Fenomenalny czy banalny? Nie Tylko Gry o filmie Blade Runner 2049

Blade Runner 2049 cover

Wyczekiwana (przez jednych z niepokojem, przez innych z nadzieją) kontynuacja Łowcy androidów z 1982 odbiła się szerokim echem wśród publiczności; to na pewno jeden z najważniejszych filmów roku 2017. Obok tego obrazu widz (również niebędący fanem oryginalnego Blade Runnera) na pewno nie może przejść obojętnie. Czy udało się dorównać pierwowzorowi? Jak Ryan Gosling sprawdza się jako następca Harrisona Forda? Kto jest najbardziej irytującą postacią? Co się udało, a co nie wypaliło? Blade Runner 2049 na pewno budzi emocje i skłania do dyskusji – dlatego też wypowiedzieliśmy się o nim w kilka osób. Poznajcie opinie naszych recenzentów.

Fushikoma

Jestem zachwycona estetyką tego filmu. Zdjęcia są absolutnie piękne, i te pokazujące znane z Łowcy androidów wielkie miasto pełne hologramów i neonów, i zardzewiałe śmietnisko, ale przede wszystkim żółtą kurzawę i pogrążone w niej muzeum minionego luksusu. Bohaterowie wyglądają świetnie, kostiumy trochę czerpią ze współczesnej mody i stylu postapo, a z drugiej strony są autorskie, i za chwilę zobaczymy ich echa na wybiegach i ulicach. Nie chcę i nie mam jak przyczepić się do warstwy wizualnej Blade Runnera 2049.

No ale. Coś jest w nim nie tak ze strukturą i fabułą. Początek filmu jest chłodny, skłania do myślenia, mamy szerokie kadry jak z Tarkowskiego i milczącego bohatera. Do tego (w scenie tekstu K po wykonanym zadaniu) słyszymy porządną poezję – fragmenty Bladego ognia Nabokova. Potem idziemy w rozważanie nad wspomnieniami: prawdziwe, czy fałszywe? Moje, czy cudze? To bardzo dickowskie. Byłam zachwycona. Aż nagle, mniej więcej z pojawieniem się pierwszej antagonistki, coś się popsuło. Jakby reżyser znudził się filozofowaniem, albo dostał ultimatum z działu finansowego: sex and violence sells, chłopie. Aktorzy robią, co mogą, ale ich postaci stają się płaskie. Mroczne kino staje się naparzanką z umiarkowanym uzasadnieniem. A najgorsze, że szykuje się rewolucyjna trzecia część, 2050 lub chwilę później, w której będzie o dążeniu do wolności – pojętej bardzo biologicznie i czyniącej sporą część populacji jej zakładnikami. Co nie zostało poddane żadnej refleksji. Przez to wszystko zupełnie oderwałam się od filmu, nie był już dla mnie wiarygodny ani fabularnie, ani emocjonalnie. I teraz mi smutno, bo naciągnięto mnie na głębię, a pokazano półprodukt.

Deneve

Osobiście nie lubiłam pierwszego Łowcy androidów. Niespecjalnie kupuje mnie stylistyka charakterystyczna dla filmów z tamtych lat, ale z sympatii do Harrisona Forda obejrzałam go przed seansem sequelu. Z jakiegoś powodu (trudno powiedzieć, czemu) i tak wsiadłam do hype trainu, nawet jeśli niespecjalnie przepadam za Ryanem Goslingiem, a pierwsza część mnie nie porwała.

Blade Runner 2049 tree

Mój hype train na szczęście się nie wykoleił – na seansie, mimo że był dość długi, bawiłam się świetnie, w ogóle nie czując jego czasowej objętości. Fabuła, co najważniejsze, wydaje mi się spójna i przemyślana. Nie jest to film przepełniony wartką akcją, jednak, chwała mu za to, nie nudzi. Denis Villeneuve świetnie odnalazł się w kreacji nowego Łowcy androidów, świetnie wodząc widza za nos i sprawiając, że do samego końca nie przewidzieliśmy czającego się tuż za rogiem plot twistu. Film świetnie łączy w sobie kilka wątków, zgrabnie podrzucając nam kolejne niejasności, które rozwiązuje z czasem, by poprowadzić nas do zakończenia, a tym samym rozwikłania całego problemu.

