Recenzja filmu BloodRayne II: Deliverance

1

Mimo tragicznego przyjęcia pierwszego filmu o BloodRayne, jak również w zasadzie wszystkich innych sygnowanych jego nazwiskiem, Uwe Boll nie zniechęcił się i w dwa lata po premierze pierwszej części wysmażył kontynuację przygód rudej dhampirzycy, nadając jej podtytuł Deliverance. Film ten, podobnie jak prawie całą twórczość niemieckiego reżysera, najlepiej da się opisać parafrazując słowa znanej piosenki Paula McCartneya „Hope of Deliverance”: „Żyjemy w nadziei na wyzwolenie od filmów Uwego Bolla”.

Rayne, dokonawszy zemsty na swoim ojcu, opuściła Stary Kontynent i wyruszyła do Ameryki, trafiając na Dziki Zachód, a konkretniej do miasteczka Deliverance w Montanie. W dalszym ciągu związana z Brimstone Society, dalej walczy z siłami ciemności. Jej nowym celem staje się Billy the Kid, w interpretacji Bolla będący wampirem z pedofilskimi skłonnościami. Wykorzystując fakt, że w Deliverance niedługo uruchomiona zostanie kolej, Kid chce stworzyć armię kowbojów-wampirów i zapoczątkować własne imperium. Na drodze stanie mu rzecz jasna Rayne i jej nowi sprzymierzeńcy.

2

Scenariusz, napisany przez trzy osoby, z których żadna nie miała większego doświadczenia w scenopisarstwie, jest jedną z najsłabszych stron filmu. Chociaż połączenie wampirów i westernu mogło być ciekawym mariażem, nie wykorzystano potencjału, jaki tkwił w tym pomyśle. Boll przestał udawać, że BloodRayne u korzeni była horrorem, zamiast tego całkowicie skoncentrowano się na akcji, przez co otrzymujemy miks westernu z filmem akcji okraszony elementami nadprzyrodzonymi. Niestety, ani jeden element nie został zrealizowany poprawnie. Film wykorzystuje chyba wszystkie możliwe klisze westernu – od wieszania na szubienicy, po pojedynek rewolwerowców, twórcy nie zapomnieli nawet o takim szczególe jak słomka gryziona przez Rayne. Żadna z tych kliszek nie zagrała jednak tak, jak powinna, z reguły budząc uśmiech politowania. Podobnie sprawa ma się z akcją, która tylko okazjonalnie przerywa nudę i monotonię, ale sceny w zamierzeniu widowiskowe są na żenującym poziomie. Elementy nadprzyrodzone? Rayne jest półwampirem, posiadającym właściwe wampirom moce, takie jak siła, sprawność i szybkość, jak również ich słabości, w tym m.in. wrażliwość na promienie słoneczne. Nie przeszkadza jej to jednak patatajać sobie na koniku za dnia czy czekać cierpliwie, aż zostanie zaprowadzona na szubienicę, gdzie ktoś ją cudownie uratuje. W filmie całkowicie pokpiono nadprzyrodzone moce postaci, przez co z doświadczonej zabójczyni staje się dupą wołową i damą w opałach. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Boll po prostu miał takie marzenie, żeby nakręcić western, ale – wiedząc, że nie jest lubiany i film może się nie sprzedać – wrzucił do niego Rayne, do której filmowych adaptacji dalej posiadał prawa, licząc na to, że tym samym przyciągnie większą publikę w postaci fanów rudowłosej seksbomby. A scenarzyści wszystko to wzbogacili toną idiotyzmów wszelakich. Ot, chociażby Kid tworzy armię wampirów, ale rodziców porwanych przez siebie dzieci nie przemienił – zamiast tego przez cały film siedzą i piją w saloonie (to by wyjaśniało, dlaczego i barman nie został wampirem), czekając, aż ktoś uratuje ich potomstwo, żeby zabrać się do roboty dopiero w momencie, kiedy Rayne i spółka ruszają z odsieczą.

