Ach, Howardzie! Jak ja ciebie nie znoszę! Chyba żaden inny pisarz nie wzbudza we mnie tak mieszanych uczuć. Z jednej strony nie można odmówić mu pionierstwa, wkroczenia z literacką grozą na niewydeptane dotąd grunty nowego gotyku. Z drugiej – swoją szaleńczą oryginalność objawił za pomocą wypełnionej rasizmem i ksenofobią grafomanii, męczącej przy długotrwałej lekturze. Krótki format jego opowieści pozwolił pokoleniom odbiorców przełknąć gorycz bijących wszelkie rekordy dłużyzn. Niektórzy z nich zaczęli po latach wplatać we własne dzieła skutki wędrówek po niewyobrażalnym, inspirowane mitologią stworzoną przez (ekhem) “mistrza”. Dzięki temu w 2018 roku mamy dorodny pakiet twórczości, która od samotnika z Providence wzięła tylko to, co najlepsze, czyli często dosyć niewiele. Prastare kulty, kosmiczny horror, strach przed nieznanym i niemożliwym do poznania za pomocą ludzkich zmysłów. Dzięki niezaprzeczalnej charakterystyczności klimatu przedwiecznych zagrożeń i łamiących prawa fizyki monolitów te fabularne odciski, jak małe by nie były, do ognistego końca światowej popkultury będą w pewnych kręgach wyliczane na listach takich jak ta, stricte komiksowa.

Zanim zacznę, chciałbym jednak wytłuścić dwie reguły, które kierowały mną przy układaniu tej listy. Przede wszystkim wybieram tytuły w sposób ekstremalnie subiektywny i bez przesadnego szperania. Znajdzie się tu tylko to, co osobiście zdążyłem już przeczytać (a mało tego nie jest, gwarantuję) i mogę z czarnym sercem polecić. Eliminuję też komiksy bezpośrednio adaptujące opowiadania Lovecrafta, bo jak już mówiłem, im mniej Howarda w Howardzie, tym lepiej. Skorzystam też z okazji, żeby wyrazić moje lingwistyczne niezadowolenie z braku sprawnego, polskiego odpowiednika słowa “eldritch”. Świadomość literacka w języku nadal u nas kuleje.

Jeszcze jedna uwaga. Przegląd jest okrojony do dziesięciu pozycji, bo to ładna i uporządkowana liczba, a mówiąc o chaosie warto taką przyjąć. Jakbym miał wymienić wszystkie, lub nawet minimalną większość dzieł czerpiących jakieś wątki ze wspomnianych źródeł, to brakłoby nam miejsca na serwerach. Nie dajmy się zwariować, pomimo tematyki.

Hellboy

Hellboy

Tak, zacznę od oczywistości. Ciężko znaleźć mitologię, z której Mike Mignola nie capnął jakiegoś mitu, artefaktu, czy chociaż drobnej legendy. Pomiędzy chrześcijańską symboliką, celtyckimi rytuałami i słowiańskim folklorem najwyraźniej pulsują splatające całość, oślizgłe odnóża kosmicznego chaosu, wpędzającego prawych mężów w zabójczy obłęd. Groza przedwiecznych, dryfujących bezśmiertnie w kosmosie Ogrdu Jahad, wisi nieustannie nad przeznaczeniem głównego bohatera i całego otaczającego go świata. Oprócz ogólnych podobieństw dotyczących uśpionego zła, niegdyś siejącego destrukcję we wszechświecie, podobieństwa widać również w szczegółach. Fabuły rozwijające swoje wątki w odludnych, często nadmorskich samotniach, amok wespół z dosłownym opętaniem pochłaniający umysły przedstawicieli starych rodów, no i wypełzanie z mrocznej toni oceanu, jeziora albo jakiejkolwiek kałuży. Mignola naprawdę lubi pokraki wyłażące z różnorakiej wilgoci.

