1

Po wielu miesiącach wyczekiwania nareszcie nadeszło widowisko, które miało rzucić rękawicę disneyowskiemu Marvel Cinematic Universe i stać się zaczątkiem filmowego uniwersum tworzonego przez Warner Bros. Zwiastuny nastrajały bardzo optymistycznie, tym bardziej, że – chociaż to chyba rzadkie – jestem wielkim fanem stylistyki Zacka Snydera. Uwielbiam go za Watchmen: Strażników, jak dotąd najlepszą adaptację komiksu w historii, a nawet zmieszane z błotem Sucker Punch uważam za perełkę pod względem audiowizualnym i mieszania stylów. Chociaż jego Człowiek ze stali okazał się tylko poprawnym widowiskiem, liczyłem, że Batman v Superman: Świt sprawiedliwości da mi wielkiego kopa i sprawi, że nie będę mógł się doczekać kolejnych filmów z DC Extended Universe.

Rzeczą, która najbardziej daje się we znaki w tym filmie, jest chyba chaos. Niby miała to być rzecz o konfrontacji dwóch bodaj największych ikon amerykańskiej popkultury, ale ten akurat element jest zrealizowany kiepsko – Wayne ma żal do Supermana za to, że kiedy ten ratował Metropolis przed Zodem, zginęło wielu ludzi, w tym pracownicy jego firmy. Wayne robi więc zbolałe miny i zionie nienawiścią do ubóstwianego przez Amerykanów nadczłowieka. Temu z kolei nie podoba się to, że w Gotham Batman bezprawnie wymierza sprawiedliwość, nie zauważając tego, że coraz więcej ludzi podobnie jak on odbiera jego działalność. Panowie konfrontują się ze sobą jednak dopiero wtedy, kiedy zostają w to wmanewrowani, piorą się po mordach może przez dwie minuty i na tym koniec całego „versus”. Raczej nie takiej konfrontacji ikon spodziewali się widzowie, tym bardziej, że właśnie na nią nastawiały wszystkie zwiastuny i przedpremierowe akcje. Scenarzyści pogubili się, próbując zmieścić w tym filmie wszystko – punkt widzenia dwójki bohaterów i ich bliskich, politykę, filozofię, zbędne koszmary i retrospekcje Bruce’a (mamy nawet dwie dokładnie te same!), a przy okazji jeszcze uczynić z tego jakieś podwaliny pod Justice League. Nagromadzenie tego wszystkiego sprawia, że dostaliśmy przydługie i przegadane widowisko, które nazbyt często nudzi, a wątki przyczynowo-skutkowe gubią się albo, w najlepszym razie, wiszą smętnie na jednej nitce.

1

Taki natłok wątków wpływa negatywnie również na samych bohaterów. Wonder Woman dostaje w filmie z pięć minut, pozostali członkowie Ligi Sprawiedliwych pojawiają się na kilkanaście sekund i raczej wszystkie te postaci tylko skonfundują widzów, którzy nie znają komiksów DC. Bruce poprowadzony został tak, że z inteligentnego człowieka zmienia się w opanowanego żądzą zemsty wariata, a Superman… ten głównie przeżywa ból egzystencjalny, bo niektórzy go nie lubią i chcą go nadzorować, a dodatkowo nikt nie interesuje się samosądami Batmana. Najciekawszą postacią w całym widowisku mógłby być Lex Luthor – inteligentny, demoniczny, rzucający cytatami z Lolity Nabokova – ale i jego postać w natłoku meandrów scenariusza nie mogła w pełni rozwinąć skrzydeł.

1

Warto jednak docenić to, że mimo tych wszystkich wymienionych wyżej niedociągnięć, Batman v Superman jest stały i konsekwentny – twórcy od początku do końca podążają kierunkiem, jaki obrali na etapie planowania scenariusza. To nie jest kolorowa i humorystyczna opowiastka rodem z Marvela, w której bohaterowie chwilę się pokłócą, a potem radośnie idą kopać tyłki przeciwnikom, rzucając przy tym co chwilę zabawnymi bon motami i one-linerami. Batman nie jest już tym komiksowym herosem, który nigdy nie zabija, bliżej mu do zmęczonej życiem inkarnacji tego bohatera z Powrotu Mrocznego Rycerza Franka Millera – nie jest już młody, a lata walki z przestępczością sprawiły, że zaczął tracić wiarę w ludzi. Uznał, że w celu zapewnienia miastu bezpieczeństwa należy podejmować wszelkie możliwe środki, nawet jeżeli oznacza to skazanie kogoś na śmierć. Superman z kolei przestaje być postrzegany jako wzór cnót i jedyna nadzieja ludzkości, coraz więcej osób krytykuje jego samosądy i niepodporządkowywanie się żadnej władzy, co prowadzi do kolejnych ofiar – nawet jeśli Superman nie ma krwi na rękach bezpośrednio, to jego działania i tak pociągają za sobą śmierć. Twórcy poszli więc tutaj w kierunku demitologizowania ikon, co jest zdecydowanie dobrym zabiegiem.