2

Kristanna Løken, wcielająca się w Rayne w pierwszym filmie, ze względu na inne zobowiązania zawodowe, w tym m.in. serial Painkiller Jane, nie powtórzyła roli – być może z pożytkiem dla swojej kariery zawodowej, na pewno z pożytkiem dla filmu. Modelka Natassia Malthe, której przypadła tytułowa rola, może i jest taką aktorką jak ja fizykiem jądrowym, ale za to jest znacznie bardziej ponętna niż Løken i mimo wszystko lepiej pasowała do roli. Powierzone jej zadanie – ładnie wyglądać i robić grymasy, udając, że gra – wypełniła znakomicie. Reszta postaci obsadzona została przede wszystkim aktorami, którzy albo już związali się z twórczością Niemca (jak np. Michael Paré, pojawiający się we wszystkich częściach BloodRayne, w każdej w innej roli), albo niedługo później się z nią związała, stając się odtwórcami kluczowych ról w wielu jego filmach. Kunszt każdego z aktorów zmieściłby się w łyżeczce stołowej, tym niemniej na tle innych produkcji klasy B wydawanych bezpośrednio na DVD dają radę. I tutaj jednak nie obyło się bez głupot, jak chociażby idiotyczny i denerwujący akcent, z jakim Zack Ward zagrał Billy’ego Kida. Ja rozumiem, że to blisko czterystuletni wampir z Transylwanii, ale, do licha, Rayne jest od niego młodsza, również pochodzi z Europy, a mimo to nie mówi z idiotycznym akcentem. Boll uznał najprawdopodobniej, że czarny charakter bez głupiego akcentu nie będzie tak „złowieszczy”, ale ostatecznie wyszło to denerwująco i żałośnie.

2

Jeżeli ktoś myśląc o westernie wyobraża sobie scenografie rodem z filmów Sergia Leonego – piasek, skwar, niesiony wiatrem biegacz stepowy i tego typu elementy – srodze się zawiedzie, ponieważ okres zdjęciowy przypadał na zimę, tak więc wszędzie błoto, śnieg i mróz. Jeżeli ktoś widząc plakat oczekiwał jakichś elementów gotyckich i Malthe biegającej w przyjemnie odsłaniającym jej walory wdzianku, również się zawiedzie – jako że zima, aktorka biega w płaszczu, a elementy gotyckie zostały dodane dla lepszego efektu. Boll, zapewne chcąc spróbować czegoś nowego, postawił na trick z trzęsącą się kamerą. Co prawda zabieg taki, mający sprawiać wrażenie, jakby kamerzysta był na miejscu, jest ciekawy, jeżeli użyje się go sensownie, ale wykorzystany bez pomyślunku i wszędzie, gdzie to tylko możliwe, denerwuje tak samo jak idiotyczny akcent Warda. Sceny „akcji” przedstawiane w zwolnionym tempie również są temu filmowy potrzebne jak ferrari pięciolatkowi. Na dokładkę należy dodać jeszcze fakt, że spora część filmu rozgrywa się nocą, co być może miało za zadanie ukryć niedoróbki techniczne, ale w praktyce sprowadza się do tego, że w wielu scenach po prostu niewiele widać. Jedynym, co jako tako wyszło, jest muzyka autorstwa Jessiki de Rooij, „nadwornej” kompozytorki Uwego – jej kompozycje są w zasadzie jedynym westernowym elementem filmu, który wyszedł jak należy. Co prawda są do bólu sztampowe, ale za to westernowe.

2

BloodRayne II: Deliverance to kolejny gwałt Bolla dokonany na grze komputerowej i postaciach. Chociaż w założeniach miał on zadatki na coś interesującego, został położony pod każdym możliwym względem – idiotycznego scenariusza, papierowych postaci, beznadziejnej realizacji, wszechogarniającej nudy, braku klimatu. Co prawda jest nieznacznie lepszy od części pierwszej, ale w dalszym ciągu pozostaje produkcją dla masochistów i miłośników kiczu.

Ocena: 2/10

Plusy
+ muzyka daje radę
+ pseudoaktorka Malthe jest miła dla oka

Minusy
– wszystko niewymienione w plusach

Autor: Pottero

Jacek „Pottero” Stankiewicz

Jacek „Pottero” Stankiewicz

Jak przystało na reprezentanta rocznika 1987, jestem zgrzybiałym dziadziusiem, który doskonale pamięta szczękopady, jakie wywoływały pierwsze kontakty z Doomem, a potem Quakiem i Unreal Tournament. Zapalony gracz z ponaddwudziestoletnim doświadczeniem, z uwielbieniem pochłaniający przede wszystkim gry akcji, shootery i niektóre RPG. Namiętny oglądacz filmów i seriali, miłośnik Tarantina, Moodyssona i Tromy, w wolnej chwili pochłaniacz książek i słuchowisk, interesujący się wszystkim, co wyda mu się warte uwagi. Dla rozrywki publikujący gdzie się da, w tym m.in. Filmwebie, altao.pl czy czasopismach branżowych. Administrator Dragon Age Polskiej Wiki.