Batman

Batman

Nie chodzi mi nawet o żadną konkretną serię. Znaczna większość gackowych eskapad, przynajmniej tych dobrych, prezentuje atmosferę jednaką do tej nadmorskiej stęchlizny miasteczek takich jak Dunwich i Innsmouth. Tutaj słońce nie wschodzi prawie nigdy, a głównym zagrożeniem są monstra skryte w ludzkiej psychice. Może i za murami Gotham nie czai się żaden ślepy bóg-idiota, ale znamiona równie groźnego szaleństwa zrodzonego bez pomocy sił nadprzyrodzonych potrafią przerazić mocniej. Już z czystej konieczności, dla ostatnich nieświadomych, wspomnę też o oczywistościach: Azyl Arkham, Killer Croc wypełzający z wilgoci, przewidywalne! Jeśli dla was to wszystko jest za mało konkretne, to przeczytajcie Batman: Zagłada Gotham. Przy scenariuszu pracował Mignola, więc od razu wiadomo, że coś jest na rzeczy.

Locke & Key

Locke & Key

Miały być filmy, miały być seriale, był już nawet całkiem dobrze odebrany pilot! Klątwa nad serialową adaptacją kultowej serii Joe Hilla trochę już chyba odpuściła, bo za robotę oficjalnie zabrał się powiernik kruchej nadziei fanów – Netflix. Rozsądek i doświadczenie hamują zbytni entuzjazm, ale – biorąc pod uwagę materiał źródłowy – zdecydowanie jest na co czekać. Do zobrazowania inspiracji wystarczy krótkie wprowadzenie w setting: pogrążona w traumie i żałobie rodzina sprowadza się do miasteczka Lovecraft. W starym domostwie, w którym wychowywała się brutalnie zamordowana głowa rodu, odkrywają wiele z tajemnic skrytych za murami zbutwiałej posiadłości, a z wilgotnej studni wypełza (ha!) zapomniane przed laty zło. Kluczem do większości tajemnic zdają się być… poukrywane w posiadłości klucze, z których każdy posiada inną, wielce tajemniczą właściwość. Pomimo tych bezpośrednich nawiązań historia nie dusi klimatem osad zapomnianych przez cywilizację. Bardzo dobrze zresztą, bo dzięki temu znika defetyzm, kreowany zwykle przez twórców zainspirowanych klasyczną grozą przez rozrysowanie nieuniknionej zagłady zbliżającej się do bohaterów. Tutaj jest nadzieja, baśniowym sposobem nadająca wydarzeniom lekko przygodowego charakteru, no i dlatego to się tak dobrze czyta.

Fatale

Fatale

Nie wiem, ile jest podobnych zestawień w necie. Kiedyś szukałem, ale (mam nadzieję) nie pamiętam już większości. Zdaję sobie jednak sprawę, że prawdopodobnie ta pokrywa się z nimi przynajmniej w 70% i nie będę z tym walczył siląc się na nieszczere, wymuszone hipsterstwo. Obecność Fatale nie powinna nikogo tutaj zdziwić. Jeden z najlepszych scenarzystów (wielu) ostatnich lat, Ed Brubaker (Criminal, Kill or be Killed) w swoim żywiole, czyli kryminale przyprawionym elementami nadnaturalnymi. Główna, tytułowa bohaterka przewija się tutaj przez narrację w klimacie gęstego noir uciekając przed ścigającym ją demonicznym złem. Okultystyczne macki depczą jej po piętach, ale promieniujące od nich zło już dawno zdążyło ją wyprzedzić, zatruwając życie wszystkich (głównie mężczyzn), którzy mają nieszczęście stanąć na jej drodze. Nie tylko Lovecraft odróżnia Fatale od setek podobnych komiksów, bo już samo umiejscowienie kobiety w centrum mrocznego, detektywistycznego kryminału jest zjawiskiem wciąż żenująco rzadkim. Jeśli na dodatek sama bohaterka już do końca człowiekiem nie jest, a iluzjonistyczny makijaż zamiast pryszczy skrywa twarzomacki, to pozostaje tylko jedno pytanie: czy coś tu wypełza z wody? Oczywiście, trochę trzeba na to czekać, ale na bezpłciowych zombie nazistów warto.

