Nie ma już nic gorszego – recenzja Ciemniejszej strony Greya

Ciemniejsza strona Greya

Papier jest cierpliwy i przyjmie każdą bzdurę – nie jest to stwierdzenie ani nowe, ani szczególnie odkrywcze. Wszystko jednak powinno mieć swoje granice, a te z dnia na dzień przesuwane są coraz dalej, osiągając czasem poziom absurdu, który budzi niedowierzanie połączone z fascynacją. Nie będę ukrywać, że fenomenem jest dla mnie sukces serii książek autorstwa E.L. James – oto kiepsko napisana historia o związku sadystycznego milionera i szarej myszki podbija serce czytelniczek na całym świecie, stając się dzisiejszą wersją opowieści o Kopciuszku. Zaskakiwać może fakt, że pierwsza część cyklu – Pięćdziesiąt twarzy Greya – sprzedała się w Wielkiej Brytanii w większej liczbie egzemplarzy niż Harry Potter i Insygnia Śmierci. Kwestią czasu było aż jakiś geniusz marketingu wpadnie na pomysł ekranizacji tak poczytnego cyklu, mając właściwie gwarancję kinowego sukcesu. Nie trzeba było mieć kryształowej kuli czy szklanki pełnej herbacianych fusów, żeby przewidzieć, że na seans ściągnie tłumy – tym większe, im premiera będzie bliżej walentynek.

Ciemniejsza strona Greya

Fenomen popularności tej serii można tłumaczyć na wiele różnych sposobów, a chyba najbliższe prawdy jest marzenie o księciu z bajki, które podobno kryje się w każdej przedstawicielce płci pięknej. Oczywiście wszystkiemu winny jest Disney ze swoimi bajkami o księżniczkach, które to historie z biegiem czasu ewoluują w nas i zostają doprawione odrobiną pikanterii. W efekcie nasz wyśniony adorator musi być nieprzyzwoicie bogatym, niesamowicie przystojnym niegrzecznym chłopcem, który ma albo jakiś mroczny sekret, albo porządną rysę na psychice. Nasz książę musi też spotkać na swojej drodze kobietę – odpowiednio przeciętną, żeby wszystkie czytelniczki mogły się z nią utożsamić – której miłość przewraca jego życie do góry nogami i motywuje go do tego, by się zmienić. Nie ma się co łudzić: sukces takiej historii jest murowany, co potwierdza ogromny zysk, jaki przyniosła ekranizacja pierwszej części. W obliczu tego głupotą byłoby wypuszczenie tej znoszącej złote jaja kury i darowanie sobie przenoszenia na kinowe ekrany kolejnych tomów serii.

Ciemniejsza strona Greya

Oto na ekrany kin weszła więc adaptacja kolejnego książki – Ciemniejsza strona Greya, zaczynająca się dokładnie tam, gdzie skończyła się część pierwsza. Grey, porzucony przez mającą dość jego dominacji i klapsów Anastasię, postanawia ją odzyskać i nie jest wielką tajemnicą, że sztuka ta udaje mu się niezwykle szybko – nasza bohaterka praktycznie po kwadransie filmu ponownie ląduje w sidłach i łóżku apodyktycznego milionera. Sielanka oczywiście nie może trwać wiecznie – widz szybko znudziłby się pościelowymi scenami – dla urozmaicenia wprowadzono zatem kilka wątków mających pobudzić akcję filmu. Mamy zatem szefa Any, który chętnie dobrałby się do niej i udowodnił, że potrafi jej dogodzić lepiej niż jej chłopak. Jest też przyjaciółka Christiana, która stara się przekonać Anastasię, że ta nie jest odpowiednią dziewczyną dla niego, no i jest jeszcze była uległa naszego milionera, która uciekła ze szpitala psychiatrycznego i stara się zniszczyć ich związek. Sporo tego, a w efekcie wszystkie te kwestie poruszone są powierzchownie i wprowadzane w ramach przerywnika pomiędzy kolejnymi scenami łóżkowymi i starciami o kontrolę, którą Grey stara się sprawować nad każdym aspektem życia swojej wybranki.

