(18+) Lekcja historii na kwasie – retrorecenzja filmu Cleopatra

Cleopatra

Osamu Tezuka nietuzinkowym człowiekiem był, o czym miłośników anime przekonywać nie trzeba. Sam w tym przeświadczeniu utwierdziłem się już dość dawno temu, ale dopiero seans Cleopatry, najbardziej frywolnego filmu w dorobku reżysera, sprawił, że takie stwierdzenie naprawdę nabrało mocy. Omawiana produkcja to rzecz zaprawdę enigmatyczna z dzisiejszego punktu widzenia, której przyczyn powstania trudno jest mi się doszukać. O ile bowiem Jungle taitei czy Tetsuwan Atomu były produkcjami rozrywkowymi, Mori no densetsu przeglądem technik stosowanych w filmowej animacji od zarania jej dziejów, a Onboro firumu czy Jumping eksperymentami, o tyle Cleopatrze trudno przypisać konkretną etykietę. Owszem, jest to film eksperymentalny, ale geneza jego zwariowanej formuły pozostaje większą zagadką.

W przyszłości Ziemianie nawiązują kontakt z obcą cywilizacją, niemającą względem naszej planety przyjaznych zamiarów. Ludziom udaje się zdobyć informację o czymś, co agresorzy nazywają „planem Kleopatra”, nie znają jednak żadnych jego szczegółów, dlatego postanawiają przeprowadzić ryzykowny eksperyment. Dusze trójki Ziemian wysłane zostają w przeszłość, w czasy Kleopatry VII, „zamieszkując” w ciałach służki królowej, królewskiego lamparta oraz rzymskiego niewolnika Joniusza. Wywiad z przyszłości ma zbadać życiorys ostatniej z Ptolemeuszy z nadzieją, że dostarczy to Ziemianom wskazówek odnośnie planu Kleopatra.

Cleopatra jest poniekąd widowiskiem historycznym, obejmującym najważniejsze epizody z życia egipskiej królowej od momentu poznania Juliusza Cezara do jej śmierci – epizody, które powinny być znane każdemu, kto choć trochę uważał w szkole podstawowej na zajęciach z historii. Twórcy jednak dość swobodnie podeszli do tematu, dostosowując część wydarzeń do swojej wersji scenariusza. I tak na przykład wątek Kleopatra-Cezar zyskał najwięcej „czasu antenowego”, stając się pełnoprawną opowieścią miłosną, podczas gdy w rzeczywistości królowa Egiptu była jedynie kochanką rzymskiego generała, z którą nie spędzał on tak wiele czasu, jak pokazano to w filmie (z kolei z Markiem Antoniuszem, którego wątek skrócono, łączyły ją o wiele bardziej zażyłe relacje). Samobójstwo Kleopatry we wnętrzu piramidy w Gizie to również radosna twórczość scenarzystów, podobnie jak chociażby homoseksualne ciągoty Oktawiana Augusta. Takie swobodne podejście nie przekreśla jednak w mojej opinii filmu, bowiem znakomicie wpisuje się ono w jego bardzo luźną, nieraz mocno psychodeliczną atmosferę, towarzyszącą mu niemalże od początku seansu.

We wprowadzeniu wspomniałem, że trudno jest mi określić jednoznaczną przyczynę tego, dlaczego Cleopatra stała się takim filmem, jakim się stała. Po dłuższym namyśle dochodzę do wniosku, że najprawdopodobniej było to spowodowane uwielbieniem, jakim Tezuka darzył Zachód. W tym filmie reżyser odwołuje się nie tylko do wiecznie żywych w umysłach Europejczyków wydarzeń historycznych, jak również – zdaje się – do nastrojów, jakie w okresie, gdy Cleopatra powstawała, panowały w Stanach Zjednoczonych oraz Europie. Na kilkanaście miesięcy przed premierą filmu pół miliona ludzi bawiło się na festiwalu w Woodstock, wcześniej bardzo mocno dał o sobie znać ruch hippisowski, zaś John Lennon zajadał kartoniki LSD niczym cukierki, śpiewając później, że jest morsem siedzącym na cornflakesie. Cleopatra znakomicie wpisuje się w realia epoki wolnego seksu i psychodelicznych wizji, jakie w umysłach ludzi powstawały po zażyciu kwasa. Po ekranie niemalże bez przerwy paradują półnagie Egipcjanki, eksponujące obfite piersi, scenom batalistycznym towarzyszą feerie jaskrawych kolorów, w wielkiej rzymskiej paradzie ku czci Cezara i Kleopatry maszerują m.in. płonąca żyrafa Dalego i Mona Liza, gdzieś tam w tle przewinie się samolot, suszarka do włosów czy lodówka, a Joniusz nauczy się korzystać z pistoletu; momentami naprawdę miałem wrażenie, że oto oglądam kolejny szalony sen rodem z Papriki Satoshiego Kona. To wszystko sprawia, że Cleopatra jest filmem kompletnie nieprzewidywalnym – niby opowiada o wydarzeniach, które doskonale znamy z podręczników do historii, ale nigdy nie mamy stuprocentowej pewności, czy przypadkiem za chwilę na ekranie nie pojawi się Astroboy bądź grupka pacyfistów dzierżących w rękach transparenty z napisem „Peace”. Tezuce świetnie udało się połączyć ze sobą takie elementy, w widowisku historycznym serwując nam rozpoznawalne ikony i klisze współczesnej popkultury, co teoretycznie powinno razić, a mimo wszystko przywołuje na twarzy uśmiech zadowolenia, nieraz rozśmieszając prawie do łez.

