1

Recenzja na podstawie wersji cyfrowej

The Longest Journey: Najdłuższa podróż z 1999 roku to tytuł, który z czystym sumieniem mogę nazwać najukochańszym i najdroższym mojemu małemu czarnemu serduszku. Jest to jedna z niewielu gier, które potrafiłam przejść piętnaście razy, za każdym razem z zapartym tchem. Z równie zapartym tchem (przez co zapewne kiedyś się uduszę) wyczekuję także ostatniego rozdziału z trzeciej odsłony – Dreamfall Chapters, która ma wyjść ponoć w najbliższym czasie, jak donosi Red Thread Games. Ile w tym prawdy po tych kilku miesiącach oczekiwania? Nie wiadomo. Mam za to nadzieję, że będzie równie ciekawy i wzruszający, co poprzednie rozdziały. Jednak dość już wzdychania i ronienia łez, gdyż w tej recenzji zajmiemy się mniej spektakularną, ale wciąż ciekawą kontynuacją Najdłuższej podróżyDreamfall: The Longest Journey (2005), a konkretnie jej artbookiem. Czy rzeczony artbook poradził sobie z wysoko postawioną poprzeczką, czy może walnął o nią głową i oblał egzamin? Już śpieszę z odpowiedzią.

2

Zacznijmy od zewnątrz, czyli od okładki, która prezenuje się dokładnie tak samo, jak okładka gry, co jest całkowicie zrozumiałe, choć szkoda, że wydawcy nie wprowadzili choćby minimalnego powiewu świeżości. To jednak nie jest aż tak ważne, jak dobre zorganizowanie treści i artów, choć w przypadku tego artbooka treści znajdziemy tyle, co na lekarstwo. Jakby nie patrzeć, poza podziękowaniami i tytułami poszczególnych działów, nie ma czego czytać. Być może jest to znak, że wszystkie informacje są zawarte w samej grze i nie ma potrzeby, żeby umieszczać gdziekolwiek indziej jakiekolwiek ciekawostki? Wróćmy jednak do uporządkowania zawartości, która w większości również nie przedstawia niczego specjalnie nowego. Mamy podziękowania, szkice – w zasadzie najciekawsze, ale jest ich tyle co kot napłakał – są również postaci, stworzenia, miejsca w Stark i Arkadii, pojazdy, technologie i ostatni dział, nazwany poetycko Moments, czyli „chwile”. Można by powiedzieć, że wszystko jest tak, jak należy, a skoro tak, to możemy się zająć treścią.

3

Jak już zdążyłam wspomnieć, szkice prezentują się wyjątkowo ciekawie. Jedne są mniej, drugie bardziej dopracowane, ale wszystkie przykuwają wzrok i aż przykro się robi, gdy uświadomimy sobie, że zajmują jedynie cztery strony. Potem od razu otrzymujemy cały zestaw postaci, z których jedynie April, Zoë i Kian dostają więcej niż dwie grafiki. Podobnie w przypadku stworzeń i lokacji. Przeglądając artbook można dojść do wniosku, że z tych dziewięćdziesięciu stron dałoby się wycisnąć dużo, dużo więcej – zwłaszcza, że większość zawartych obrazków mogliśmy zobaczyć jeszcze przed premierą (ci, którzy czatowali na Dreamfall, pamiętają). Jest to jednocześnie irytujące i zasmucające, wszak od artbooka oczekujemy jednak swego rodzaju „powiewu świeżości”, czegoś zaskakującego. Co prawda grafiki są śliczne i oddają całkowicie ducha Najdłuższej podróży, jednak boli powtarzalność i konieczność oglądania tych samych, wciąż odgrzewanych kotletów.

4

Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że artbook Dreamfall: The Longest Journey nie grzeszy zarówno ilością artów, a tym bardziej treści. Choć minęła przeszło dekada od jego wydania, wciąż można by wiele odświeżyć i ponaprawiać. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, eż studio Red Thread Games postanowi odwdzięczyć się wiernym fanom trylogii (Dreamfall Chapters liczę jako jedną całość) i skonstruuje nieco lepszy artbook z zawartością obejmującą wszystkie części, okraszając go masą ciekawostek i w ogóle jakąkolwiek treścią poza tytułami i podziękowaniami. Póki co, przeglądanie wcześniej wymienionego przypomina przeglądanie po raz kolejny zdekompletowanego albumu ze zdjęciami.

5

NASZA OCENA
4/10

Podsumowanie

Plusy:
+ ładnie uporządkowany
+ oddaje ducha Najdłuższej podróży
+ śliczne grafiki…

Minusy:
– … które jednak powtarzają się i nie ma w nich zbyt wiele nowości
– zero komentarzy czy ciekawostek
– w ogóle mało treści i artów

Previous articleRecenzja filmu Zakładnik z Wall Street
Next articleRecenzja komiksu Assassin’s Creed Volume 1: Trial by Fire
Julia „Angi” Świerczyńska
Z wykształcenia filolog, z fachu SEM, a prywatnie pingwin z chrapką na władzę nad światem. Chciałam zostać tłumaczem, ale po drodze urodziło się milion innych pomysłów i wyszło jak wyszło. Spektrum moich zainteresowań zdaje się nie mieć końca. Uwielbiam pisać opowiadania i poezję, czytać, grać w gry komputerowe. Fascynuje mnie mitologia, szeroko rozumiana metafizyka, sny i inne zjawiska niewytłumaczalne. Muzyki słucham dobrej; moja ścieżka dźwiękowa jest bardzo zróżnicowana i często skaczę z jednej melodycznej skrajności w drugą. Podobnie w życiu. Jestem albo paskudną, złośliwą bestią, albo uchylę nieba, lecz to zależy od humoru, temperatury, ciśnienia, nagromadzenia poszczególnych zjawisk atmosferycznych i meteorologicznych. W skrócie, nigdy nie wiesz, czy dostaniesz kwiatka, czy może kwiatkiem.

Dodaj komentarz

avatar