Krąg

Krąg Dave’a Eggersa to jedna z tych powieści, która w mojej świadomości zaistniała dopiero w wyniku premiery swojej ekranizacji.. Trudno było nie zainteresować się filmem, jeśli w jego obsadzie pojawiły się takie gwiazdy jak Emma Watson czy Tom Hanks. Zanim jednak wybrałam się do kina, postanowiłam, zgodnie z moim przeświadczeniem o wyższości literackich pierwowzorów nad ich filmowymi adaptacjami, zapoznać się z powieścią. Zachęcały dodatkowo liczne komentarze i opinie, które Eggersa wymieniały na jednym oddechu z Orwellem, a Krąg stawiały na równi z Rokiem 1984. Trudno o lepszą metodę na to, by zachęcić mnie do książki niż porównanie jej do klasyki literatury, a tym samym obiecanie mi, że fabuła mnie poruszy, zmusi do przemyśleń oraz refleksji. Jak można podejrzewać, nie jest łatwo sprostać tak postawionym wymaganiom, nie jest to jednak niemożliwe.

Strona wizualna książki sprawia, że jej okładka rzuca się w oczy i wyróżnia na regale – intensywny, jaskrawy kolor przykuwa wzrok, a srebrny symbol odcina się wyraźnie od tła. Nie to jest jednak najważniejsze, znacznie bardziej istotne są krótkie, ale treściwe opinie o powieści, które możemy znaleźć na okładce. The Wasington Post określa przedstawioną na stronach książki historię jako przerażającą, The New York Times twierdzi, że jest ona prorocza, a Vanity Fair w swoim opisie używa stwierdzenia, że jest to zgrabnie opowiedziana, stanowiąca frapującą lekturę przypowieść, a to tylko część opisów, z którymi możemy się zapoznać. Sami przyznacie, że brzmi to jak opis powieści, po którą trzeba sięgnąć i z którą koniecznie trzeba się zapoznać – typowe must have w niemal każdej biblioteczce, skoro tak znane czasopisma zapewniają nad jej wyjątkowością. Jak to wyszło w ostatecznym rozrachunku? Z przykrością stwierdzam, że nie doczekaliśmy się Orwella XXI wieku, a sama książka nie rzuca na kolana.

Mae Holland dostaje wymarzoną pracę w światowej sławy firmie – porzuca szaro-bury boks w przedsiębiorstwie komunalnym na rzecz odpowiedzialnej i pełnej wyzwań pracy w Dziale Doświadczeń Klienta, gdzie odpowiada na pytania konsumentów. Na pierwszy rzut oka praca wydaje się idealna: dobrze płatna, dająca perspektywy rozwoju i dalszego awansu, a na dodatek przyjazna pracownikowi – kampus firmy ma własne sklepy oraz restauracje, gdzie posiłki są serwowane za darmo, strefy rekreacyjne, a nawet pokoje dla pracowników, którzy zasiedzieli się w pracy i nie widzą sensu w powrocie do domu. Dodatkowo oferuje całą masę atrakcji już po godzinach siedzenia w biurze: koncerty, przedstawienia i wydarzenia mające na celu integrację pracowników. Brzmi jak miejsce, w którym każdy z nas chciałby spędzić lata dzielące go od emerytury, prawda?

Co jednak, okazuje się, że przełożeni mało przychylnym okiem patrzą na brak uczestnictwa w fakultatywnych wydarzeniach? Kiedy oczekuje się od pracownika nie tylko czasu, za który mu się płaci, ale jeszcze jego czasu wolnego? Jak ma się do wolności i dobrowolności fakt, że koniecznie musisz mieć konto na portalu społecznościowym, który prowadzi firma? I co zrobić, gdy okazuje się, że w firmie rządzi podejście, zgodnie z którym dzielenie się informacjami jest wręcz obowiązkiem, a tajemnice są… oszustwem i kradzieżą, bo pozbawiamy innych tego, co sami przeżyliśmy? Na dodatek każda aktywność pracownika mierzona jest za pomocą statystyki i tych wszystkich suchych liczb – ilość odpowiedzi na zapytania klientów, ich zadowolenie mierzone za pomocą wysyłanych do nich ankiet, nasza popularność na profilu społecznościowym. Brzmi jak istne wariactwo, prawda? A jednak taki jest właśnie świat, w który dziarskim krokiem wkroczyła nasza główna bohaterka i w którym stara się odnaleźć.