1

Film nie zawodzi jednak pod względem technicznym. Chociaż jak na produkcję kosztującą ćwierć miliarda dolarów, która – przynajmniej według zapowiedzi – miała być wielką rozwałką z udziałem dwóch superbohaterów, akcji jest w nim zdecydowanie za mało, to wizualnie i tak jest miły dla zmysłów. Batcave robi wrażenie, podobnie jak kostium Batmana i batmobil, rzadkie sceny demolki są wyborne i cieszą oko. Tak samo cieszyć mogą – w zależności od tego, co kto lubi – Cavill chodzący w samych bokserkach albo kąpiąca się Adams, kadrowana tak „niesfornie”, na ile tylko pozwalała kategoria wiekowa PG-13. Hans Zimmer po raz kolejny stanął na wysokości zadania i wspólnie z Junkiem XL stworzyli świetną ścieżkę dźwiękową. Nie można również przyczepić się obsady, chociaż – prawdę powiedziawszy – po tym filmie nie do końca kupuję jeszcze Bena Afflecka jako Batmana. Mam jednak zaufanie do niego jako aktora i reżysera, więc prawdopodobnie przekona mnie do siebie w solowym filmie o tej postaci, który będzie reżyserował. Lekko drewniany Henry Cavill nadal jest jednak świetny jako Superman i nie wyobrażam sobie innego aktora pod tę postać, tak jak nie wyobrażam sobie nikogo poza Andrew Garfieldem jako Spider-Mana. Najlepszymi decyzjami obsadowymi dla nowych postaci byli Jeremy Irons jako Alfred i Jesse Eisenberg jako Luthor, dlatego żałuję, że w całej tej produkcji nie dostali tyle czasu, żeby mogli w pełni się wykazać. O ile jeszcze Luthor jest postacią drugoplanową, o tyle Alfred pojawia się tylko kilka razy jako tło.

1

Wmanewrowany zostałem w oglądanie wersji z dubbingiem, czego za wszelką cenę chciałem uniknąć, znając dokonania odpowiedzialnego za polską wersję studio Sonica, mającego na koncie takie dubbingowe popłuczyny jak Fantastyczna Czwórka z 2005 roku czy Mów mi Dave, jak również reżysera Leszka Zdunia, który jak dotąd wsławił się jedynie zmasakrowaniem Exodusu: Bogów i królów. Tak jak można było się spodziewać, polska wersja jest żenująco beznadziejna. Już pierwsza scena, w której słyszymy z offu głos Bruce’a Wayne’a, wzbudziła w wielu widzach śmiech, ponieważ usłyszeli wtedy Geralta z Rivii – gdyby Jacek Rozenek nie grał głosem wiedźmina, być może Batmana jeszcze dałoby się uratować. Śmiech towarzyszył widzom również kiedy po raz pierwszy przemówiła Lois, której polski głos kompletnie nie pasował do aktorki i postaci. Dubbing jest tragiczny pod względem doboru głosów, najgorzej prezentują się wszelakie głosy tła, brzmiące jakby wprost wyciągnięte z dubbingu do kreskówki, a jedyną osobą, która jako tako się obroniła, jest dubbingujący Leksa Luthora Krzysztof Szczepaniak, chociaż i jemu sporo brakuje do ideału. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniają dialogi Jakuba Wecsilego – tego, który w Mrocznym świecie wsadził Thorowi w usta „Zatkało kakao?” Przez lata niewiele się nauczył i jego „żarciki” dalej są subtelne i zabawne jak cios kijem baseballowym w głowę, czego najlepszy przykład to głośno komentowana już scena, w której Batman na pytanie, czy zna Wonder Woman, odpowiada: „Ta, to moja stara” (w oryginale: „I thought she’s with you”). Jeżeli nie musicie, za nic na świecie nie idźcie na wersję z dubbingiem, bo jest ona poniżej wszelkiej krytyki.

1

Po zwiastunach i akcjach marketingowych spodziewałem się znakomitego widowiska, które będzie mogło konkurować z uniwersum Marvela, otrzymałem jednak film niesatysfakcjonujący. Na plus zdecydowanie wychodzi mu to, że idzie w zgoła odmiennym niż Disney kierunku, stawiając na mroczny i poważny klimat, aniżeli humor i feerię barw. Scenarzyści potknęli się jednak o sznurówki, próbując upchnąć w tym filmie zbyt wiele, przez co wszystkie wątki zostają potraktowane po macoszemu, pojawiając się i znikając. Fabuła jest chaotyczna, a sceny nierzadko zbyt długie, przez co podczas seansu nazbyt często odczuwa się znużenie. Chociaż przeciętny widz może poczuć się przytłoczony nadmiarem wątków, miłośnicy komiksów DC prawdopodobnie docenią jednak smaczki, którymi zewsząd atakuje film. Mimo że pod wieloma względami formalnymi Batman v Superman nie domaga, jako wprowadzenie do Justice League może się spodobać, nawet jeżeli zawodzi jako opowieść o konfrontacji facetów zakładających majtki na spodnie.

Ocena: 6.5/10

Plusy
+ oprawa wizualna
+ muzyka
+ aktorzy, zwłaszcza Cavill i Irons
+ mroczny ton i demitologizowanie bohaterów

Plusy
– przydługi i miejscami nudnawy
– chaotyczny scenariusz
– natłok wątków
– tragiczny i żałosny polski dubbing

Autor: Pottero

Dodaj komentarz

avatar