Wrażenia po pierwszym odcinku serialu Amerykańscy Bogowie

Amerykańscy Bogowie

Amerykańscy Bogowie[1] to serial od dawna wyczekiwany zarówno przeze mnie jak i moich znajomych. Nie dość, że telewizja STARZ wzięła na warsztat jedną z najbardziej znanych (a także najlepszych) powieści Neila Gaimana, to jeszcze nad narodzinami adaptacji czuwał Brian Fuller – reżyser znany z takich seriali jak Pushing Daisies czy Hannibal. A jakby tego było mało, sam Gaiman zaangażował się w tworzenie scenariusza i wszystkie wprowadzone zmiany zostały przez niego zaakceptowane… Jednym słowem, czym tu – mówiąc potocznie – się nie jarać?

Zanim przejdę do recenzji pierwszego odcinka, wyjaśnię szybko zarys fabuły osobom, które nie miały styczności z książkowym oryginałem. Według wizji Gaimana, w Ameryce mieszka wielu bogów. Przywieźli ich podróżnicy i odkrywcy, którzy trafiali na nieznany ląd na długo przed Kolumbem. Ameryka nie jest jednak przyjaznym lądem dla bogów, o czym już wkrótce przekona się główny bohater powieści, Shadow[2] Moon. Po wcześniejszym wyjściu z więzienia dostaje niezwykłą propozycję pracy, którą z wahaniem przyjmuje. Wpada przez to w sam środek rozgrywki między dawnymi bogami a nowymi – efektem wiary w Internet i rzeczywistość mediów…

W zeszłą niedzielę WRESZCIE pierwszy odcinek ujrzał światło dzienne. Oczywiście, obejrzałam go jak tylko się dało najszybciej. A potem… bardzo się ociągałam z pisaniem tej recenzji. Przyczyna jest prosta: ten odcinek niespecjalnie mi się podobał, a na dodatek bardzo trudno jest mi to racjonalnie uzasadnić. Spróbujmy jednak przyjrzeć się mu w miarę chłodnym okiem.

posters1

Zdecydowanie na plus wyróżnia się gra aktorska, choć na podstawie pierwszego odcinka mogę ocenić tylko kilka z wielu zapowiedzianych postaci. Fabuła obraca się głównie wokół Shadowa i jego tajemniczego pracodawcy, pana Wednesday. Obie te role są znakomicie zagrane. Ricky Whittler świetnie wczuwa się w postać pana Moon – inteligentnego człowieka, który świadomie kryje się za wizerunkiem tępego mięśniaka. Niby prawie nie rusza twarzą, niewiele mówi, a potrafi wyrazić żal, frustrację, zaciekawienie, zobojętnienie… Mimo że miałam inne wyobrażenie tej postaci[2], ta wersja również mi się podoba. Me serce podbił jednak Ian McShane. Pan Środa w jego wykonaniu to absolutny majstersztyk. W jego kreacji wulgarność i cwaniacki spryt mieszają się z tajemniczością i pewnego rodzaju smutkiem. Właśnie taki był pan Wednesday u Gaimana i bardzo cieszy mnie, że reżyser miał w tym momencie podobna wizję. Aktorzy przewijający się na drugim planie również spisali się znakomicie. Mam szczerą nadzieję, że kolejne postaci będą zagrane równie dobrze. W szczególności nie mogę się doczekać występu Emily Browning.

Jeśli chodzi o pochwały… z mojej strony to tyle. Najdziwniejsze jest to, że tak naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Początek fabuły jest ładnie rozrysowany, treść nie odbiega póki co od książkowego oryginału, a zdjęcia i efekty specjalne są na przyzwoitym poziomie. Wszystko jednak rozbija się o… coś, co z braku lepszego słowa nazwę „estetyką serialu”.

Nie przekonuje mnie obrany przez Fullera kierunek. Od kiczowatego wstępu, w którym krew i flaki rysują surrealistyczne wzory na niebie, widz brnie poprzez psychodeliczne sny Shadowa, dziwacznie wprowadzony fragment Somewhere in America aż po krew i flaki w końcówce odcinka oraz dramatyczny cliffhangerTM. Reżyser wyraźnie postawił na podkręcanie historii rozbuchanymi formalnie efektami specjalnymi, zabawą z kolorem oraz absurdalną wręcz ilością posoki. Prawda, od strony technicznej wszystko wygląda ładnie i zgrabnie. Rozumiem też, że jest to przyjęta przez Fullera konwencja, którą wprowadza konsekwentnie i umiejętnie ją stosuje. Naprawdę to rozumiem. Ale mnie to nie przekonuje.

posters2

Zawsze zdawało mi się, że główny urok powieści Gaimana leżał właśnie w zwyczajności świata przedstawionego. Owszem, mamy bogów nordyckich, egipskich, bóstwo gadżetów, a nawet Jezusa, ale oni wszyscy są… zwyczajni. Mieszkają w obskurnych domach, muszą się łapać fuch albo oszustw, a jak dobrze im się powodzi, to chyba przypadkiem. Nawet opisane w powieści sny, wizje i elementy surrealistyczne do pewnego momentu robiły wrażenie absolutnie zwyczajnych. Z pewnością miał na to wpływ przyjęty przez Gaimana punkt widzenia – Shadow jest stoikiem i niedowiarkiem, dlatego też wszystkie dziwne rzeczy przyjmował z dystansem. Im więcej wręcz ich widział, tym bardziej zwyczajne mu się zdawały. Tymczasem w serialu podkreślana jest dziwność. Tak jakby reżyser na mnie krzyczał: patrz! To jest DZIWNE! I ODJECHANE! ZACHWYCA SIĘ TYM! Inni krytycy się zachwycają. Ja jakoś, póki co, nie umiem.

To nie znaczy, że od razu spisuję na straty cały serial. Przecież widziałam dopiero pierwszy odcinek, a pierwsze odcinki często bywają bardzo słabe. Muszę jednak przyznać, że po miesiącach wyczekiwania jest mi nieco smutno, że nie umiem cieszyć się tym serialem bardziej. Oby zmieniło się to jak najszybciej.

[1]W recenzji używam polskiego tytułu powieści (tłum. Paulina Braiter). Przyzwyczajenie jest silniejsze ode mnie.

[2]W polskim tłumaczeniu Paulina Braiter nadała mu imię Cień, przez co byłam absolutnie przekonana, że to Indianin.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Amerykańscy Bogowie (oryg. American Gods)
Producent: STARZ
Typ: serial
Gatunek: fantastyka
Data premiery: 30.04.2017
Twórca:Brian Fuller
Obsada: Ricky Whittle, Ian McShane, Emily Browning, Yetide Bataki, Bruce Langley i inni
Liczba odcinków: póki co jeden

Joanna Kaniewska

Joanna Kaniewska

Japonistka, tłumaczka, badaczka popkultury, rocznik 1991. Nie boję się słowa na F (kończącego się na „izm”). Nie zgorszy mnie też słowo na G (kończącego się na „er”). Lubię pisanie, podróże, muzykę, kwiaty i pocztówki. Czasem dzielę się przemyśleniami na swoim blogu: typebnegativenowonderland.wordpress.com

  • Never Ending Makeup

    na serial natrafiłam przypadkiem, poprzez filmik na yt, co do rzucania flakami to się zgadzam, ale porąbane, kiczowate wizje świata to ja lubię i bardzo mi pasuje pokręcony koncept świata. Ciekawe czy po drugim odcinku też będę zafasconowana