W latach 70., gdy Cleopatra debiutowała w Stanach Zjednoczonych, mogła uchodzić za film skandaliczny, czego zresztą bardzo życzył sobie jej dystrybutor. Produkcji dodano chwytliwy podtytuł Queen of Sex oraz z własnej woli nadano kategorię X, przysługującą filmom pornograficznym. Był to sprytny chwyt marketingowy dystrybutora, który – zachęcony sukcesem Kota Fritza Ralpha Bakshiego – postanowił sprzedawać Cleopatrę jako erotyczną bajkę dla dorosłych. Prawda jest jednak taka, że w dzisiejszych czasach film Tezuki trudno uznać za skandaliczny – jedyne, co może zgorszyć widza, to duża ilość piersi, bo poza tym film jest dość grzeczny. Przemoc jest bardzo kreskówkowa, realistycznie wyglądająca krew (czyli czerwone plamy) leje się rzadko, zaś sceny seksu, chociaż występują, przedstawione zostają w bardzo purytański sposób, np. za pomocą wykonujących ruchy frykcyjne linii na białym tle. Dziś Cleopatrze można przyznać kategorię wiekową „od 12 lat” i w wielu krajach nie będzie to wzbudzało żadnych kontrowersji. Co innego wspomniany Kot Fritz, który do dziś może uchodzić za produkcję kontrowersyjną. Co prawda nie aż tak, jak w 1972 roku, jednak nadal mogącą spędzać sen z powiek moralistom.

Cleopatra to widowisko zwariowane nie tylko pod względem fabularnym, ale również technicznym. W pierwszych i ostatnich scenach, rozgrywających się w przyszłości, zobaczymy mariaż animacji z filmem aktorskim – sceny nakręcone zostały w zaaranżowanych wnętrzach z udziałem żywych aktorów, których twarze zastąpiono twarzami ich animowanych odpowiedników. Później jest chyba jeszcze ciekawiej, ponieważ sceny rozgrywające się w Egipcie są w pełni animowane, tyle że na różny sposób. Czasem zobaczymy niezłe i szczegółowe tła, kiedy indziej zastąpione zostają one statycznym i skromnym obrazem. W jednej scenie obserwować będziemy animację rodem z animowanych przygód Asteriksa, kiedy indziej animacje przywodzące na myśl collage’e Terry’ego Gilliama do Latającego cyrku Monty Pythona (chociaż zdaję sobie sprawę, że serial powstał trochę później niż omawiany film). Różnorodność grafiki w filmie jest spora, ale bez wątpienia zawsze cieszy oko, a nawet jeśli wypada po prostu brzydko, trudno uznać to za niedbalstwo – najwidoczniej taki właśnie był zamiar reżysera. Tezuka często puszcza również do widza perskie oczka, np. dorzucając od czasu do czasu planszę z napisem „A teraz zobaczmy to w zwolnionym tempie” czy sceny, w których bohaterowie komunikują się za pomocą komiksowych chmurek… wypełnionych hieroglifami.

Podobnie ma się sprawa z oprawą muzyczną, która również została odpowiednio zróżnicowana. Raz mamy tutaj muzykę stylizowaną na orientalną, egipską modłę, kiedy indziej psychodeliczne śpiewy, a kiedy indziej zaskoczeni zostajemy czymś zupełnie z kosmosu, jak na przykład sceną stylizowaną na spektakl – z instrumentami, chórem, odpowiednimi kata i sosenką włącznie.

Osobiście trudno jest mi się doszukać w Cleopatrze rzeczy na tyle poważnych, by w jakikolwiek sposób uprzykrzyły mi one seans. Bez wątpienia jednak film nie każdemu przypadnie do gustu, chociażby ze względu na jego zwariowaną formułę czy nieco przestarzałą oprawę graficzną. Kto jednak chce zapoznać się z anime oryginalnym, świetnie oddającym ducha czasów, w jakich powstawało, niechaj śmiało zabiera się za Cleopatrę. Polecam przede wszystkim koneserom oraz osobom interesującym się historią animacji, zwłaszcza japońskiej – dla nich powinna to być prawdziwa perełka.

P.S. Wybaczcie słabą jakość kadrów i plakatu, w przypadku tego filmu trudno jednak o coś lepszego.

Jacek „Pottero” Stankiewicz

Jacek „Pottero” Stankiewicz

Jak przystało na reprezentanta rocznika 1987, jestem zgrzybiałym dziadziusiem, który doskonale pamięta szczękopady, jakie wywoływały pierwsze kontakty z Doomem, a potem Quakiem i Unreal Tournament. Zapalony gracz z ponaddwudziestoletnim doświadczeniem, z uwielbieniem pochłaniający przede wszystkim gry akcji, shootery i niektóre RPG. Namiętny oglądacz filmów i seriali, miłośnik Tarantina, Moodyssona i Tromy, w wolnej chwili pochłaniacz książek i słuchowisk, interesujący się wszystkim, co wyda mu się warte uwagi. Dla rozrywki publikujący gdzie się da, w tym m.in. Filmwebie, altao.pl czy czasopismach branżowych. Administrator Dragon Age Polskiej Wiki.