Jurek: Nareszcie długo oczekiwana bitwa, ostateczna walka z Nocnym Królem nadeszła i… bardzo mocno rozczarowała. Oglądając ten odcinek, ma się wrażenie, jakby w rzeczywistości patrzyło się na trzy, kompletnie różne. Pierwsza część jest pokazem braku kompetencji i leniwego scenopisarstwa, które przez głupie decyzje bohaterów, takie jak wysłanie na sam start konnicy na rzeź, doprowadza do potrzeby cofnięcia szyków i podnosi napięcie, stawiając bohaterów w stanie jeszcze większego zagrożenia. Jedyną zaletą pierwszego aktu tego odcinka jest to, że jest najciemniejsza z całego epizodu i przynajmniej pozwala na poprawne skalibrowanie sobie ekranu przed dalszym seansem. Kolejna część natomiast jest praktycznie przeniesieniem World War Z do świata wykreowanego przez Martina. Pozostaje jeszcze finał odcinka, który choć satysfakcjonujący, jest dosyć przewidywalny. Zanim jednak wsiąknę w szczegóły, dam opisać ogólny odbiór odcinka mojemu koledze w niedoli śledzenia zamknięcia tego sławnego cyklu.

Wojtek: Dwa odcinki starannego i mozolnego budowania napięcia prowadzą nas do bardzo byle jakiego punktu kulminacyjnego. Sentymentalna przejażdżka pełna emocjonalnych wybojów wiedzie na irytująco nieprzemyślaną stację końcową, na której nikt na nas – zmęczonych, smutnych i przerażonych – nie czekał. Po prostu zgasił światło i sobie poszedł.

Do tej pory atmosfera była tak zagęszczana, że człowiekowi robiło się przykro jeszcze przed emisją odcinka. Mało kto zastanawiał się, kto zginie w najbliższej bitwie, bo łatwiej i szybciej było wymienić tych, którzy mogą przeżyć. Takie przynajmniej odnieśliśmy wrażenie, w końcu z połową bohaterów pożegnaliśmy się podczas posiedzenia przy kominku. Wyczekiwany trzeci epizod w końcu nadszedł, jednak jego lwią część stanowił jeden z najsłabszych momentów całego serialu. Twórcy nieustannie stawiali „ładnie wyglądające obrazki” ponad logikę. Fajnie, że oddział Dothraków efektownie zgasł w mrokach Północy, jednak samobójcza szarża na armię złożoną przede wszystkim ze wskrzeszonych nieboszczyków nie jest chyba najlepszym pomysłem. Absurdy starcia odbierały całą zabawę. W całym tym zgiełku nie zobaczyliśmy żadnego efektownego pojedynku (najlepsi pozostali przy życiu wojownicy głównie przytulali się z masą żywych trupów), nasza ukochana para kochanków dosiadająca smoków ganiała się bez sensu w śnieżnej zawierusze, ograniczając swój wpływ na przebieg bitwy do minimum, a śmierć poniosły jedynie te postaci, które dla fabuły miały marginalne znaczenie. Natomiast Dany-Nie-Wiem-Co-Robię-Ale-Mam-Smoki-Więc-Japa-i-Bend-the-Knee z każdą chwilą robi wszystko, by ostudzić sympatię do siebie. Zostały jej dwa odcinki, żeby stać się najbardziej znielubianym bohaterem i myślę, że Kobieta o wielu przydomkach jest na całkiem dobrej drodze. Ale oczywiście były też dobre i bardzo dobre momenty.

Jurek: To, kto zginął w bitwie, to jedna wielka pomyłka. Postacie, które nijak się miały do fabuły, jak Edd, umarły, a Sam, który przez całe starcie turlał się z jednego punktu do innego, przeżył. Innym bezsensownym zwieńczeniem postaci był przypadek Theona. Przywrócono go raptem chwilę wcześniej, żeby dać mu jedynie „jednak byłeś spoko, nara” i znów powróciło wspomniane wcześniej leniwe scenopisarstwo, skutkujące bezsensownym biegiem na Nocnego Króla.

Na szczęście nie samymi wadami ten odcinek stoi. Podstawową zaletą jest relacja i dialogi między Tyrionem a Sansą. Nie wchodząc zbytnio w szczegóły, ich rozmowy w tym epizodzie były kompletne – z żartem, mądrością, wnioskami płynącymi z wydarzeń, a do tego Sansa miała okazję ponownie zaimponować. Oprócz tego znowu pojawił się Duch (wilkor Jona). Jego częsta obecność w tym sezonie, po praktycznym niewystępowaniu w poprzednim, jest dosyć zaskakująca.

Odchodząc na chwilę od warstwy scenariuszowej do realizatorskiej, to wreszcie w Grze o tron dobrze została wykorzystana muzyka – cudowny motyw Nocnego Króla przeplatający się z momentami ciszy. Kolejnym miłym smaczkiem było valar morgulis wypowiedziane przez Melisandre do Szarego Robaka, a także wszystko, co za tym szło – rozwiązanie wielu wątków i odniesień z przeszłości. Powód, dla którego został wskrzeszony, przepowiednia Melisandre dla Aryi, wszystko to tworzyło cudowną klamrę kompozycyjną, zamykającą wiele wątków oraz otwierającą kolejne.

Skoro już zaczęliśmy o Aryi, która raczej powinna się nazywać największa deus ex machina odcinka, to jej rola w tym epizodzie była wybitna i najlepsza ze wszystkich. Poczynając od zabicia serii zombie, przez zabawę w chowanego, a na genialnym finiszu kończąc, ale pozostałe ochy i achy nad nią pozostawię Wojtkowi.

Wojtek: Bitwę, zapowiadaną jako największe batalistyczne porno w historii telewizji ostatecznie można spuentować słowami Maksa Paradysa z Seksmisji:Ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę. Przebieg też pozostawiał wiele do życzenia i w zasadzie niewiele brakowało do naprawdę ogromnego rozczarowania. Ostatnie minuty poprowadzone w pełen napięcia sposób zrekompensowały wszelkie niedobory i największe niedociągnięcia. Czy można było przewidzieć, kto dźgnie Nocnego Króla? Jasne, w końcu pretendentów do tej roli było niewielu. Jednak finałowa sekwencja, niesamowicie spowolniona i oprawiona fenomenalną muzyką, wyśmienicie szarpała nerwy. Z jednej strony Jon dzielnie przedzierał się przez plan The Walking Dead, z drugiej wyczekiwało się nawet najgorszego, wliczając w to „hello there” w wykonaniu Nocnego Króla. Nawet pojawienie się Aryi zatrzymane było na ułamek sekundy piękną kliszą.

Za rozczarowanie można uznać wymazanie Nocnego Króla wraz z jego lodową świtą tak szybko. Teorię o finale serialu pokrywającym się z zagładą Westeros można włożyć między księgi w Cytadeli. Ostatecznie okazać się może, że to zło i podłość ludzka są najgorszym, co może spotkać człowieka. Po 3. odcinku pojawia się jednak obawa, że Gra o tron zakończy się klasycznym happy endem. Cała nadzieja w Cersei… w końcu to jedyna osoba o sercu zimniejszym niż wnętrze Nocnego Króla.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Gra o Tron
Stacja: HBO
Aktorzy: Emilia Clarke, Kit Harington, Sophie Turner, Maisie Williams, Lena Headey
Typ: Serial
Data premiery: 2019

Dodaj komentarz

avatar