Generalnie nie przepadam za grą Goslinga – ale do tej roli wydaje mi się odpowiedni. Sądzę, że Villeneuve z zamierzeniem stworzył tak chłodną postać jak K i Ryan świetnie się w niej odnalazł (choć z czasem można go uznać za nieco drętwego), później ewoluując, by odkryć w swojej postaci emocje, marzenia i nadzieje, a na końcu… no właśnie, bez spoilerów!

Jeśli chodzi o Forda: nie ma co ukrywać, zdziadział, ale nadal potrafi dość mocno przywalić, choć w zasadzie prezentuje ciągle ten sam zestaw min. Poza tym jego gra zupełnie nie przypomina już Deckarda z pierwszej części. Czy możemy to zrzucić na barki tego, że Deckard przeszedł tyle, że miał prawo stać się zgorzkniały? Trudno powiedzieć.

Kupuje mnie również odświeżona estetyka tego filmu – niby nawiązuje do stylistyki filmów lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, ale jest w niej coś takiego, że łatwiej mi się w tym wszystkim odnaleźć. Kolory są bardzo żywe, całość jest jaśniejsza w porównaniu do poprzednika. Zrezygnowano też z całej tej kiczowatej otoczki i dzięki współczesnej technologii faktycznie mamy wrażenie, że film pokazuje fragmenty niezbyt optymistycznej wizji przyszłości. Nie czuje się przy tym głębokiego politowania na widok malutkich telewizorków, które były w Łowcy androidów za niejaką wizją nowoczesności, a które współcześnie można co najwyżej wyśmiać. A! I ścieżka dźwiękowa. Jest świetna.

Martinez

Jako turbo-psycho-fan pierwszego Blade Runnera do wersji z roku 2049 podchodziłem jak pies do jeża – bo nie da się doścignąć arcydzieła. Niemniej w moim geekowskim sercu tlił się blady płomień nadziei, że jednak Scott i spółka nie schrzanią tego tak, jak Obcego. Starałem się nie myśleć o tym, że w dzisiejszych czasach najlepsze fragmenty filmów (a nawet zaskakujące zwroty akcji) trafiają do trailerów, ani o tym, jak hollywoodzka blockbusteroza dosięgła mitycznego Ghost in the Shell. Po obejrzeniu trzech etiud wprowadzających w film Villeneuve’a zasiadłem w kinowym fotelu i…

Blade Runner 2049 spinner

Najpierw uderzyły mnie obrazy. Monumentalne i zarazem melancholijne pejzaże rozpadającego się świata, w którym przez ostatnie 30 lat wymarły nie tylko niemal wszystkie zwierzęta, ale też rośliny, zaś rozwarstwione, wieloetniczne społeczeństwo ciśnie się w szklano-betonowych dżunglach. Te „wspomnienia z przyszłości” są równie sugestywne jak w przypadku oryginalnego filmu, a wiele kadrów nadaje się do oprawienia w ramkę i powieszenia nad łóżkiem (szczególnie sceny w pomarańczowej mgle, przelot spinnera nad zadaszonym miastem, a także wnętrza budynku korporacji Wallace’a). Scenografowie, kostiumolodzy i rekwizytorzy uczynili ten świat sugestywnym i wiarygodnym. Doskonale wyjaśnione jest „technologiczne opóźnienie” uniwersum filmowego względem naszego świata – w roku 2022 replikanci dokonali zamachu terrorystycznego, niszcząc ludzką wiedzę, zapisaną w cyfrowej postaci. Zdjęciom towarzyszy mocna ścieżka dźwiękowa, która w połączeniu z obrazem wywoływała u mnie ciarki. Przyznam, że Zimmer jest imitatorem doskonałym ― podrabia i Vangelisa z klasycznego soundtracku, i Johannsona, którego w ostatniej chwili zastąpił na stołku kompozytora.

Opowieść nadal utrzymana jest w duchu tech-noiru i mocno eksploatuje wątki z pierwowzoru, dlatego wydaje mi się, że dla osób niezaznajomionych z filmem Scotta całość może być nie do końca zrozumiała. Twórcy często mrugają okiem do fanów ― a to komponując kadry tak, jak w oryginale, a to przywołując drugoplanową postać z roku 2019, a to przemycając w muzyce kilka dźwięków od Vangelisa. Elementy wymyślone na potrzeby kontynuacji wydawały mi się niekiedy nieco płaskie i uproszczone, ale i tutaj trafiają się smaczki – jak choćby postać przedsiębiorcy korzystającego z niewolniczej pracy dzieci, który paraduje w płaszczu rodem z Olivera Twista. Cieszy mnie, że w filmie właściwie nie ma scen akcji czy walki (trochę wybuchów jest, ale bez kluczowego znaczenia dla fabuły), a główny bohater pracuje raczej głową.

