1

Recenzja napisana na podstawie wersji cyfrowej.

Dziś będzie o tym, że we wspomnieniach grafika z gier zawsze wydaje nam się ładniejsza niż w rzeczywistości. To, co swego czasu było szczytem technologii komputerowej i wprawiało w zachwyt samym faktem, że było kolorowe i się ruszało, dziś może nam się ukazywać jako… No właśnie, jako co? Trudno użyć słowa „maszkara”, bo nie pozwala na to sumienie i sentyment, ale chyba nie potrafię znaleźć innego.

Serii gier Tekken chyba nie trzeba nikomu przedstawiać – prawie każdy miał kiedyś styczność z którąś z części i z rozmarzonym uśmiechem na twarzy wspomina te pierwsze, z czasów swojego dzieciństwa albo młodości. Pierwsza odsłona bijatyki została wydana przez Namco Bandai w 1995 roku, najnowsza, siódma, (i nie oszukujmy się – na pewno nie ostatnia) pozostaje nadal w fazie testów, choć w Japonii już od lutego 2015 dostępna jest na automatach do gier. The Art of Tekken, wydany w 2005 roku z okazji dziesięciolecia serii, obejmuje gry do piątej części włącznie oraz Tekken TAG Tournament.

2

Struktura wewnętrzna jest dokładnie taka, jak moglibyśmy się tego spodziewać. Podzielony został na sześć kolejnych, uporządkowanych chronologicznie segmentów, których choćbym chciała nie mogę nazwać rozdziałami, ponieważ oprócz imion, nazwisk czy ksywek bohaterów, nie zawierają ani odrobiony tekstu. Każdą część otwiera grafika reprezentacyjna, ukazująca nam najistotniejszych fabularnie bohaterów danej gry (tak, Tekken naprawdę ma fabułę).
Pierwszy segment należy do najstarszej części gry, więc przyzwyczajonego do najnowszych cudów grafiki komputerowej odbiorcę może straszyć po nocach. Twórcy nie uraczyli nas concept artami ani szkicami, wrzucili gotowe modele postaci znane z gry – niektóre w jednej pozie, uprzywilejowane w dwóch z dodatkiem okienka z twarzą, a Kazuyę Mishimę w czterech, znad których szczerzy się groźnie z portretu. Jedynym ciekawym dodatkiem mogą być siatkowe modele 3D na jednej z ostatnich stron.

2

Drugi i trzeci segment są utrzymane w podobnej koncepcji – brak szkiców, concept artów, jedynie postacie w gotowej formie, jakby wycięte z ekranu gry i wklejone do artbooka, co, nie oszukujmy się, mógłby zrobić każdy mistrz Painta przy odrobinie cierpliwości. Jedynym co się zmienia jest oczywiście jakość grafik – Tekken zawsze szedł z duchem czasu. Co smutne, niektórzy bohaterowie dzielą stronę na pół z innymi, niektórzy nie doczekali się nawet tego, z kolei inni mają dla siebie więcej przestrzeni. W trzeciej części ci, których ten zaszczyt kopnął przedstawieni zostali w charakterystycznych dla siebie miejscach i pozach – na przykład Paul wylegując się na swoim motorze o zachodzie słońca. Ten segment ma dla czytelnika jeszcze jedną niespodziankę – dwie strony szkiców koncepcyjnych, paru ukazujących twarze bohaterów, paru ich całych, niektórych nawet podpisanych jako zwycięzców trzeciej edycji turnieju o tytuł Króla Żelaznej Pięści – uważny czytelnik zauważy, że nie zmienia się on w zależności od płci zwycięzcy.

2

Część poświęcona Tekken TAG Tournament to znów jedynie kilka grafik znanych nam z gry, więc nie warto o nich wspominać.
Powiew świeżości przynosi wreszcie Tekken 4 i to pod wieloma względami. Po pierwsze wreszcie doczekaliśmy się grafiki bliższej tej, do której jesteśmy przyzwyczajeni teraz. Postacie nie są już nadmiernie kanciaste i zdeformowane, a kompozycja stron różni się diametralnie od poprzednich – to już nie zwykłe „kopiuj-wklej na jednolite tło”. Widać, że ktoś usiadł nad nią dłużej niż na dwie minuty i chciał odciążyć poczucie estetyki odbiorcy, nadwyrężone po wcześniejszej części artbooka. Dostajemy wreszcie upragnione concept arty postaci, ukazujące na tej samej stronie dwa standardowe warianty ich designów i dla porównania grafikę z gry, dopasowaną tak, by wszystko razem dobrze wyglądało, a nie wprowadzało chaos.