Animal Man

Animal Man

Jeff Lemire w swoim okresie pracy nad Animal Manem powściągnął ilość alegorii do estetyki grozy Lovecrafta. Jedno nawiązanie, dosyć subtelne, ale też wszechobecne ze względu na swój charakter, całkowicie wystarczyło. Za równowagą w uniwersum DC stoją trzy siły: the Red, odpowiadająca za żywot zwierząt, the Green, przenikająca sferę roślinną i the Rot, czyli niszcząca siła entropii, utrzymująca pozostałe dwie w ryzach. Wszystko jest w porządku, dopóki w tym wiecznym yin-yang ktoś nie zacznie mieszać. W efekcie szale zaczynają przeważać na jedną ze stron, a the Rot zradza trójkę przeczących logice i jakiejkolwiek estetyce ogarów – The Hunters Three. Już jedno spojrzenie na tych nieustannie deformujących jegomości z nieokreśloną ilością kończyn wystarcza do precyzyjnego określenia, skąd scenarzysta czerpał inspiracje.

Gyo

Gyo

Junji Ito sięga wyżyn czerpania od naczelnego antysemity gotyckich literatów bez dosłownego przepisywania ani słowa. U niego zawsze dzieją się rzeczy ekstremalnie dziwne i niewyjaśnione. Często wydarzenia są do tego stopnia oderwane od status quo, że ich jedynym wytłumaczeniem może być jakaś potężna, niezrozumiała siła czająca się tam, gdzie ludzki wzrok nauczył się nie sięgać. Czemu więc wybrałem tytuł, w którym geneza straszydeł ma dosyć konkretne (chociaż opierające się na mocno mangowej logice) wyjaśnienie? No przecież to wszystko wylazło z morza! Nie no, na serio – brakowało mi w tym zestawieniu horroru o stricte marynistycznym pochodzeniu, więc proszę. W końcu mroczne, zmiażdżone ogromnym ciśnieniem wodne tonie są naszym własnym, nieodkrytym, ziemskim kosmosem.

Hellblazer

Hellblazer

Znowu pozycja bardziej ogólna i użyję jej do wspomnienia, że warto pamiętać o drobnych wtrąceniach bliźniaczych do mytosu Cthulhu w calutkich uniwersach DC i Marvela. Liga Sprawiedliwości wielokrotnie mierzyła się z przejmującą umysły, kosmiczną rozgwiazdą. Wszędzie są jacyś przedwieczni, jacyś bogowie wyprzedzający okres panowania innych bogów, Galactus pochodzący z poprzedniego wszechświata. Chthon, Shuma-Gorath i nawet mroczne alter ego Sentry’ego, czyli Void. Takim pomysłom ciężej byłoby się pojawić, gdyby Lovecraft nie przetarł im drogi. Częstotliwość międzywymiarowych wypraw Johna Constantine’a jest porównywalna do moich spacerów do Tesco, więc naturalnie musiał napotkać przynajmniej jednego przedstawiciela wypaczonej, bezkresnej logiki, prawda? Spotkał i pokonał nawet dwóch! Bogów, nie zwykłych pachołków. Szczerze – nie pamiętam, czy któryś z nich wyłaził z wody. Dwugłowy, pożerający rzeczywistość smok i bóg nowotworów o łamiącym języki imieniu jawią mi się jako dostatecznie oczywiste przykłady inspiracji.