Blade Runner 2049 bar

Agent K w interpretacji Goslinga to godny następca Ricka Deckarda, jeszcze bardziej wyobcowany społecznie i samotny ― milkliwy i zamknięty w sobie, doskonale sprawdza się w roli postchandlerowskiego detektywa odzianego w syntetyczny prochowiec. Towarzysząca mu Ana de Armas jako Joi jest śliczna i naiwna – doskonale pasuje do funkcji, jaką ma spełniać ― tym większe wrażenie robi scena z ostatniego aktu, gdzie okazuje się, że światem i ludźmi rządzą pozory i zawiedzione nadzieje. Deckard Harrisona Forda jest zaś znudzonym, zgryźliwym twardzielem (zupełnie jak w prawdziwym życiu). Boli mnie trochę, że postaci kobiece, mimo że liczne, są stereotypowe: porucznik Joshi (Robin Wright) to służbistka, Luv (Sylvia Hoeks) ― psychopatka, Mariette (Mackenzie Davis) ― dziwka o złotym sercu, Dr Ana Stelline (Carla Juri) ― eteryczna marzycielka (ale przynajmniej duchowa spadkobierczyni JF Sebastiana). Nie ma za to femme fatale, takiej jak Rachel z oryginalnego obrazu; sądzę, iż ten brak jest zamierzony i wymowny. Żadna z postaci nie irytowała mnie jednak tak bardzo, jak Niander Wallace, grany przez Jareda Leto – ilekroć ten facet z kompleksem mesjasza pojawiał się na ekranie, miałem nadzieję, że ktoś rozwali mu łeb.

W pewnym momencie projekcji pomyślałem pod adresem twórców: „doszliście tak daleko, nie spieprzcie tego”. Dostałem potem, najlepszy moim zdaniem, kameralny fragment filmu, rozgrywający się w opustoszałym centrum rozrywki, rozpisany na dwie role – Deckarda oraz K (z gościnnym udziałem psa i Elvisa). Cieszę się, że nie muszę wymazywać z pamięci tego seansu i mogę już mówić o filmowej dylogii. W pierwszym Blade Runnerze replikanci pragnęli życia i wspomnień, które się na nie składają; w sequelu – poszukują celu i sensu swej egzystencji. Życzę im, by w trzeciej części stali się wolni.

Idris

Przyznam szczerze, że czasem naprawdę mam poczucie, że żyję pod jakimś kamieniem i spora część klasyki filmowej (i nie tylko) po prostu omija mnie szerokim łukiem. Przynajmniej tak było z Łowcą androidów, który faktycznie znajdował się na mojej liście filmów, które koniecznie muszę zobaczyć (no dobra, tak naprawdę to wciąż na niej jest), jednak… zawsze znalazło się coś o wiele pilniejszego, co wymagało obejrzenia już, teraz, zaraz. Zaś z racji tego, że podobno nieznajomość prequelu nie miała przeszkadzać w zrozumieniu Blade Runnera 2049 i cieszenia się seansem – postanowiłam wybrać się do kina bez wcześniejszego zapoznania z Łowcą i po prostu zobaczyć jak to będzie.

Blade Runner 2049 Jared Leto

Siłą rzeczy, trudno powiedzieć, bym miała jakieś konkretne oczekiwania względem tej produkcji – zgodnie z opiniami miała być „zapierająca dech w piersi”, „fenomenalna” i opisana jeszcze kilkoma innymi przymiotnikami. Wszystkie, oczywiście, w samych superlatywach, żebym nie miała wątpliwości, że naprawdę warto. No i miał grać Ford, najwidoczniej mający w planach powrót do każdej franczyzy, w której kiedyś wystąpił. Muszę przyznać, że zapowiadała się przede wszystkim ambitna produkcja, która wgniecie mnie w kinowy fotel i zostawi osłupiałą od nadmiaru wrażeń.

