Brightburn Plakat

Mało jest aktualnie w kinach filmów, które mnie jarają. Zdarzają się oczywiście pozycje wzbudzające moją ciekawość, chwilowy zachwyt i nadzieję, ale rzadko kiedy coś mnie faktycznie jara – podnosi odczuwalnie ciśnienie, ekscytuje i sprawia, że na premierę czekam jak sierota na pierwsze Boże Narodzenie w nowym domu. Jakimś cudem taki efekt wywarły na mnie pierwsze trailery Brightburn, bo miało to być coś nowego. Horror superbohaterski? Jeszcze tego nie było! Robi to James Gunn? Dawajta to czym prędzej! Wyobraźcie sobie moje zaniepokojenie, gdy wyciekły pierwsze, mało pochlebne recenzje i okazało się, że przy doborze ekipy Gunn pozwolił sobie na dosyć bezczelny nepotyzm. Kuzyn i brat w roli scenarzystów, bliski kumpel bez większego doświadczenia filmowego jako reżyser, takie rzeczy nigdy nie zwiastują dobrego seansu. Nieco zrezygnowany, zmotywowany jedynie posiadaniem karty Unlimited w Cinema City, zdecydowałem się jednak narazić na ogromne rozczarowanie.

Brightburn Scena

Rzecz zaczyna się w Kansas, gdzie sympatyczne małżeństwo Breyerów bezskutecznie stara się o dziecko. Sięgają po, jak przypuszczam po rzucie na domową biblioteczkę, wszystkie możliwe sposoby, więc również i po modlitwę. To właśnie wznoszenie próśb ku wyższym siłom zdaje się mieć skutek, gdyż pewnej nocy w okolicach domku zrezygnowanej pary rozbija się kuriozalny obiekt, a z jego wnętrza przyszli rodzice wygrzebują pozornie normalne dziecko. Latka mijają w sielankowej, rodzinnej atmosferze, tylko lekko udziwnionej faktem, że berbeć zdaje się nigdy nie krwawić. Niestety, jakby samo dojrzewanie nie było wystarczająco problematycznym okresem, po ukończeniu dwunastego roku życia młody zaczyna odkrywać w sobie nadprzyrodzone moce. Czy użyje ich, aby czynić dobro, czy posłucha dobywających się ze stodoły podszeptów jedynego obiektu, który łączy go z nieziemską przeszłością?

Brightburn Scena

Jeśli oglądaliście trailery, to raczej już znacie odpowiedź na ostatnie pytanie. Dzieciak dosyć szybko porzuca jakiekolwiek wątpliwości i próby oporu, nie musimy długo czekać na rzeź zainspirowaną przez głos z wraku, który zresztą jest tak złowrogi, że aż przerysowany i komiczny. Proces dostrzegania potencjalnych plusów krzywdzenia niewinnych ludzi zajmuje bohaterowi jakieś półtora dnia i absolutnie nie jawi się to w tym filmie jako odczuwalna szczerba w jakości, ku mojemu zaskoczeniu. Wadą za to z pewnością jest gra aktorska niemalże wszystkich członków obsady. Elizabeth Banks jest absolutnie nieprzekonująca zarówno w radości, jak i w przerażeniu, co jest dodatkowo podkreślone przez skrajny idiotyzm, niezrównoważenie i brak konsekwencji w postępowaniu jej postaci. Grający ojca David Denman jest sztywny jak kłoda, a próby zagrania wzmożonych emocji kończą się u niego karykaturalnym rozdziawianiem japy. Zawodzi wujostwo młodego, zawodzą aktorzy w rolach zupełnie pobocznych. Najznośniej wychodzi w związku z tym właściwie wyłącznie młodociany niezniszczalny psychopata, bo absolutny brak mimiki i skrajna sztywność wpisują się perfekcyjnie w oczekiwania względem istoty wypranej z uczuć.