Necronauts

Necronauts

Propozycja graniczna. Zapożyczeń jest tutaj tyle, że to niemalże bezpośrednia adaptacja mytosu, ale radzi sobie w zupełności jako odrębna historia i jest dzięki temu nieporównywalnie bardziej lekkostrawna od materiału źródłowego. Balansowania na granicy dotyczy również sama fabuła, bo oto Harry Houdini podczas jednej ze swych wielu prób dociera zbyt daleko za cienką linię życia, pozostaje tam chwilę zbyt długo i wracając przywodzi coś za sobą. Teraz musi powstrzymać powrót Wielkich Przedwiecznych i zagładę ludzkości, wespół z Arthurem Conanem Doylem, Charlesem Fortem i Howardem Philipsem we własnej osobie. Ten ostatni jest tutaj przedstawiony jako nieco autystyczny, wycofany dziwak, którego miejsce w drużynie niezwykłych dżentelmenów warunkują wrodzone know-how o potwornościach spoza percepcji i porąbane sny. Doceniam jego dziedzictwo literackie, ale zasłużył sobie i naprawdę dobrze sprawdza się w swojej roli, tak samo jak i reszta tego osobliwego nightmare teamu.

Colder

Colder

Szpital psychiatryczny, a w nim nagły i niewyjaśniony pożar. Tłumy szaleńców wbiegających w płomienie, z otwartymi ramionami witających zapomnianych przodków. Z całej tej afery zostają nam dwie postaci: wzbudzający dreszcze, nieludzki Nimble Jack, żywiący się duszami szaleńców i Declan, jedyna nadzieja ludzkości. Ten ostatni, po pięciu latach milczenia, decyduje się gadaniem wywrócić do góry nogami świat zajmującej się nim młodej pielęgniarki. Okazuje się, jest on w stanie poprzez kontakt z szaleńcami przenieść się do jawnie lovecraftowskiego Świata głodu, a następnie pomyleńców uwolnić od dręczącego ich obłędu. To czyni z niego zarówno przeciwnika, jak i najbardziej apetyczny kąsek dla zawsze grasującego w pobliżu Jacka. Groza poza percepcją i oczy wariatów jako odbiorniki prawdy ukrytej poza kruchą fasadą rzeczywistości, zupełnie jakby Paul Tobin pisał scenariusz na jakimś strychu starego domu w Nowej Anglii.

The Call Of C’Rruso

Call of C'Rruso

Pisałem już, że Lovecraft jest prawie wszędzie? No to teraz piszę, a niech ta przygoda Kaczora Donalda posłuży za przykład. Łatwo znaleźć informację, że jest to parodia mitologii zawartej w Call of Cthulhu i innych opowiadaniach, ale efekt końcowy zdecydowanie nie pasuje do tej definicji. Oto nasz ulubiony, pozbawiony portek choleryk z poważną wadą wymowy decyduje się na udział w konkursie śpiewackim. Pomimo wielkiego ego jego szanse są raczej marne, przynajmniej dopóki nie otrzymuje niespodziewanej pomocy. Nowym głosem obdarza go (przypuszczalnie) bliźniak samego organizatora. Szybko okazuje się, że świat istnieje tylko dzięki temu, że śni go pogrążony w letargu, prastary mackostwór Pf’legmwad (ok, flegmowy żarcik doceniam). Dwaj bracia są przeciwnymi aspektami psyche tego potwora i jeden z nich pragnie użyć Donalda do przebudzenia bestii, a drugi (wraz z siostrzeńcami) zamierza kaczą rzeczywistość ocalić od niewyobrażalnego, ociekającego szlamem obłędu. Nie brzmi jak parodia, nie? No i nie do końca tak się czyta, nawet pomimo niewinnej atmosfery i disnejowskiej kolorystyki. Ten tytuł dowodzi tylko jednego – siły i elastyczności dziedzictwa Lovecrafta. Wielkich przedwiecznych i zewnętrznych bogów można najwyraźniej wsadzić w historie o bardzo różnym charakterze. One za to, kosmicznym horrorem i grozą o eony i wymiary wyprzedzającą ludzką maluczkość, w każde uniwersum wsadzą pierwiastek pierwotnego strachu przed nieznanym.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
groszek Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
groszek
Gość

Necronauts jest świetne, genialnie wpada w odpowiednią atmosferę