1

„Przy kawie” to nowy cykl, w którym dzielić będziemy się tym, co nam w duszy gra, czyli luźnymi przemyśleniami i opiniami na tematy związane z tematyką blogu oraz związane z szeroko rozumianą popkulturą, a niebędące recenzjami.

Pierwsze potwierdzone informacje na temat Mass Effect: Andromedy pochodzą z listopada 2012 roku – wtedy oficjalnie ogłoszono, że gra już znajduje się w produkcji. Od tamtego czasu trochę wody w Wiśle upłynęło, jakiś czas temu zapowiedziano, że gra pojawi się w pierwszym kwartale przyszłego roku. Spodziewałem się, że podczas EA Play, imprezy, którą Electronic Arts trochę wyłamało się z E3, poznamy jakieś konkrety dotyczące tej gry. I wiecie co? Zawiodłem się cholernie – do premiery pozostało kilka miesięcy, a jedyne, co dostajemy, to kolejne materiały zza kulis i prerenderowane filmiki z podniosłą narracją, ale konkretnego gameplayu jak nie było, tak nie ma. Nie ukrywam, że budzi to we mnie poważne wątpliwości odnośnie tego, w jakim stanie znajduje się Andromeda i czy ekipie BioWare z Montréalu uda się na czas dostarczyć zadowalający produkt. Albo czy w ogóle uda im się go dostarczyć w planowanym terminie, bo wobec braku jakichkolwiek konkretów i gameplayów zaczynam podejrzewać, że BioWare jest jeszcze w lesie, a premiera zostanie przesunięta na końcówkę 2017 albo początek 2018 roku. No ale po drodze jest jeszcze kilka targów, konwentów, jest N7 Day – może w końcu czegoś się dowiemy. W tym tekście skupię się na tym, co chciałbym w tej grze zobaczyć.

Nie ukrywam, że przez kilka lat byłem wielkim fanem Mass Effect. Zakochałem się w tej serii w 2008 roku, kiedy po raz pierwszy zacząłem grać w pierwszą część, ale moja miłość skończyła się w marcu 2012, a konkretniej po dwudziestu minutach finału Mass Effect 3. Prawda, recenzenci piali z zachwytu, na przykład taki Smuggler z „CD-Action” rozpływał się nad tym, jaka to ta gra (którą dostał za darmo do recenzji) nie jest wybitna, wystawiając jej 10/10. Ale ja, jako wieloletni fan, który z własnego portfela wyłuskał niemałą kwotę na ten finał, poczułem się tak, jakby BioWare rzuciło mi gównem w twarz. Nie spełniono żadnych z przedpremierowych obietnic, gra była krótsza niż poprzednie odsłony, bardzo mocno ograniczono rozmowy z towarzyszami, żadne nasze wybory nie miały większego znaczenia, a zamiast na porządnej fabule, skupiono się na tym, żeby Mass Effect 3 zamiast fanom RPG spodobał się miłośnikom strzelanek. To, w połączeniu ze słabiutkim Dragon Age II, sprawiło, że straciłem wiarę w BioWare, które – popędzane korporacyjnym batem Electronic Arts – musiało tworzyć gry na szybko. Na szczęście od tamtego czasu trochę się zmieniło, korporacyjny gigant być może zrozumiał, że co nagle to po diable i dał studiu więcej czasu. Dzięki temu Dragon Age: Inkwizycja okazała się grą całkiem niezłą i pozwoliła BioWare trochę odbić się od dna. Jak jednak będzie w przypadku Mass Effect: Andromedy, która znajduje się w produkcji od czterech lat? Co powinni zrobić montrealczycy, żeby zadowolić fanów? Cóż, zadowolenie mnie nie będzie łatwe, bo chciałbym, żeby naprawdę się przyłożyli.

3

Przede wszystkim chciałbym wyborów, które niosą ze sobą konsekwencje i nie będą ignorowane tak jak w dotychczasowych odsłonach Dragon Age’ów i Mass Effectów. Pamiętacie może, jak grając w dwie pierwsze przygody Sheparda zastanawialiście się, jaką decyzję podjąć, żeby w przyszłości wyjść na tym jak najlepiej? Dumaliśmy, wybieraliśmy, a koniec końców okazało się, że i tak nie ma to żadnego znaczenia, będąc co najwyżej cyferką na wskaźniku siły galaktycznej potrzebnej do pokonania Żniwiarzy. Której to siły w dniu premiery i tak nie mogliśmy w pełni wykorzystać, bo – wbrew przedpremierowym zapowiedziom – trzeba było grać w multiplayer. Autentycznie wkurzyłem się w momencie, kiedy miałem chyba maksymalną ilość punktów, jaką można było zdobyć, ale i tak niedostępne były dla mnie wszystkie możliwe zakończenia, bo BioWare stwierdziło: „Pier… się, jeśli chcesz mieć dobre zakończenie serii, która zaczynała jako action RPG, to graj w gówniane multi, bo teraz to shooter”. Andromeda ma oferować zupełnie nowy świat, a to pociąga za sobą nowe możliwości – mam nadzieję, że montrealczycy nie powtórzą błędów kolegów z Edmonton i postarają się, żebyśmy mogli ten świat kształtować. Kiedy tam dotrzemy, galaktyka będzie już miała swoje siły polityczne, zaprzyjaźnione i zwaśnione strony – fajnie by było, gdybyśmy mogli w tym namieszać, odcisnąć tam swoje piętno, a nasze wybory z „jedynki” miałyby realny wpływ na Andromedę 2. Albo, co najlepsze, żeby gra nie była pierwszą częścią kolejnej trylogii, a zamkniętą całością, bo dzięki temu moglibyśmy podejmować decyzje jakie chcemy, a deweloperzy nie musieliby się martwić o to, jak to wszystko ugryźć w kontynuacji. No bo wiecie – zawsze przecież można olać to, że ktoś zabił Lelianę i strollować go, wciskając mu ją w sequelach z wyjaśnieniem, że zmartwychwstała. Bo tak jest łatwiej niż tworzyć nową postać.

