezonu atmosfera była budowana w taki sposób, że każdy spodziewał się najgorszego. Był to zabieg świetny i do pewnego momentu dobrze przemyślany. Tylko że pałkę można przegiąć jedynie do pewnego momentu i później przestaje to być już zabawne. Serial swoją masę krytyczną osiągnął w poprzednim odcinku. Tam jednak niewiele rzeczy szokowało. Teraz próba zaskakiwania wymieszała się z ewidentnym pośpiechem, czyniąc nieatrakcyjny miszmasz. Wyjmując z całości przykład ze smokiem, możemy śmiało przyznać, że był to cios w papę. Jednak chaotyczna otoczka oraz drobne idiotyzmy (smoki są naszą główną przewagą, więc latam sobie z nimi jak na poobiednim spacerku) sprawiają, że wartość tego zaskoczenia zdecydowanie opada. To samo można powiedzieć o kilku innych elementach. Same w sobie miały potencjał do uratowania odcinka, ale ewidentnie coś nie grało w całości. Widzowie płacą teraz cenę za początkowe powolne tempo. Bawiliśmy się świetnie, ale zostały nam tylko 3 odcinki do końca, więc trzeba przyśpieszyć, a cierpią na tym naprawdę ciekawe i istotne elementy. Efekt końcowy? Najbardziej zapadający w pamięć moment, o którym dyskutuje cały internet, to nie intrygi doradców, śmierć smoka czy pojawienie się Bronna (swoją drogą również zrobione w pośpiechu i bez szacunku do postaci, a o „pożegnaniu” Jona z Duchem nawet nie wspomnę. Dobra, wspomnę. Pan Jon-teraz-jestem-z-Targaryenów tym zachowaniem po prostu napaskudził swojemu wilkorowi do kuwety), ale fakt, że zapomniano zabrać z planu kubek ze Starbucksa. A skoro głównie o tym mowa, to wiele mówi o całym odcinku.

Omówienia innych odcinków:

Nie ma to jak w domu. Spoilerowa recenzja pierwszego odcinka 8. sezonu Gry o Tron


Cisza przed burzą. Omówienie drugiego odcinka 8. Sezonu Gry o tron


Czarno to widzę. Omówienie trzeciego odcinka 8. sezonu Gry o tron

Dodaj komentarz

avatar