Colonia

Uwaga: w tekście nawiązuję do powszechnie znanych i udokumentowanych faktów historycznych, które w kontekście filmu mogą zostać uznane za spojlery przez osoby niezainteresowane tym okresem bądź tematyką.

Po zakończeniu Harry’ego Pottera Emma Watson nareszcie może rozwinąć skrzydła jako aktorka i poświęcić więcej czasu na wcielanie się w kogoś innego niż Hermiona Granger. Aktorka skrzętnie wykorzystuje tę możliwość – niedługo zobaczymy ją jako Bellę w aktorskiej wersji Pięknej i Bestii, a w międzyczasie zaliczyła już kilka innych występów. W 2015 roku swoją premierę miały dwa filmy z jej udziałem. Pierwszy to thriller Regression w reżyserii skądinąd świetnego Alejandra Amenábara, jednak ze względu na jego przeciętność stwierdziłem, że lepiej zrecenzować ten drugi – dramat historyczny Colonia, w którym partnerują jej inni świetni aktorzy: Michael Nyqvist i Daniel Brühl. Ten drugi współpracował już wcześniej z reżyserem Florianem Gallenbergerem, nagrodzonym Oscarem za krótkometrażowy film Quiero ser (I want to be…), przy Honolulu i Johnie Rabem.

Chile, wrzesień 1973 roku. Krajem wstrząsają zamieszki i niepokoje, podsycane dodatkowo przez Związek Radziecki i Stany Zjednoczone, które wykorzystują kraj jako pionek w swojej zimnej wojnie. Do Chile przybywa Lena Kortus, młoda stewardessa z RFN-u, chcąca zrobić niespodziankę swojemu chłopakowi Danielowi – artyście, który zaangażował się w tamtejszy ruch zwolenników prezydenta Salvadora Allendego. Miłe odwiedziny, wypełnione głównie seksem i uczestnictwem w protestach, kończą się bardzo szybko – trzeciego dnia dochodzi do puczu, a władzę w kraju przejmuje junta wojskowa pod dowództwem Augusta Pinocheta. Puczyści wyłapują lub zabijają zwolenników prezydenta, który zginął podczas puczu. Wśród pojmanych znajduje się Daniel, który – jak udaje się ustalić Lenie – został zabrany do Colonii Dignidad (Kolonia Godności), katolickiej placówki prowadzonej przez zbiega z Niemiec, rzekomo wykorzystywanej jako ośrodek tortur i przesłuchań. Lena, nie mogąc przekonać do pomocy kolegów Daniela, którzy po puczu zeszli do podziemia, postanawia dołączyć do Colonii.

Colonia

Będę do bólu szczery: Colonia w żaden sposób nie wyróżnia się na tle innych filmów o podobnej tematyce, czyli opowiadających o przemilczanych, niewygodnych albo nieznanych epizodach i wydarzeniach z historii współczesnej. To typowy dramat z elementami love story, który momentami może trochę przywodzić na myśl włoskie filmy z lat 70. o nazistowskich obozach, nie uciekający się jednak tak jak one do makabry i szokowania. Oglądając film, trzeba mieć na uwadze przede wszystkim słowo „inspirowany” prawdziwymi wydarzeniami, dlatego w celu osiągnięcia jak największego dramatyzmu pewne rzeczy zmieniono, dodano czy pominięto. Początkowa miłosna sielanka skontrastowana zostaje z okrucieństwami sadysty, pedofila, mizogina i przyjaciela zbrodniarzy wojennych, który dzięki protekcji tych ostatnich uwił sobie przytulne gniazdko, w którym – podając się za bożego wysłannika – gwałcił dzieci, maltretował kobiety, a we współpracy z Pinochetem torturował i zabijał wrogów dyktatora. Chociaż film nie nadaje się dla widzów poniżej 16. roku życia, Gallenberger starał się jednak za wszelką cenę ograniczyć drastyczność i pokazać dramat i piekło, jakie przeżywali mieszkańcy kolonii, w sposób jak najmniej brutalny, żeby widza szokowały wydarzenia i sam fakt, że takie miejsce w ogóle istniało, aniżeli obrazowe przedstawienie gehenny, jaką przeżywali jego mieszkańcy. Jest to dobre rozwiązanie, dzięki któremu widz może sympatyzować z bohaterami, co nadaje całości dodatkowego ładunku emocjonalnego i wpływa na ogólny odbiór. Chociaż nie jest to może kino najłatwiejsze, z drugiej strony nie jest to też ciężar z gatunku, dajmy na to, Requiem dla snu, więc każdy widz z łatwością „wgryzie” się w niego, a być może Colonia nawet zrobi na nim wrażenie i nie pozwoli szybko o sobie zapomnieć.

Colonia

Mimo dość kliszowo poprowadzonego scenariusza, film broni się pod względem technicznym. W odpowiedni nastrój wprowadza już sam początek, rozpoczynający się od „Ain’t No Sunshine” Billa Withersa i archiwalnych ujęć przedstawiających zamieszki w Santiago de Chile. Trójka znanych aktorów wymienionych w pierwszym akapicie na potrzeby filmu tworzą udane kreacje. Watson w strojach z epoki wygląda ślicznie jak zawsze, ale poza ładną buzią broni się wiarygodnym odegraniem zdesperowanej młódki, która za wszelką cenę chce uratować swojego ukochanego. Brühl przekonująco odgrywa postać przez większość filmu udającą upośledzonego, a Nyqvist sprawdza się jako okrutny sadysta. Żadna z tych kreacji nie była co prawda oscarowa, tym niemniej wszyscy aktorzy solidnie zagrali powierzone im partie. Twórcom udało się oddać realia epoki, jak również zadowalająco zrealizować bardziej wymagające sceny, chociażby takie z większą ilością statystów. Niczego nie można zarzucić również zdjęciom i scenografiom. Strona techniczna filmu została zresztą doceniona przez Niemców, zdobył on bowiem cztery nominacje do Niemieckich Nagród Filmowych – za najlepsze scenografie, kostiumy, montaż i dźwięk – chociaż w żadnej nie wygrał.

Colonia

Colonia to jeden z tych filmów, o których większość prawdopodobnie nigdy by nie usłyszała i nie zainteresowała się nim, gdyby nie znany aktor lub aktorka – w tym przypadku Emma Watson. Nie jest to żadne wiekopomne dzieło, ale bardzo sprawnie zrealizowana opowieść inspirowana faktami, opowiadająca o interesujących wydarzeniach, która – co najważniejsze – potrafi wzbudzić w widzu zainteresowanie i utrzymać je do samego końca. Gdybym miał Colonię do czegoś porównać, powiedziałbym, że może trafić do fanów kina typu Operacja Argo – to ten sam rodzaj kina, wzbudzający we mnie podobne emocje i zainteresowanie, tyle że zrealizowany za trzydzieści milionów dolarów mniej. Dla miłośników tamtego okresu czy produkcji historycznych jest to idealna propozycja na wieczór.

Dodaj komentarz

avatar