Ranking filmów superbohaterskich 2016

cover ranking

Kino superbohaterskie stało się już odrębnym gatunkiem. Okrzepły pewne schematy fabularne, a to szczególnie za sprawą projektu filmowego uniwersum Marvela. Zawsze w sumie jest tak samo – pierwszy film z udziałem danego herosa prezentuje jego genezę (origin story), potem następuje starcie z przeciwnikiem bądź jego poplecznikami, które protagonista przegrywa, później liże rany i powraca, by w finałowej bitwie nakopać „temu złemu”. Oczywiście całość pełna jest komputerowych efektów specjalnych, mniej lub bardziej dowcipnych ripost i okładania się po pyskach. W zmierzającym ku swemu końcowi roku 2016 mieliśmy okazję obejrzeć aż sześć produkcji opartych na komiksach. Jedne spotkały się z uznaniem widzów i krytyków, inne – wręcz przeciwnie. Poniżej znajdziecie ranking tegorocznych filmów bohaterskich przegłosowany przez redakcję Nie Tylko Gry. Przy każdej z pozycji postarałem się na chłodno wymienić jej wady i zalety, chociaż obecność Supermana w obrazie zawsze nieco przesłania moje logiczne rozumowanie.

Miejsce 6. X-Men: Apocalypse

1

Kiedy wszyscy wieszali psy na Batman v Superman: Świt sprawiedliwości, jakoś nikt nie zauważył zmierzającego ku samozagładzie mutanckiego meteoru. Najnowsza odsłona serii Foxa może się równać z Ostatnim bastionem oraz X-Men Genezą: Wolverine pod względem idiotyczności fabuły i tandetnego wykonania. Już za same sceny w Pruszkowie lat 80. filmowi należy się Złota Malina. Fassbender próbujący po polsku mówić i śpiewać kołysankę, którą słyszałem po raz pierwszy w życiu, wypada żenująco (mimo że wielkim aktorem jest). Obraz schyłkowego PRL-u to jakiś sielankowy landszaft. Robotnicy w hucie (strasznie małej nota bene) noszą ochronne gogle, czyste ubrania, są gładko ogoleni i nie przeklinają. Magneto alias Henryk Górski mieszka w przepięknym domku pod lasem, zaś milicjanci, posługujący się sekretną bronią MO, zwracają się do siebie w prawidłowej formie wołacza z użyciem partykuły. Jeśli podrabianie słowiańskiego klimatu wychodzi w Hollywood w ten sposób, to Rosjanie, których ojczyzna portretowana jest w kinie wielokroć częściej niźli Rzeczpospolita, muszą mieć niezłą bekę podczas seansów. Nie tylko Polska wygląda w tym filmie tekturowo – równie słabo przedstawione są Berlin oraz Kair. Wszystko w X-Men: Apocalypse jest strasznie plastikowe – choć być może taki był zamiar twórców osadzających akcję w latach 80. XX wieku; ponoć mocno inspirowali się także kultową kreskówką o mutantach sprzed dwóch dekad. Wykorzystali również motywy z Weapon X – klasycznego albumu Barry’ego Windsor-Smitha i zgwałcili tym nagiego Wolviego na każdy możliwy (legalny) sposób.

Czy film ten ma jakieś zalety? Owszem. Przede wszystkim jest tu niemal po równo postaci obojga płci, a Mystique (Jennifer Lawrence) gra pierwsze skrzypce w konflikcie między X-Men a jeźdźcami Apocalypse’a. Rolę ozdobnika pełni Psylocke, odziana w lateksowy strój rodem z mokrego snu 15-latka. Żałuję, że w ten sposób postać została sprowadzona do roli obiektu seksualnego. Z drugiej strony jest to wizerunek – niestety – wierny rysunkowemu pierwowzorowi. Poprawnie wprowadzono Storm oraz Nightcrawlera, zaś Quicksilver znów ma swoje pięć minut, choć już nie są one tak ważne jak w X-Men: Przeszłość, która nadejdzie. Prócz Pruszkowa w pamięć zapadła mi scena w Auschwitz – efektowna zarówno wizualnie, jak i aktorsko – ale Fassbender wielkim aktorem jest… Wielki zły Apocalypse w interpretacji Oscara Isaaca ani ziębi, ani grzeje, ale stać go na nieludzkie okrucieństwo z wykorzystaniem mocy – pokazy siły wywołują spore wrażenie.