2

Poświęconej piątej odsłonie Tekkena części artbooka chciałabym w ogóle nie komentować, ale ktoś musi to powiedzieć – po uporządkowanej i estetycznej poprzedniej ta jest jak kopniak w krocze. Na pierwszych stronach mamy zupełny miszmasz grafik z gry, pomieszanych z grafikami z gry, pomieszanych z pojedynczymi rysunkami… Prawie wszystkie zachowane są w innej koncepcji, ukazują raz jednego bohatera, raz kilku różnych, czasem mamy ukazaną jedną postać w całości, a za nią tę samą grafikę powiększoną x razy i wtopioną w tło, innym razem rzucony nam zostaje Marshall Law zajmujący całą stronę, za to przycięty do pasa, a szczytem wszystkiego było ukazanie Anny Williams – w centrum jeden z nielicznych rysunków, po prawej Anna wycięta z gry, a w lewym dolnym rogu… Panda. Do tego podświetlona.

2

Jeśli pozbawieni nadziei nie rzucimy artbookiem albo komputerem, w wypadku wersji cyfrowej, o ścianę, po ostatniej stronie poświęconej Tekkenowi 5, czeka nas dosyć miła niespodzianka, czyli kilka stron rysunków związanych mniej (na przykład kobieta w japońskiej masce lisa pływająca z arbuzami) lub bardziej (sceny walki, nawet w formie krótkich imitacji storyboardów) z rzeczywistością znaną nam z gier. Pytanie jednak, czy warto w ogóle interesować się tym artbookiem tylko dla tych kilku stron, skoro wcześniejsze są jedynie kompilacją tego, co już znamy albo możemy zobaczyć w Internecie. Nie przemawiają za tym na pewno: względny chaos, brak konsekwencji w kompozycji stron i wiele innych argumentów, których nie będę już na siłę powtarzać. Największym plusem artbooka, poza pochowanymi po kątach rysunkami, jest chyba to, że możemy prześledzić w jaki sposób zmieniała się kreska na przestrzeni tych dziesięciu lat, w ciągu których zostały wydane poszczególne części Tekkena. No i może to, że jeśli nie mamy już możliwości zagrać w starsze jego odsłony, zawsze możemy sięgnąć do tego artbooka i z łezką w oku popatrzeć na paskudną grafikę z lat 90.

NASZA OCENA
4/10

Podsumowanie

Plusy
+ widzimy jak zmieniały się możliwości grafiki komputerowej od 1995 do 2005 roku
+ sentyment
+ nieliczne rysunki

Minusy
– chaos
– brak podejścia estetycznego
– NIELICZNE rysunki, postawienie na wycięcie postaci z ekranu gry
– brak tekstu, opisów, ciekawostek
– nic nowego

Sending
User Review
0 (0 votes)
Poprzedni artykułMiesiąc Netfliksa w Polsce
Następny artykułRecenzja filmu BloodRayne: Krwawa rzesza
Dominika
Ja to ta, co umie w polska języka na tyle, by pełnić tu funkcję naczelnego poprawiacza błędów mniejszych i większych. O swoim wieku nic nie mówię, bo to sprzyja szufladkowaniu. Głównie ulegam urokom fantastyki i fandomu m&a, trochę rysuję, trochę cosplayuję. Co do gier – kiedyś grałam dużo, teraz tylko w serię Dragon Age oraz w… gry, o których większość z was pewnie nie słyszała, nie usłyszy i NIE CHCE usłyszeć, więc nie pytajcie. W miarę lubię uczyć się języków obcych, tkwię pod urokiem japońskiego, nienawidzę francuskiego, nie lubię podróżować. Denerwują mnie tylko dwie rzeczy – głupota i brak kultury. Kiedyś zawładnę światem. Tylko poczekajcie.

Dodaj komentarz

avatar