Firma jednak nie poprzestaje na – nazwijmy rzeczy po imieniu – inwigilowaniu zatrudnionych przez siebie ludzi. Jej macki sięgają dalej. Pod pozorami dbania o bezpieczeństwo coraz głębiej wkracza w sferę prywatności obywateli. Nikogo nie bulwersuje to, że na rynek wychodzi aplikacja, która skanuje produkty w domu i zakupuje w sklepie to, co się nam kończy. Nie słychać głosów sprzeciwu, gdy pojawia się pomysł, by wszczepiać dzieciom chip, który pozwalałby śledzić ich lokalizację, a tym samym zapobiegać ich porwaniom. Wszyscy są zachwyceni ideą stałego obserwowania całych dzielnic by zapobiec kradzieżom, w efekcie czego system będzie musiał zostać uprzedzony o każdej wizycie znajomych czy rodziny w naszym domu. Stanem pożądanym jest to, by każdy nosił ze sobą niewielką kamerę, która będzie rejestrować wszystko to, co dzieje się wokół jej właściciela – co nie tylko ma wyeliminować łapówkarstwo wśród polityków i większość przestępstw, ale też sprawić, że każdy będzie mógł obserwować nasze życie. Widzieć i słyszeć to, co my i to o niemal każdej porze.

Wydaje się, że w każdym z nas zrodziłby się opór przed takim wkraczaniem w naszą prywatność, prawda? Tym samym całą fabułę można określić jako nierealną i przerysowaną. Jednak, czy aby na pewno? Jak wiele informacji o nas sami umieszczamy na blogu, Facebooku, Instagramie czy innych portalach społecznościowych? Co by się stało, gdyby ktoś te wszystkie dane zebrał w jednym miejscu i skatalogował je? Jak wiele by się o nas dowiedział? Świat przedstawiony w Kręgu nie jest do końca odrealniony – mam wrażenie, że od jakiegoś czasu jesteśmy skłonni poświęcić naszą prywatność na ołtarzu bezpieczeństwa lub sławy. Niebezpieczeństwo istnieje, a realne zagrożenie pojawi się, gdy przekroczymy pewną płynną granicę, i właśnie to próbuje przekazać nam Eggers w opowiadanej historii. Pomysł godny pochwały, w dużej mierze rozbija się o mało atrakcyjną formę, którą autor postanowił się posłużyć.

Ostrzeżenie zostaje nam podane w lepkiej, lukrowanej polewie idealnego świata i wszechobecnej słodyczy, która może przyprawić czytelnika jeśli nie o cukrzycę, to przynajmniej o solidną próchnicę. Dostajemy cukierkową rzeczywistość, o której czyta się jak o miejscu, oddalonym od nas o lata świetlne, gdzie wystarczy prowadzić swój profil na portalu społecznościowym, by dać się poznać współpracownikom, zawierać przyjaźnie i stać się kimś na wzór gwiazdki znanej z tego, że jest znana, a jej zdjęcia zbierają tysiące polubień. Absurd ten posunięty jest do tego, że Mae z powagą wygłasza mowy, w których informuje, że jakiemuś reżimowi zostały wysłane tysiące buziek dezaprobaty, co na pewno sprawi, że tamtejsza władza przemyśli swoje zachowanie. Już to widzę. Aż trudno uwierzyć, że groza całej sytuacji dociera tylko do jednej osoby w całej firmie, że nie dostrzega tego nikt więcej. Głosy sprzeciwu dochodzą głównie z zewnątrz: a to jakaś senator oburza się na monopol przedsiębiorstwa, a to rodzice i były chłopak Mae wyrażają swoje zaniepokojenie. Te interwencje giną jednak, zduszane w zarodku – to znajdą się kompromitujące kogoś informacje, to najbliżsi usuną się z życia Mae.

Wszystko do przodu pcha przymus narracyjny – nie tylko praktycznie nikt z firmy nie dostrzega niebezpieczeństwa w tym, że jedno przedsiębiorstwo ma monopol na informacje i wchodzi nam z butami w prywatność, ale też, zupełnie bezpodstawnie, zakłada się, że z chwilą, gdy wszyscy będziemy obserwowani, zaczniemy się zachowywać o wiele lepiej. A co z ludźmi, którzy dla chwili sławy i podbicia własnej oglądalności zdemolują przystanek autobusowy albo pobiją kogoś? Czy fakt, że możemy liczyć na relacje z miejsc ogarniętych konfliktem zbrojnym sprawia, że wrogie sobie strony zachowują się humanitarnie? W Kręgu nie dostrzegam iskry, która sprawiłaby, że historia stałaby się autentyczna, a jej rozwój wzbudziłby we mnie głębsze emocje. Na dodatek miała trudne do przebrnięcia momenty sprawiające, że musiałam zrobić sobie przerwę w lekturze, bo ta mnie zwyczajnie męczyła.