Ciemniejsza strona Greya

Ością w gardle staje mi jednak zupełnie coś innego niż miałka fabuła – największy problem mam z tym, że cała seria i jej popularność zdają się propagować coś, czego za żadne skarby nie nazwałabym zdrowym związkiem. Chorobliwie zazdrosny mężczyzna stara się kontrolować swoją partnerkę na każdym kroku? Przecież wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wcześniej kazał ją szpiegować i ma w swojej szufladzie jej akta? Nie no, nic się nie stało, to przecież zupełnie normalne zachowanie. Była dziewczyna podcięła sobie żyły na oczach jego gosposi, a potem nachodzi go w domu? Przecież przeżywała załamanie nerwowe, które na pewno nie było jego winą. Może ja mało o życiu wiem, ale zdecydowanie ociera mi się to o patologiczny związek, który należałoby zakończyć szybciej niż się zaczął i zwiewać od takiego delikwenta tam, gdzie przysłowiowy pieprz rośnie, a nawet dalej. Tym bardziej niepokoi to, że tak wiele kobiet marzy o podobnym romansie. Nie pojmuję tego fenomenu.

Ciemniejsza strona Greya

Christian, rzecz jasna, pod wpływem uczucia do Any zmienia się – problem polega na tym, że jego przemiana wewnętrzna jest mało wiarygodna, a Dornan gra miernie, zupełnie jakby zdawał sobie sprawę, że z tej roli nie wyciśnie nic więcej, a jego postać jest płytka jak brodzik dla niemowląt. Jedynym plusem jest fakt, że aktor obłędnie prezentuje się bez koszuli, co wykorzystano w filmie kilkukrotnie. Zachowując jednak obiektywizm – nie podnosi to w żaden sposób wartości produkcji. Tym bardziej, że Dakota Johnson również nie wypada w filmie dobrze – jej bohaterka jest wiecznie przestraszona, zapłakana, zaskoczona lub roznegliżowana, czasem jednocześnie udaje jej się odhaczyć dwa z tych podpunktów. Chemii między postaciami nie ma prawie wcale, a ja znowu część scen erotycznych spędziłam na analizie rozmiarów stóp Dakoty i wyczekiwaniu momentów, w których w końcu zacznie się dziać coś innego, chociażby jakaś rozmowa między bohaterami. A kiedy te wrzeszczcie następowały liczyłam chwile, gdy ci przestaną jednak mówić. Ostatecznie okazało się, że najbezpieczniej jest po prostu czekać na zakończenie filmu.

Ciemniejsza strona Greya

Scenarzysta – prywatnie mąż E.L. James – postanowił trzymać się literackiego pierwowzoru wiernie, siłą rzeczy powtarza więc głupotki, które raziły już w książce, a dałoby się je na ekranie nieco zniwelować. W efekcie dostajemy mierne dialogi wywołujące śmiech w momentach, w których nie powinny, płytkich i nijakich bohaterów oraz zero chemii między nimi. Nie mówiąc już o przeładowaniu wątkami, które mogłyby być ciekawsze, gdyby postanowiono odejść o krok od powieści i chociaż odrobinę rozwinąć je psychologicznie – zamiast tego, zamiast wprowadzać akcję, nudzą lub, jak w przypadku sceny ze spadającym helikopterem, ocierają się o poziom absurdu, który widzowi trudno jest przyswoić. Film generalnie pełen jest swoistych głupotek budzących podejrzenie, że nikt nie zadał sobie trudu, żeby spojrzeć na logiczną stronę niektórych momentów – ot, chociażby scena, w której Christian pozwala wymalować szminką granice na swoim ciele, poza którymi Ana nie może go dotknąć, później następuje przerywnik w formie balu charytatywnego, a po imprezie okazuje się, że pan Grey nie zmył z siebie szminki przed ubraniem białej koszuli. Jako przykład można też dorzucić tutaj moment, w którym Ana w scenie ubierania się na wspomnianą imprezę gania w seksownym wdzianku, którego jednak na samym balu okazuje się nie mieć pod sukienką.