Pełna recenzja filmu X-Men: Apocalypse

Miejsce 5. Legion Samobójców

El Diablo

Pierwszą z dwóch produkcji opartych na komiksach DC krytykowano chyba głównie dlatego, że nie jest Marvelem. I moim zdaniem dobrze, że nie jest i nie próbuje być. W przypadku tego filmu nie sposób uniknąć porównań ze Strażnikami Galaktyki – również tutaj mamy do czynienia z bandą aspołecznych wyrzutków i przestępców. O ile mocno chaotyczna ekspozycja postaci pozostawia wiele do życzenia, to późniejsze sceny z ich udziałem nadrabiają słaby początek. Wielokroć chwalono Margot Robbie w roli Harley Quinn – jej występ naprawdę robi wrażenie (to również jedna z niewielu protagonistek w tym zestawieniu), choć mogłaby nosić nieco mniej kuse spodenki. Will Smith jako Deadshot jest… Willem Smithem. Interesującą kreację stworzył Jay Hernández jako El Diablo. Pozostali aktorzy też dają radę – widać, że producenci podjęli dobre decyzje castingowe. Finałowy boss, mimo że nietypowy jak na takie kino, to motywację do walki ma stereotypową – zdobycie władzy nad światem. Jakkolwiek do gry aktorskiej trudno się przyczepić, to w filmie przeszkadzają niektóre widocznie wysilone dowcipy (dokrętki inspirowane Marvelem), zaś sposób kręcenia i montażu walk z hordami anonimowych potworków jest drętwy i mało widowiskowy, a całość tonie w wypranej z kolorów czerni – do tego nic nie zgrywa się z soundtrackiem złożonym z przebojowych perełek.

Pełna recenzja filmu Legion Samobójców

Miejsce 4. Batman v Superman: Świt sprawiedliwości

1

Wiele osób jako wady tego filmu wskazywało poszatkowaną fabułę oraz niewiarygodne zwroty akcji. Hmmm… a taka Wojna bohaterów to jest spójna i logiczna, prawda? Wydaje mi się, że zapomniano o komiksowej proweniencji Batman v Superman. Rysunkowe historie (w szczególności będący pierwowzorem Powrót Mrocznego Rycerza) wcale nie są pełne ciętych ripost i dowcipnych gagów – są raczej patetyczne, poważne i pełne absolutnie niewiarygodnych rozwiązań fabularnych. Przecież to opowieści o superbohaterach! Przez osiem lat Marvel przyzwyczaił widzów do pewnego bezpiecznego schematu i eksploatuje go na okrągło. Z powodzeniem. Od czasu do czasu studio ostrożnie próbuje czegoś nowego – jak przy Strażnikach Galaktyki czy Ant-Manie – zwykle jednak korzysta ze sprawdzonych chwytów. Dlatego wydaje mi się, że BvS jest postrzegany negatywnie ze względu na odmienność od powyższego. Moim zdaniem to film niezły, poczynając od decyzji castingowych; chociaż początkowo, jak wszyscy, wątpiłem w Batflecka oraz w Gal Gadot odtwarzającą Wonder Woman. Zdjęcia i wysmakowane kadry są o niebo lepsze niż w produkcjach konkurencji – w pamięć szczególnie zapadają oniryczne wizje Bruce’a Wayne’a. Również muzyka autorstwa Hansa Zimmera i Junkie XL jest aspektem filmu błyszczącym na tle Marvela czy Foxa – nie dość, że nie sprowadza się do miałkiego plumkania, to jeszcze obfituje w godne zapamiętania motywy.