Trudno było wczuć się w historię, która poza głównym wątkiem, bawiła się jeszcze w wątki romansowe, na dodatek poprowadzone w sposób, który sprawiał, że zaczęłam się zastanawiać, czy główna bohaterka nie ma aby drzwi obrotowych między nogami. Pozostaje szukać ratunku w postaciach, z którymi można by się było utożsamić, prawda? Daremny trud. Dawno nie miałam w rękach książki, w której bohaterowie byliby tak męczący i nijacy. Życie Mae szybko zaczyna się kręcić wokół korporacji, w której pracuje – ściga się na cyferki określające jej wydajność, stara się podnieść oceny od klientów i prześcignąć innych pracowników w rankingu popularności. Co więcej, ze szczerym zaangażowaniem wysłuchuje sekciarskich kazań swoich przełożonych, dając się manipulować bez żadnych problemów. Zaś z chwilą, gdy staje się „transparentna”, czyli decyduje się cały czas nosić ze sobą niewielką kamerę, woda sodowa uderza jej do głowy i wybija uszami, zalewając wszystko wokół – staje się gwiazdką, święcie przekonaną o tym, że jej opinia się liczy i że wszyscy ją uwielbiają. Jak zaś reaguje, gdy w sondażu okazuje się, że część współpracowników nie uważa jej za super osobę? Histerią, bo przecież ci ludzie sądzą, że mogłaby się nie urodzić. Także tutaj trudno liczyć na jakiekolwiek utożsamienie się z tą konkretną bohaterką.

Ratunku nie znajdziemy też w postaciach drugoplanowych – większość z nich mogłaby się w ogóle nie pojawić, bo i tak nie wnoszą nic ważnego do historii. Rola przyjaciółki Mae, Annie, jest sprowadzona do tego, by załatwić jej pracę, kilkukrotnie pochwalić się jak wiele ma pracy, a potem zazdrościć Mae popularności i uwielbienia tłumów. W pewnym momencie udaje jej się nawet przejrzeć na oczy, nie zmienia to jednak nic w fabule. Kalden za to jest ciekawą konstrukcją postaci (bo trudno go nazwać pełnoprawną postacią) – kilkukrotnie pojawia się w książce, głównie po to, by przespać się z naszą Mae i dopiero pod koniec ogłasza, że potrzebuje jej pomocy w ujawnieniu tego, co dzieje się w firmie. Oczywiście, jak się nad tym zastanowić, to trudno właściwie zgadnąć po co mu jej pomoc, skoro chłopak posiada możliwości, by większość danych firmy wypłynęło na szerokie wody Internetu, stając się ogólnodostępnymi. Jest jeszcze Francis, którym Mae gardzi, ale z którym sypia, gdy Kaldena nie ma w pobliżu. Gdzieś tam w tle przewijają się jeszcze rodzice Mae i jej były chłopak, starający się przemówić dziewczynie do rozsądku.

Jeśli więc spodziewacie się czegoś dorównującego Orwellowi, to srogo się rozczarujecie, bo autor ma przed sobą jeszcze długą drogę zanim osiągnie ten poziom. Ostrzeżenie, które chce przekazać ginie w niespójnym świecie i chaotycznej formie, gdzie wątki obyczajowe mieszają się z romansowymi, by na końcu przybrać formę thrillera – w efekcie dostajemy nieprzemawiający do wyobraźni misz-masz, który nie ma szans sprawić, byśmy zastanowili się nad naszym życiem i wszechobecnym kultem Internetu. Zarówno w powieści, jak i w kreacji głównej bohaterki brakuje nie tylko głębi, ale też spójności i chociaż zalążka realizmu. Po tę powieść można sięgnąć z ciekawości, by docenić sam pomysł, jednak ostatecznie Krąg okazuje się nie być wcale dziełem niezbędnym ani w naszej biblioteczce, ani w świadomości. Jedynym, co w nim może zaskoczyć, jest zakończenie.

Dziękujemy Wydawnictwu Sonia Draga za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Szczegóły:

Tytuł: Krąg
Wydawnictwo: Sonia Draga
Autor: Dave Eggers
Typ: Powieść
Gatunek: thriller/sensacja/kryminał
Data premiery: 21.10.2015
Liczba stron: 480
ISBN: 978-83-7999-361-1

Nasza ocena
4/10

Podsumowanie

Plusy:
+ pomysł
+ zaskakujące zaskoczenie

Minusy:
– brak realizmu i głębi świata
– płytkie, bezbarwne i nierealne postacie
– mieszanina różnych form
– infantylna i drażniąca główna bohaterka
– niewykorzystany potencjał

Sending
User Review
0 (0 votes)

Dodaj komentarz

avatar