Pierwsze minuty podsycały te nadzieje jak oliwa dolewana do ognia, pozwalając marzyć, że oto jestem świadkiem historii, oto powstaje nowa jakość kina, a ja mogę na to patrzeć, by w przyszłości opowiedzieć o tym momencie wnukom – fenomenalna warstwa wizualna, idąca w parze ze świetną ścieżką dźwiękową (chociaż, odsłuchanie jej w oderwaniu od filmu nie było już dla mnie tak przejmującym doznaniem), do tego oszczędna gra aktorska, zaprezentowana nam przez Goslinga (na marginesie, świetnie pasująca do zaserwowanego nam klimatu). Całość zapowiadała się jak wykwintne danie przyrządzone przez najlepszego szefa kuchni, dbającego o każdy, nawet najmniejszy szczegół… i któremu zdarzyła się rzecz niesłychana, zapomniał bowiem o jednej niezwykle istotnej rzeczy. O niektórych przyprawach.

Blade Runner 2049 desert

Największym problemem, jaki mam z tą konkretną produkcją, jest jej… fabuła. Nie przekonała mnie, w moim odczuciu ocierając się o banał, łasząc się o oczywistość. Przewidywalność kolejnych scen wybijała mnie z rytmu, wywołując ciche parsknięcia (film nie pokrył się z moimi wróżbami tylko raz, w chwili, gdy wyjaśnia się kwestia pewnego cudu, a i to tylko dlatego, że mając do wyboru jedno z dwóch rozwiązań… poszłam tym bardziej naiwnym tropem). W efekcie trudno było wczuć się w to wszystko, zanurzyć w tym świecie po sam czubek głowy i przejąć losami bohaterów. Nie oszczędzono też grubych nici, które w kilku miejscach rzucały się w oczy (jakoś nie dotarło do mnie jak to się stało, że K zaczął kłamać i przestał być posłuszny, chociaż nowe androidy miały się cechować bezwzględnym posłuszeństwem).

Przyznam jednak, że dawno nie poczułam po seansie takiej potrzeby rozmowy o filmie i wymiany wrażeniami, które we mnie wzbudził. To naprawdę jest ogromny plus tej produkcji, skłoniła mnie bowiem do głębszych refleksji i przemyślenia tego, co zobaczyłam na wielkim ekranie. Świetnie oglądało się sceny, w których jak na dłoni widać było stosunek społeczeństwa do replikantów i wylewającą się z ludzi nienawiść do ich własnych tworów. Zwłaszcza, gdy sceny te mieszały się z chwilami, w których widać było, że K odczuwa samotność i próbuje stworzyć relację z wirtualnym tworem. Mocna była scena, w której okazuje się, że wyjątkowość jego relacji z Joi była efektem… złudzenia, któremu uległ nie tylko bohater, ale również widz.

Blade Runner 2049 hologram

Do pewnego momentu to był naprawdę świetny film, stawiający przed widzem szereg ważnych pytań, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Co tak właściwie sprawia, że ludzie są ludźmi? Co nam daje prawo decydowania o uczuciach innych? Czy wspomnienia determinują to, kim jesteśmy? Czy fakt, że zostaliśmy sztucznie stworzeni sprawia, że nie mamy duszy? Co daje nam nadzieja? Potem coś się zepsuło, ciężar opowieści przeniósł się na inne elementy, a to co było dla mnie intrygujące, po prostu porzucił. I mi, tak jak Fushi, jest smutno.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Blade Runner 2049
Produkcja: 16:14 Entertainment, Alcon Entertainment, Columbia Pictures, Scott Free Productions, Thunderbird Entertainment, Torridon Films, Warner Bros.
Typ: Film
Gatunek: science fiction
Data premiery: 6 października 2017
Reżyseria: Denis Villeneuve
Scenariusz: Hampton Fancher, Michael Green (na podstawie powieści
Philipa K. Dicka Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?)
Zdjęcia: Roger Deakins
Muzyka: Hans Zimmer, Benjamin Wallfisch
Obsada: Ryan Gosling, Harrison Ford, Ana de Armas, Jared Leto, Sylvia Hoeks, Robin Wright

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Mól książkowy, wielbicielka wilków i wilczurów. Interesuje się europejskim komiksem i mangą. Jej ulubione pozycje to na przykład Ghost in the Shell Masamune Shirow, Watchmen (Strażnicy) Alana Moora czy Fun Home Alison Bechdel, jest też fanem Inio Asano. Poza komiksami poleca wszystkim Depeche Mode Serhija Żadana z jego absurdalnymi dialogami i garowaniem nad koniakiem. Czasem chodzi do kina na smutne filmy, kiedy indziej spod koca ogląda Star Treka (w tym ma ogromne zaległości). Pisze także dla Arytmii (arytmia.eu).