Synchronizacja niekompletna – recenzja filmu Assassin’s Creed

Assassin’s Creed

Hollywood już od ponad dwudziestu lat próbuje ugryźć temat adaptacji gier komputerowych, ale jak dotąd bez większych sukcesów. Ubisoft już wcześniej sprzedawał prawa do ekranizowania swoich gier innym – adaptację Prince of Persia zrealizował Disney, więc dzięki dużemu producentowi i potężnej machinie promocyjnej jako tako się obronił w kinach, a prawa do Far Cry sprzedano Uwemu Bollowi, który stworzył podrzędne kino sensacyjne. Francuski gigant wyszedł chyba z założenia, że sam zrobi lepiej, utworzył więc studio filmowe, dzięki czemu ma we własnym zakresie produkować filmy i mieć nad nimi dużą kontrolę artystyczną, a przy okazji czerpać z nich pieniądze. Na pierwszy ogień poszedł Assassin’s Creed, czyli najbardziej dochodowa marka studia, ale już teraz widać, że Francuzi sparzyli się na całym przedsięwzięciu jeszcze mocniej, niż Blizzard na Warcraft: Początku.

Wydaje mi się, że nie ma sensu zarysowywać tutaj fabuły, ponieważ każdy zainteresowany wie, o co chodzi – templariusze z Abstergo porywają asasyna Calluma Lyncha, wsadzają go do animusa i poprzez odtwarzanie wspomnień jego przodka – Aguilara – chcą dorwać Rajskie Jabłko. Takie jakby znajome, prawda? Dla fana serii fabuła nie będzie więc raczej prezentowała jakiejś szczególnej wartości, scenarzyści filmu jadą bowiem na tym samym schemacie, co od paru lat scenarzyści gier. Ba, filmowa wersja może być dla fana nawet nudna, ponieważ postaci obowiązkowo muszą zająć „czas antenowy” na tłumaczenie, czym jest animus, efekt krwawienia czy próbę zarysowania konfliktu pomiędzy asasynami a templariuszami osobom, które nie miały wcześniej styczności z grami. Także wątek „wspomnieniowy”, rozgrywający się pod koniec XV wieku w Hiszpanii, pod względem fabularnym nie robi jakiegoś szczególnego wrażenia, będąc serią przerywników mających urozmaicić wydarzenia we współczesności. Takie rozłożenie proporcji sprawia, że chociaż wykosztowano się na Fassbendera, Cotillard czy Ironsa, tak w zasadzie nie mogą oni w pełni rozwinąć skrzydeł, bo są ograniczani przez nudne gadki-szmatki. Spośród aktorów na plus wybija się jedynie Fassbender, któremu trafiło się więcej interesujących scen – nie tylko jako Aguilar, ale też jako Lynch świrujący przez efekt krwawienia.

Nie pamiętam, czy wspominałem już o tym przy okazji recenzowania jakiejś produkcji z uniwersum Assassin’s Creed, ale w grach z serii zawsze najbardziej lubiłem „retrospekcje”, sceny rozgrywające się we współczesności traktując jako niepotrzebną zapchajdziurę, która jedynie odrywa od „mięska”. Film niestety podąża tą niewłaściwą ścieżką, koncentrując się głównie na współczesności i Abstergo, co prawdopodobnie miało na celu zmniejszenie budżetu. Film i tak kosztował sto dwadzieścia pięć milionów dolarów, a osadzenie go w całości w czasach hiszpańskiej Inkwizycji prawdopodobnie zwiększyłoby koszty do dwustu milionów. A to właśnie sekwencje osadzone w XV wieku, mimo miałkiej i poszatkowanej fabuły, są w tym filmie najlepsze i najciekawsze – gdyby produkcja koncentrowała się właśnie na nich, całość miałaby potencjał na bycie przyzwoitym kinem przygodowo-awanturniczym. Scenarzyści podjęli jednak taką, a nie inną decyzję, co niestety bardzo mocno obniżyło potencjał Assassin’s Creed. Film miał być wprawką przed następnymi częściami, które zaczęto planować jeszcze przed premierą, licząc zapewne na to, że produkcja na siebie zarobi i może w kontynuacji więcej czasu spędzimy w przeszłości, ale w tym momencie szanse na to wydają się mierne, bo film okazał się finansową klapą¹.

Jedno, czego filmowi nie można odmówić, to rozmach, ale – ponownie – tylko w scenach piętnastowiecznych. Te współczesne rozgrywają się prawie tylko i wyłącznie w szaroburym laboratorium Abstergo, ale przenosząc się do Hiszpanii, reżyser rozwija skrzydła. Jeżeli mieliście styczność z jego Makbetem i spodobał Wam się styl tego filmu, to Assassin’s Creed prawdopodobnie również kupicie w lot. Kurzel z rozmiłowaniem serwuje widzowi panoramy, szerokie kadry, sceny z tłumami statystów czy z lotu ptaka, co okraszone ciężką (nie mylić z metalową) muzyką robi naprawdę piorunujące wrażenie. Dodatkowo Kurzel postawił na dość „nerwowy” montaż – wiele krótkich ujęć składających się na scenę, nietypowe kadry, w nielicznych sytuacjach nawet na sekundowe wstawki pierwszoosobowe. Może wydawać się to chaotyczne, ale jak dla mnie sprawdza się całkiem nieźle i podkreśla dynamizm scen. Szkoda tylko, że gdy akcja zaczyna się w nich rozkręcać, scenarzyści sprowadzają widza na ziemię i wracają do współczesności.