Ciemniejsza strona Greya

Jedynym, co ratuje ten film, jest przyzwoita ścieżka dźwiękowa. Właściwie to ona nadaje nastrój niektórym scenom, ponieważ aktorzy i scenariusz nie potrafią sobie z tym zadaniem poradzić. Fascynuje też fakt, że produkcja bazująca na książce dla kobiet i siłą rzeczy właśnie dla nich przeznaczona, jest wręcz przeładowana kobiecą nagością, która pojawia się co chwilę. Zupełnie jakby piersi były nowością dla żeńskiej części widowni, widzianą pierwszy raz na oczy. Rozumiem, że mogło być to coś, czym twórcy chcieli osłodzić czas spędzony na filmie mężczyznom, nie wiem jednak, czy przy tak miernym poziomie filmu cokolwiek było w stanie uczynić go bardziej znośnym. Na mnie na przykład nie zadziałał Dornan w garniturze, nie pomógł nawet widok jego nagiego, umięśnionego torsu – film dalej był wybitnie słabym widowiskiem. Nie ma nawet co wspominać o scenach erotycznych i całej sadystycznej relacji, która w łóżku sprowadzała się do skrępowania, zasłonięcia oczu lub po prostu nasmarowania olejkiem. Jeśli ktoś liczył na odrobinę pikanterii, to najpewniej będzie musiał obejść się smakiem, bo film pod tym względem jest niezwykle poprawny. Co nie dziwi, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że pokazywany w różnych krajach musiał być zgodny z obowiązującymi normami prawnymi, a co dozwolone w jednym państwie, w drugim mogło już być zakazane, więc siłą rzeczy film nie mógł epatować nadmierną dozą przemocy.

Ciemniejsza strona Greya

Reasumując, film jest nijaki – nawet nie patrzy w stronę szufladki z napisem „kontrowersja”, lądując raczej w kategorii „film, który powstać zdecydowanie nie powinien”, znajdując tam tak wybitne towarzystwo jak Wiedźmin czy Ostatni władca wiatru. Momentami pojawiają się nawet wątpliwości co do tego, czy film posiada jakikolwiek scenariusz i fabułę, a takie mankamenty nie są czymś, co łatwo ukryć przed oczami widza. Inaczej rzecz się ma jeśli chodzi o niedoskonałości urody, co dobitnie pokazuje ilość pudru, podkładu i wszystkich tych mazideł, które zostały użyte, żeby przekonać widza, że wszystkie postacie są idealne i urodziwe, a na świecie nie ma osób przeciętnie ładnych czy nawet brzydkich. Jeśli chodzi o kino walentynkowe, to zdecydowanie bardziej polecam wybrać się na jakiś dobry film akcji – tym bardziej, że teraz wszedł również do kin John Wick 2, którego zdecydowanie uznaję za lepszą alternatywę na romantyczne wyjście do kina z drugą połówką. Naprawdę szczerze współczuję wszystkim panom, którzy nie mieli dość siły woli, żeby wyłgać się od wyjścia na randkę właśnie na Ciemniejszą stronę Greya.

  • kocham ten blog ale ludziska, nie opisujcie takich chlamow, to okropny film i okropna ksiazka! :/

    • Idris

      Nie byłabym sobą, gdybym czasem nie opisała chłamu – zwłaszcza tego popularnego, którego recenzji ktoś może jednak szukać. Nawet jeśli tylko po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że zdecydowanie nie warto ;).

      • No dobra, masz racje, ktoś musi 😉

  • Eremita

    Mam nadzieję że uda mi się znaleźć jakąś pozytywną recenzję tej serii. Ciekaw jestem jakie argumenty można wysunąć na jej obronę.

    • Idris

      Sądzę, że znalezienie pozytywnej recenzji nie jest szczególnie trudne – znam masę osób, dla których cykl był czymś wybitnym. Właściwie.. chyba żadna z nich nie była w stanie podać mi argumentu tłumaczącego ich zdanie, ewentualnie ja te argumenty wyparłam, bo naprawdę żadnego z nich nie pamiętam ^^”