Oczywiście znajdziemy również (niejedną!) łyżkę dziegciu w tej beczce miodu – mianowicie irytujące postacie niebędące superbohaterami (pomijam oczywiście zgryźliwego Alfreda w interpretacji Jeremy’ego Ironsa) – państwo LL – Lois Lane oraz Lex Luthor. Ta pierwsza jest zagubioną damulką, popadającą tylko w opały i czekającą, aż ją super-chłopak uratuje; ach, gdzież ta przebojowa reporterka z komiksu! Ten drugi to rozwydrzony yuppie w stylu Elona Muska, Martina Shkreliego czy Marka Zuckerberga – chociaż, patrząc w te pierwowzory, właśnie tak wykoncypował sobie tę postać Jesse Eisenberg (grający zresztą tego ostatniego w filmie Finchera). Tragiczny (nie w sensie antycznym) jest także finałowy boss, aparycją jako żywo przypominający trolla jaskiniowego z Władcy Pierścieni.

Pełna recenzja filmu Batman vs. Superman: Świt sprawiedliwości

Miejsce 3. Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów

2

Być może zostanę zlinczowany w komentarzach za tę opinię na temat „Avengers 2.5”, lecz uważam, że ten film jest po prostu… nijaki. Wszystko zmierza w nim jedynie do obiecywanego w trailerach starcia na lotnisku. Cała reszta to rozdmuchany zlepek lepiej (oblężenie Bucky’ego, pościg Czarnej Pantery) lub gorzej (otwierająca oraz finałowa walka) wyreżyserowanych scen akcji. Obraz próbuje być polityczno-szpiegowskim thrillerem, ale w przypadku Zimowego żołnierza wyszło to zdecydowanie bardziej interesująco.

Głównym moim zarzutem pod adresem Wojny bohaterów (stosującym się również do zeszłorocznego Czasu Ultrona) jest zbytnia mnogość bohaterów. Nie da się przez to rozwinąć wątków poszczególnych członków drużyn i nakreślić łączących ich relacji, z chlubnym wyjątkiem w postaci cameo Spider-Mana – Marvelowi udało się w 15 minut stworzyć od zera Pająka bliższego pierwowzorowi niż Sony w pięciu pełnometrażowych filmach. Niemniej „inflacja postaci” utrudnia kibicowanie którejkolwiek ze stron tytułowego konfliktu. Poza tym wszystko wskazuje na to, że w kolejnym epizodzie serialu pod tytułem Marvel Cinematic Universe niesnaski pójdą w niepamięć.

Pełna recenzja filmu Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów

Miejsce 2. Deadpool

6

Słyszysz, Wade? O włos przegrałeś z Cucumberbathem! Na wysokiej, drugiej pozycji znajduje się film idący na przekór wszystkim pozostałym obrazom i konwencjom kina superbohaterskiego w ogóle. No bo tak: jest pełen scen przemocy, krwi i wulgaryzmów, nie stanowi części rozbudowanego serialu (choć należy do uniwersum X-Men), tryska humorem – zarówno metafilmowym, jak i mocno genitalnym, a jednocześnie opowiada historyjkę, w której bohater nie ratuje świata przed najeźdźcami z kosmosu, innego wymiaru czy zamierzchłych czasów. Dochowuje wierności komiksowemu oryginałowi, a także charakterowi postaci. Zarazem był najtańszy w produkcji z całej stawki.

Deadpool w wykonaniu Ryana Reynoldsa to faktycznie najemnik z niewyparzoną gębą – ale brawa należą się szczególnie za grę ciałem w zakrywającym twarz kostiumie. Pozostali aktorzy również błyszczą. Wydawać się może dziwnym, że w niestroniącym od prymitywnych gagów filmie aż połowę obsady stanowić będą kobiety: Morena Baccarin jako równoprawna partnerka protagonisty, X-Woman Negasonic Teenage Warhead i stojąca po przeciwnej stronie barykady Angel Dust. Generowany komputerowo Colossus też jest świetny – to zwalisty kawał blachy z ciężkim rosyjskim akcentem, a jednocześnie niezmiernie delikatny, cierpliwy i uprzejmy dżentelmen. Najsłabiej wypada chyba wiecznie nadęty Ajax jako główny antagonista, chociaż stanowi tym samym dobrą przeciwwagę dla wygadanego bohatera.

