Raczej nie jestem fanem śledzenia konkretnej serii komiksowej i bieżącego jej czytania w trakcie wydawania. Po zapoznaniu się z pierwszym zeszytem i uznaniu go za ciekawy, zwykle zapisuję dany tytuł, po czym czytam go, gdy już ukaże się w wydaniu zbiorczym. W przypadku tej serii jest jednak inaczej i kontynuuje lekturę. Choć muszę przyznać, że zaczynam mieć wątpliwość dotyczące tego, czy jest to działanie zasadne. Jeśli jesteś ciekaw „dlaczego”. Zapraszam do lektury.

Akcje drugiego zeszytu rozpoczynamy w chwili zakończenia się poprzedniego. Nie dostajemy jednak kontynuacji akcji, a rozwój statusu quo protagonistki. Choć autor znowu nie stroni od pokazywania przeszłości i przybliżania postaci bohaterki oraz jej rodziny, to zabieg ten nie umniejsza ani trochę faktu, że siostra głównej bohaterki jest tu tylko typową damą w opałach, która daje protagonistce motywacje do działania. Tempo drugiego zeszytu przez większość czasu jest powolne i skupione na ukazaniu emocjonalnych wydarzeń z przeszłości Niny, a także problemów i zmagań na tle postępującego śledztwa.

Marissa

W kontraście występuje natomiast najnowszy odcinek tej historii. Akcja na przestrzeni całego zeszytu pędzi dynamicznie, a zwalnia jedynie w trzecim akcie, by zaprezentować nam niewiele wnoszące dialogi i niepodparte niczym, nielogiczne zachowania bohaterów. Przedstawiona historia nie daje nam konkretów, a zwiększa jedynie ilość wątków. Podobne zabiegi możemy zaobserwować w twórczości Pana Bendisa, który potem wiele z nich porzuca, co negatywnie odbija się na historii. Mam nadzieję, że takiej sytuacji nie będzie tutaj, ale znając inne historie tego twórcy, można mieć takie obawy. Na samym początku wspomniałem, że mam wątpliwości dotyczące czytania każdego zeszytu w momencie premiery zamiast wydania zbiorczego. Spowodowane jest to tym, że przeglądając te komiksy do recenzji zauważyłem świetny foreshadowing stosowany przez autora oraz inne ukryte ciekawostki. Jestem ciekaw, czy może wszystkie te tajemnice i piękne dwuznaczne ujęcia połączą się ostatecznie w zaskakującą całość.

Po co takie akcje

Jak już zacząłem o dwuznacznych ujęciach… W poprzedniej recenzji wychwalałem przede wszystkim aspekt artystyczny. W tym przypadku mam jednak bardzo dużo uwag, choć wciąż pozostaje on wyśmienity. Problem w ich wymienieniu polega na tym, że samą warstwę fabularną już dosyć mocno skrytykowałem, a prawda jest taka, że te komiksy wcale nie są złe. Ba, powiedziałbym, że oba są bardzo przyjemne do czytania i miłe w odbiorze, zwłaszcza przy pierwszym spotkaniu.

Niestety nic na świecie nie jest idealne i w cudownych grafikach Jen Bartel doszukałem się niedociągnięć. Przede wszystkim w oczy rzuca się brak konsekwencji w stylu rysowniczym oraz kolorystyce. Na wielu ujęciach wbrew pozorom bardzo ze sobą podobnych, prezentujących na przykład kadr portretu, możemy zauważyć całkowicie inaczej narysowaną twarz. Przejawia się to w elementach takich jak ilość szczegółów, ale także choćby w samej mimice i jej ogólnym wyglądzie. Na jednej planszy widzimy bohaterkę z dużą ilością piegów, szczegółowo narysowanych rzęsach, gdzie dwie strony wcześniej postać zaprezentowana jest z twarzą całkowicie pozbawioną szczegółów.

Jest to jednak coś, co możemy całkowicie wybaczyć, natomiast niedopuszczalną rzeczą jest to, co się dzieje w kolorach między różnymi kadrami. Oczywiście rozumiem, że gra światła i jego pozycja wpływa bardzo na odcień skóry, ale nie do poziomu, że na jednej stronie bohaterka jest żółta i nie, nie chodzi tu o rasistowskie określenie Azjaty, tylko postać jest dosłownie narysowana na jasno żółto, wręcz promieniująco. Natomiast na innej planszy z jasnopłowej, którą chyba możemy przyjąć jako punkt równowagi, przechodzi do ciemnej karnacji.

Różnica styli

Opisana rozbieżność występuje w ramach jednego zeszytu i niestety możemy ją zauważyć także w kolejnym oraz między nimi. Napisałem wcześniej, że mimo tych wszystkich wad, komiks jest dobry i atrakcyjny wizualnie. Jest to prawda, a to, co teraz opiszę, uważam za najmocniejszy punkt drugiego zeszytu. Sztuczka ta bardzo często wykorzystywana jest w filmach, choć w przypadku komiksów również spotkałem się z nią kilka razy. Na pewnej planszy przenosimy się do wydarzenia z przeszłości głównej bohaterki, które zaczyna się bardzo pozytywnie, ale z postępem akcji pojawiają się tam negatywne postacie i zdarzenia. Całość sytuacji i jej wydźwięk nadawane są przez piękną kompozycję ciepłych kolorów w kontraście do odcieni szarości. Ten dysonans kolorów podkreśla skrajną różnorodność ukazywanych emocji. Nie chcę wchodzić w szczegóły, by nie zdradzać fabuły, bo jest to coś, co trzeba zobaczyć samemu.

Trudno pisać recenzje dalszych zeszytów konkretnej serii, by nie powtarzać zalet wymienionych poprzednio, a zarazem nie zniechęcić czytelnika, wymieniając zauważone wady. Czułem, że poległem w tym aspekcie i przedstawiłem dzieło dużo gorzej, niż w rzeczywistości wypada. Komiks ma swoje wady, ale jest to zdecydowanie seria, którą warto przeczytać, a nawet do niej wracać.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Blackbird
Wydawnictwo: Image Comics
Autorzy: Sam Humphries, Jen Bartel
Typ: komiks
Data premiery: 2018
Liczba stron: 55

Dodaj komentarz

avatar