Assassin’s Creed

Assassin’s Creed spodoba się fanom gier również ze względu na to, że mimo wszystko jest to produkcja zrobiona z myślą o nich. Film zawiera wszystko to, co kojarzymy z serią – asasynów, templariuszy, ukryte ostrza, skoki wiary, animusa itd. – ale też różne ukryte smaczki i nawiązania do gier, jak chociażby do pojawiających się w nich postaci. Największą zmianą jest sam animus, który z „kozetki” zamienił się w mechaniczne ramię, w którym Callum wykonuje te same ewolucje, co jego przodek w odtwarzanych wspomnieniach. Nie jest to pomysł zły i sprawdza się w filmie, ale fajnie by było, gdyby wybornych scen piętnastowiecznych nie przerywano durnymi wstawkami we współczesności, w których trzymany przez ramię Lynch zabija fantomowych templariuszy. No i gdyby Kurzel nie pokazywał przy każdej możliwej okazji lecącego orła, tym bardziej, że film jakoś nie kwapił się z wyjaśnieniem osobom nieznających gier, co ten orzeł tak w zasadzie symbolizuje. Dobrą zmianą względem elektronicznych odpowiedników jest też to, że w „retrospekcjach” bohaterowie używają języka hiszpańskiego, a nie – jak w grach – mówią po angielsku z idiotycznym akcentem, wplatając pojedyncze słowa z obcych języków.

Chociaż profesjonalni krytycy filmowi nie pozostawili na Assassin’s Creed suchej nitki, to jednak nie przejmowałem się zbytnio ich ocenami, bo z doświadczenia wiem, że większość z nich jest dość uprzedzona do adaptacji gier. Wbrew ich opiniom, Ubisoft wysmażył film, który naprawdę ma szansę spodobać się fanom serii – te około trzydzieści minut, kiedy przenosimy się do Hiszpanii, to dokładnie taka filmowa adaptacja Assassin’s Creed, jaką sobie wyobrażałem. Całość psuje jednak to, że większość czasu spędzimy w nudnej współczesności, gdzie scenarzyści poprzez miałką i nudną fabułę starają się stworzyć podwaliny pod filmową serię, która prawdopodobnie nie dojdzie do skutku. Gdyby odwrócono proporcje pomiędzy współczesnością a wspomnieniami, ocena prawdopodobnie byłaby o półtora oczka wyższa. Assassin’s Creed moim zdaniem mimo wszystko jednak warto zobaczyć na wielkim ekranie dla tej półgodziny spędzonej w piętnastowiecznej Hiszpanii, bo niektóre sceny, będące audiowizualnymi majstersztykami, po prostu wyrzucają z kapci i wpływają na bardzo mocne naciągnięcie ostatecznej oceny.

Assassin’s Creed

¹ Producenci nie otrzymują całości ze sprzedaży biletów, a jedynie około połowy albo nawet mniej. Jeżeli film kosztował 125 milionów dolarów (plus dodatkowe miliony na marketing i promocję), to dopiero przy przychodach rzędu 250 mln zwróci koszty produkcji. Przy czym nie wiadomo, jakie dokładnie umowy zawarł Ubisoft, więc możliwe, że film mimo wszystko mu się opłacił.

Jacek „Pottero” Stankiewicz

Jak przystało na reprezentanta rocznika 1987, jestem zgrzybiałym dziadziusiem, który doskonale pamięta szczękopady, jakie wywoływały pierwsze kontakty z Doomem, a potem Quakiem i Unreal Tournament. Zapalony gracz z ponaddwudziestoletnim doświadczeniem, z uwielbieniem pochłaniający przede wszystkim gry akcji, shootery i niektóre RPG. Namiętny oglądacz filmów i seriali, miłośnik Tarantina, Moodyssona i Tromy, w wolnej chwili pochłaniacz książek i słuchowisk, interesujący się wszystkim, co wyda mu się warte uwagi. Dla rozrywki publikujący gdzie się da, w tym m.in. Filmwebie, altao.pl czy czasopismach branżowych. Administrator Dragon Age Polskiej Wiki.
  • Magda

    Mi się ostatecznie film tak średnio podobał. Myślałam że bardziej się skupią na przeszłości a nie na teraźniejszości gdzie postacie byli plytcy, bez jakikolwiek emocji. Takie puste. Jedynie fabuła moim zdaniem została dobrze przedstawiona ale bohaterowie nic nie wnieśli do opowieści, nie wczulam się w ich postacie i się wynudziłam

  • Nie widziałem jeszcze filmu. Fakt, że tak mały ułamek przedstawionej historii rozgrywa się “we wspomnieniach” to dla mnie fatalna wiadomość. Przecież to właśnie powinno być serce filmu, a nie dodatek doń. Rozczarowujące.

  • Zgadam się z recenzją. Scen we współczesności było zdecydowanie za dużo, a wątek z przeszłości był bardzo ubogi. Mogli rozegrać to dużo lepiej. Niemniej jednak i tak świetnie się bawiłem podczas oglądania.