Pełna recenzja filmu Deadpool

Miejsce 1. Doctor Strange

Doktor Strange

Na szczycie listy znalazł się film, który nie jest kpiną z konwencji, nie przedstawia konfliktu między superherosami ani historii drużynowej. To najzwyklejszy origin story pojedynczego herosa, do jakich przyzwyczaił nas Marvel od czasów pierwszego Iron Mana. Z drugiej strony – zawiera wszystko to, czego oczekujemy od takiego kina. Niestety, jak na ośmioletni dorobek filmowego uniwersum, fabuła jest mocno wtórna. O ile zeszłoroczny Ant-Man odważnie potraktował większość scenariuszowych schematów, to tutaj mamy taki analog Starka, który zamiast zaawansowanej technologii używa wysokiej magii. Na szczęście efekty zaklęć i podróże astralne wyglądają wyśmienicie – w szczególności finałowa, „temporalna” konfrontacja oraz przechodzenie między wymiarami nawiązujące do Incepcji. Walka z „wielkim złym” na końcu filmu jest na szczęście nietypowa – wielkie brawa za użycie nie siły, lecz rozumu. Reszta pozostaje natomiast standardowa – duma, upadek, poszukiwanie, pierwsza konfrontacja, przegrana, wielki powrót i tryumf.

Irytujące jest to, że postacie kobiece zostały tutaj doklejone wyraźnie na siłę, a scenarzyści widocznie nie mieli na nie pomysłu. Przedwieczna Tilda Swinton irytuje chimerycznością i kapryśnością, które nie przystają wielowiekowej mentorce protagonisty, a na dodatek sypie jak z rękawa tekstami w stylu Paolo Coelho. Dziewczyna superbohatera (Rachel McAdams) walczy z potężnym ego Strange’a, lecz jej reakcje na zjawiska nadprzyrodzone ograniczają się do podskakiwania i popiskiwania z przestrachu. Cumberbatch natomiast jest Cumberbatchem – czyli skrzyżowaniem Sherlocka z Khanem oraz Smaugiem – zadufanym bubkiem, który sądzi, że inteligencja uprawnia go do stawiania się ponad innych. W sumie to pasuje jak ulał do postaci Strange’a – przynajmniej tego sprzed zdobycia nadprzyrodzonych mocy i tytułu Najwyższego Czarodzieja. Mam nadzieję, że w kolejnych filmach z jego udziałem bohater stanie się bardziej pokorny w obliczu nieznanego. Cały show kradnie jednak peleryna lewitacji – artefakt tyleż kapryśny, co sympatyczny.

Żałuję trochę, że twórcy nie poszli na całość i nie spróbowali skorzystać z konwencji horroru – zarówno główny, jak i pomniejsi adwersarze dawali ku temu przesłanki. Heist movie sprawdził się w przypadku Ant-Mana, więc może taka stylistyczna wolta dobrze wypadłaby i tutaj. Cóż, nigdy się tego nie dowiemy.

Pełna recenzja filmu Doctor Strange

Rok 2016 był bardzo dobry dla fanów filmowych superbohaterów, jednak duża ilość produkcji obnaża nieco wyświechtanie konwencji. DC i Warner Bros. próbują dogonić konkurencję, ale potykają się o własne nogi. Fox z kolei wyprodukował najgorszy i niemal najlepszy film sezonu. Na szczycie nadal znajduje się Marvel, lecz pozostałe studia depczą mu po piętach. 2017 zapowiada się interesująco.

A co Wy myślicie o zeszłorocznych filmach superbohaterskich? Czy zgadzacie się z naszym rankingiem? Piszcie w komentarzach!