Brightburn Scena

Właśnie tutaj zaczynają się wyłaniać mocne strony Brightburn. Przede wszystkim cieszy znaczne zdystansowanie narracji od tempa typowego dla amerykańskiego kina grozy – zło wychyla swój czerep bardzo szybko, a zamiast stopniowego budowania napięcia mamy jego szarpnięcia. Atmosfera zaszczucia i bezradności w obliczu przeważającej, niszczycielskiej siły nie odpuszcza całkowicie aż do napisów końcowych, tylko czasem dostajemy okazję na oddech. Chwilami dochodzi nawet do specyficznego, nienachalnego comic reliefu, który na szczęście ani trochę nie godzi w integralność filmu. Dużą rolę odgrywa tutaj sprawne zdehumanizowanie głównego bohatera, porzucenie (przynajmniej na początku) starań o dotarcie do jego ludzkiej strony i zrobienie z niego uosobienia niepowstrzymanej destrukcji. W przeciwieństwie do innych horrorów tutaj prześladowca nie ukrywa się, nie czai po kątach, a często używane jump scare’y nie są przejawem tendencyjności reżysera, a realną oznaką sadyzmu niewyrośniętego potwora. Podobnie działa w Brightburn brutalność, bo podczas gdy sceny gore są tak intensywne, że na pokazach 4DX na widownię powinny być wylewane kubły świńskiej krwi, to występując w rozsądnych interwałach, nie stają się dominującym środkiem wyrazu.

Brightburn Scena

James Gunn, jak z pewnością wiecie, raczej dobrze ogarnia kino superbohaterskie. Można by gadać, że w tym przypadku był tylko producentem, ale jego dobre rady są ewidentne w dosyć prostym scenariuszu jego brata i kuzyna. Nawet jeśli zignorujemy nawiązanie do historii Supermana tak oczywiste, że aż wstyd mi o nim wspominać. Dystans z prześmiewczego Super i doświadczenie w ukazywaniu epickiej potęgi ze Strażników Galaktyki robią w tym filmie swoje. Bezpośrednich nawiązań może i brakuje, poza oderwanym od fabuły segmentem na końcu, ale doświadczony widz dostrzeże, jak bardzo Brightburn stara się zaskakiwać i z przekąsem uderzać zarówno w nowe kino grozy, jak i w heroiczne filmy z kolorowymi peleryniarzami. Pomagają również porządne efekty specjalne i przytłaczający hałas towarzyszący zniszczeniu. Dzięki temu film jest faktycznie duszny, bywa zaskakujący i mnie osobiście utrzymał w stanie skupionej uwagi od samego początku aż do zakończenia, którego (jakimś cudem) również się nie spodziewałem. Byłem pewny, że je schrzanią, sami sugerowali, że schrzanią, a nie schrzanili.

Wylało się ze mnie multum pochwał, więc domknę klamrę opinii odrobiną narzekania. Częściowo z winy aktorów, a częściowo przez brak doświadczenia reżyserskiego Davida Yarovesky’ego trafiło się kilka scen nieumyślnie ocierających się o drętwy kabaret. Nieprzerwana akcja faktycznie daje satysfakcję z seansu, ale nie do końca maskuje w sumie mało ambitny scenariusz. Panowie chcieli po prostu zrobić inny horror i zrobili, uciekając od większości rozwiązań typowych dla tego gatunku, ale zachowując w gruncie rzeczy identyczną konstrukcję fabularną. To mogło być zamierzone, ale przy moim zachwycie okazjonalnymi niespodziankami oklepana historia ostatecznie troszkę mnie rozczarowała. Zidiociałe ofiary i brak choćby jednego protagonisty, z którym można by było faktycznie sympatyzować, pozostają dla mnie piętą Achillesa wszystkich tego typu tytułów.

Brightburn Scena

Patrząc na ten tekst objętościowo, można sądzić, że plusy i minusy się równoważą, ale to dosyć dalekie od prawdy. Pomimo wtórnego sceptycyzmu, który zwykle potrafi absolutnie zepsuć mi seans, z Brightburn wyszedłem zachwycony. Prostacka historia nie odebrała mi radości z oglądania na wielkim ekranie czegoś, co spokojnie można określić alternatywną historią Supermana albo Son Goku, jak kto woli. Może i nie było momentu, w którym faktycznie odczuwałbym strach, ale niemalże nieustannie wpatrywałem się przed siebie w antycypacji nadchodzących zniszczeń. Nawet okazjonalne kretynizmy bohaterów mnie nie zraziły, bo tak widocznie musi być. To, jakby nie patrzeć, u podstaw nadal kino grozy i świadomie, z lekkimi odchyłami, trzyma się tej określonej formy.

Być może zauważyliście, że w tytule tekstu ominąłem polski podtytuł filmu. Tak, to było świadome – taki mój mały akt protestu przeciwko robieniu z nas idiotów. Rozumiem, ale nie akceptuję.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Brightburn: Syn Ciemności
Data premiery: 24 maja 2019 (Polska), 9 maja 2019 (świat)
Reżyseria: David Yarovesky
Scenariusz: Brian Gunn, Mark Gunn
Typ: horror
Obsada: Elizabeth Banks, David Denman, Jackson A. Dunn

Dodaj komentarz

avatar