The Art of Mass Effect 3

Choć wszyscy fani serii Mass Effect ostrzą zęby na zbliżającą się powolutku premierę gry Mass Effect: Andromeda, głównym daniem dzisiejszej recenzji będzie artbook z jej poprzedniczki. Ostatnia część trylogii Sheparda miała swoją premierę cztery lata temu, dokładnie 6 marca 2012 roku, więc przyjemnie byłoby sobie odświeżyć co nieco, nim odnajdziemy się w zupełnie innych czasach – czasach, w których przyjdzie żyć naszym nowym protagonistom dzięki poświęceniu i walce Sheparda oraz jego załogi.

Niemniej swoją atencję skierujemy póki co na artbook z gry Mass Effect 3, na którym mogliśmy położyć ręce, jeżeli zakupiliśmy wersję kolekcjonerską gry. Kupiłam, choć cena, jak to bywa, okazała się kosmiczna. Wracając jednak do artbooka, prezentuje się on dosyć niepozornie. Rozmiar nie przekracza kartki A5, zaś na grubość… No, nie jest nawet grubości dobrego tosta z serem, także pod tym względem wygląda trochę biednie. Ale weźmy pod uwagę, że w sumie tak wyglądała rozmiarowo cała wersja kolekcjonerska – ot, wszystko skompresowane, byle tylko nie przekroczyć średniej wielkości pudełka klocków lego. Niemniej, ktoś może rzec, że nie rozmiar się liczy, a zawartość. Czyżby? Zaraz się przekonamy.

2

Twarda okładka artbooka rzeczywiście wskazuje na to, że Bioware nie chciało, by całość rozleciała się fanom w rękach po dłuższym czasie przeglądania. Ładnie zaprojektowana, nieinwazyjne kolory i sylwetka Sheparda na tle atakowanego przez Żniwiarzy miasta – wszystko to wprowadza nas od razu w klimat trzeciej części gry, pokazuje, z czym przyjdzie nam się mierzyć. Po otwarciu ślicznie wyłania się logo Mass Effect, dalej lista producentów i podziękowania, w towarzystwie grafiki Sheparda spoglądającego z kosmosu na niszczejącą Ziemię, a potem… Potem bez żadnego ostrzeżenia, wstępu, czy nawet krótkiego spisu treści, pojawiają się projekty kompanów naszego komandora. Wszystko fajnie, pięknie, ale czemu tak od razu? Żeby tego było mało, w całym artbooku nie znajdziemy żadnego przejścia z sekcji do sekcji. Po prostu dostajemy na dzień dobry towarzyszy (tu warto zaznaczyć, że tylko kilku. Hej, a gdzie jest Tali? Czemu pojawia się Jack, skoro nie należy do nowej drużyny?), potem płynne przejście do wrogów, od nich do lokacji, a stamtąd do jednego wielkiego koglu-moglu broni i statków. Tak jak z początku można z przymrużeniem oka stwierdzić, iż mamy do czynienia z namiastką uporządkowania, tak przy dalszym przeglądaniu tracimy to złudne wrażenie.

3

Jeżeli już mówimy o treści… Być może twórcy mieli jakiś większy plan? Być może to miała być jedynie namiastka nowości, jakiś taki kąsek i zachęta, by namówić fanów do kupna The Art of Mass Effect Universe, jak można wnioskować po reklamie tejże książki na końcowej karcie. W takim razie, po co ten artbook? Dla żartu? Dla poszczucia? Bo tak można to odebrać po jakże głodowej porcji ilustracji, jak na tak złożoną i ciekawą część trylogii. Wstyd, Bioware, wstyd. (dzyń, dzyń)* Ale skupmy się wreszcie na ilustracjach, które prezentują się całkiem sympatycznie, tylko irytować może fakt, że nielubiany przez większość z nas dzieciak dostał więcej concept artów, niż nasi ulubieńcy z drużyny komandora, których zaprezentowano w większości jedynie z pomocą jednego concepta i czterech rzutów z różnych stron, już po obróbce graficznej. Poważnie? Trochę to przykre. Żeby tego było mało, treści tekstów tuż przy postaciach i miejscach, to głównie ochłap traktujący o zbrojach, bądź ich elementach, kolorystyce, zawierający prócz tego szczątkowe informacje na temat postaci i lokacji. Może to taka sugestia, iż by dowiedzieć się czegoś więcej, powinniśmy zajrzeć do kodeksu w grze? Kto wie… W każdym razie, artbook kończy się równie niespodziewanie,jak się zaczyna. Po prostu koniec artów i reklama wcześniej wspomnianego The Art of Mass Effect Universe, bez podziękowań, życzenia miłej gry, buziaczków, uścisków, czy innych głupot, które z reguły zamieszcza się pod koniec, by dać znać, że to faktycznie jest już koniec artbooka.

4

Podsumowując, prócz ładnych grafik i twardej okładki, artbook z wersji kolekcjonerskiej Mass Effect 3 pozostawia wiele do życzenia. Jako fanka serii poczułam się dotknięta tak biednym prezentem ze strony Bioware dla wszystkich, którzy postanowili wydać pieniądze na ten zakup. Zarówno obfitość treści ogólnej, grafik, jak i umieszczenie na końcu artbooka reklamy innej książki z pełną zawartością grafik i informacji, trąci tanią reklamą i wyciąganiem pieniędzy. Także powtórzę jeszcze raz – wstyd, Bioware, wstyd. (dzyń, dzyń)*

5

* Odnosi się do sceny z Gry o Tron: [LINK]

Poprzedni artykułRecenzja komiksu Vikings: Blood Legacy
Następny artykułRecenzja artbooka Pacific Rim
Julia „Angi” Świerczyńska
Z wykształcenia jestem filologiem - studiowałam filologię rosyjską z filologią angielską na UAM, potem przeszłam na angielską, nie porzucając jednak rosyjskiego jako języka. Teoretycznie planuję zostać tłumaczem, a w praktyce... nie mam zielonego pojęcia. Spektrum moich zainteresowań zdaje się bowiem nie mieć końca. Uwielbiam pisać opowiadania i poezję, czytać, grać w gry komputerowe. Fascynuje mnie mitologia, szeroko rozumiana metafizyka, sny i inne zjawiska niewytłumaczalne. Muzyki słucham dobrej; ścieżka dźwiękowa mojego życia jest bardzo zróżnicowana i często skaczę z jednej melodycznej skrajności w drugą. Podobnie w życiu. Jestem albo paskudną, złośliwą bestią, albo uchylę nieba, lecz to zależy od humoru, temperatury, ciśnienia, nagromadzenia poszczególnych zjawisk atmosferycznych i meteorologicznych. W skrócie, nigdy nie wiesz, czy dostaniesz kwiatka, czy może kwiatkiem.

Dodaj komentarz

avatar