Marcin „Martinez” Turkot

Jestem geekiem trzydziestego któregoś poziomu, a także niepoprawnym fanboyem Supermana. W magisterce pisałem o związkach komiksu superbohaterskiego z mitami. W życiu zajmowałem się redagowaniem czasopisma o grach fabularnych i planszowych, tłumaczeniami gier, moderowaniem forów, pisaniem tekstów dla największego polskiego portalu internetowego oraz do "Tygodnika Powszechnego". Obecnie pracuję w reklamie. Uwielbiam komiks, w szczególności frankofoński, oraz animacje wszelakiego rodzaju (może poza anime, na którym się nie znam). Od ponad 20 lat gram w erpegi. Na gry komputerowe nie starcza mi już czasu...
  • Pottero

    Nie wiem, jak myśmy to głosowali, że Deadpool przegrał z Doktorem Strange’em :D. Moim zdaniem schizol zjada Strange’a na śniadanie, a jego przygody to mój najlepszy film superbohaterski tego roku. Na drugim Wojna bohaterów, na trzecim Sherlock. Pozostałe miejsca tak jak na liście, chociaż z zastrzeżeniem, że Batman v Superman w wersji Ultimate Cut, a nie kinowej.

    • Libelo

      A ja myślę, że Deadpool jest lepszy od Doktora. Nie widziałam nawet połowy z tych filmów, wiec na temat większości się nie wypowiadam, ale jak dla mnie Doktor był nudny. W Deadpoolu przynajmniej można się było czasem z czegoś uśmiechnąć, a na Doktorze to była przewidywalnosc przetykana czasem jakimś żartem.

      • Idris

        Wiadomo, że trochę się to mija z indywidualnym zdaniem każdego z nas, bo nad rankingiem pracowaliśmy wspólnie i nie zawsze filmy ocenialiśmy tak samo, podpisuje się jednak pod efektem końcowym (w końcu pierwsze trzy miejsca to moje ulubione filmy, więc nie mam tu na co narzekać). 😉
        Ten rok zdecydowanie uważam za udany, z niecierpliwością czekam na to co przyniesie ze sobą 2017 – cieszy mi się jadaczka na nowego Pająka w wykonaniu Hollanda. Oj, bardzo mi się cieszy 😀

    • Marcin Turkot

      Ja też, z bólem serca, przyznać muszę, że Deadpool był najlepszym filmem kinowym o superbohaterach w tym roku.

    • Deneve

      Skoro wszyscy głosowali na Deadpoola, to czemu Dr Strange wygrał? xD

  • Agnieszka Czoska

    Dla mnie Strange był jedynym nieirytującym filmem z zestawienia… I nie zgadzam się zupełnie z opinią o Przedwiecznej. Swinton grała świetnie, niesztampowo, dodała postaci lekkości mistrza Yody. Z mądrości w stylu PC sama się śmiała, na zasadzie: cóż zdobić, such is life, proste i banalne. A spokój Strange’a i pani doktor, nieprzesadne zaskoczenie tym, że magia działa, świetnie się wpisuje w nurt domestic fabulism, jak Stranger Things itp. Świat Strange’a nie musi być “nasz”, magia ewidentnie jest tam bardziej do pomyślenia niż u nas. Deadpoolem się mocno rozczarowałam, był komedią romantyczną, do tego mniej zabawną od Ant Mana (który był ok). A największe rozczarowanie mojego superbohaterskiego roku to Kapitan Ameryka i jego niedopracowani kokedzy. Już Suicide Sguad miał lepszy zarys psychologii postaci.

    • Libelo

      A mnie właśnie przez dobrą role Swinton rozczarowała reszta filmu. Dziewczyna Doktora była w porównaniu do niej nudna i w gruncie rzeczy nie miała żadnej istotnej roli, więc wepchniecie jej do scenariusza tylko zmniejszało ilość czasu, jaki mogliśmy spędzić z Przedwieczna. A moim zdaniem śledzenie rozwoju jej relacji ze Strangem mogłoby byc o wiele ciekawsze i w efekcie dać większy shock value, kiedy umiera. Inna sprawa, że Marcel chyba ma problemy z jakimikolwiek relacjami innymi, niż romantyczne, co najbolesniej widać w Thorze.

      • Marcin Turkot

        Dla mnie Przedwieczna była strasznie obłudna i nieszczera… Ale jej ostatnia scena była niezła. A dziewczyny Doktora równie dobrze mogło nie być.

        • Libelo

          Dlatego rozwinięcie jej postaci byłoby ciekawsze, niż zajmowanie się laską, z którą Doktor i tak zostawi. Zwłaszcza, że Przedwieczna mogła mieć na niego większy wpływ, niż jego panna.

  • Fajna recenzja