Chciałbym też porządnego otwartego świata. Nie kilku planet, na których można wylądować i przejechać się mako po malutkiej lokacji zrobionej metodą kopiuj-wklej. Nie pustych planet, które można co najwyżej skanować. Marzy mi się galaktyka z wieloma planetami, na których można wylądować – jedne mniejsze, jak w „jedynce” i „dwójce”, inne bardziej rozbudowane, jak Zaziemie czy Szmaragdowe Mogiły w Inkwizycji. Planet, na których można robić ciekawe rzeczy, a nie bezsensownie grindować jak w najnowszym Dragon Age’u, latając zanieść komuś kwiatki na grób czy zbierając jakieś duperele. U kaduka, mieliście cztery lata – mam nadzieję, że przez ten czas udało wam się stworzyć rozległy, sensowny świat, w którym można robić ciekawe rzeczy. Geralt i Dziki Gon na was patrzą, jak odwalicie manianę, zamiast inspirować się najlepszymi, to zrobią wam z dupy jesień średniowiecza.

3

Ponieważ jesteśmy kolonizatorami, chciałbym też porządną kwaterę. Nie jakiś zameczek jak w Inkwizycji, w którym można wprowadzać jakieś kosmetyczne zmiany, tylko własną osadę. Zaczynamy od jakichś baraków, z czasem rozbudowujemy się coraz bardziej i tworzymy własne miejsce w świecie, którego musimy doglądać, bronić przed zakusami innych itd. Idźcie w kierunku Fallout 4, tylko z prostymi elementami zarządzania – koniecznością dbania o to i o tamto, żeby osada kolonizatorów funkcjonowała jak należy.

No i rzecz najważniejsza: chcę dobrych, traktowanych na równi postaci. Ciekawego głównego bohatera, którego mogę sobie spersonalizować według własnych upodobań, który będzie mógł być zarówno wcieleniem wszelkich cnót, jak i wrednym sukinsynem dążącym po trupach do celu. Nie takiego pseudozłego Sheparda, który niby mógł być zły, ale im dalej w las, tym bardziej całe to jego „zło” ograniczało się do sarkazmu, bo potem i tak robił to, co mu kazano. Na co w takim razie ogóle były te wskaźniki renegata i idealisty? Inspirujcie się Jade Empire, chyba ostatnią grą BioWare, w której podążanie ścieżką prawości albo niegodziwości miało jakiś sens – jeśli byliśmy źli i na sam koniec postanowiliśmy w tym trwać, musieliśmy pozabijać kilku towarzyszy, którzy postanowili nas powstrzymać. To chyba przy okazji ostatnia gra BioWare, która miała różne zakończenia – we wszystkich późniejszych były co najwyżej kosmetyczne zmiany, ale i tak wychodziło na to samo. Ale nie samą grywalną postacią człowiek żyje – chcę, do licha, ciekawych towarzyszy i bohaterów niezależnych, traktowanych na równi. Bez jakiejś niebieskiej T’Soni, którą w trylogii Sheparda wciskano mi na siłę wszędzie, gdzie tylko się dało, a której nawet nie dało się zabić, bo ktoś uznał, że ten fanserwis się wszystkim podoba. Chcę z nimi rozmawiać, poznawać ich, romansować z nimi albo zabić bądź wywalić z paczki, jeśli się pokłócimy.

3

Chcę, żeby gra była robiona dla miłośników RPG, a nie strzelanin. Jednym z największych kuriozów Mass Effect 3 był „tryb shootera”, w którym zamiast podejmować decyzje, pozwalało się grze odtwarzać wszystkie filmiki hurtem z automatycznymi decyzjami. Niestety, przy okazji ograniczono też wiele innych elementów RPG. Nie mam nic przeciwko strzelankom, bo sam je uwielbiam, ale to nie znaczy, że nie da się zrobić dobrego shootera, który posiadałby dobry system rozwoju postaci – ot, chociażby całkiem udany Alpha Protocol: Szpiegowska gra RPG od Obsidianu. Niech pod względem „erpegowatości” Andromeda będzie przynajmniej taka jak „jedynka”, bo to, co BioWare pokazało w „trójce”, z palcem w zadku przebija nawet system rozwoju postaci z Far Cry 3.

Z najważniejszych rzeczy to w sumie tyle. Duży, sensowny świat, wybory mające znaczenie i konsekwencje, cztery kąty, którymi można zarządzać, ciekawe postaci i więcej ergepa zamiast shootera – czy oczekuję aż tak wiele? Mam nadzieję, że BioWare Montréal sensownie spożytkowało tych kilka lat tworzenia Andromedy – przyjrzeli się temu, co grało i co nie grało w poprzednich odsłonach Mass Effectów i Dragon Age’ów, wyciągnęli z tego wnioski i postanowili nie popełniać błędów ekipy z Edmonton. Macie chyba świadomość, że Wiedźmin: Dziki Gon cholernie wysoko postawił poprzeczkę jeśli idzie o spójny świat i sensowne, głębokie postaci, więc nawet mi się na oczy nie pokazujcie, jeśli macie zamiar wydać coś, co nie będzie temu przynajmniej równe.

Autor: Pottero

Dodaj komentarz

avatar