29 lat pracy, dziesiątki aktorów uczestniczących w projekcie, batalie sądowe o prawa do filmu, miesiące spędzone na zbieraniu środków na produkcję, Bóg wie, ile wersji scenariusza – tyle musiał wycierpieć Terry Gilliam, aby ukończyć dzieło swojego życia, Człowieka, który zabił Don Kichota. Niestety, długie i burzliwe okresy produkcji rzadko kiedy kończą się dobrze, a zapał reżysera nie jest w stanie odmienić ani dzisiejszego świata, ani recenzentów. Dziś skonfrontuję marzenia fanów Gilliama z ponurą rzeczywistością, która nieubłaganie odrzuca błędny film o błędnym rycerzu.

Kadr z filmu Człowiek, który zabił Don Kichota

Człowiek, który zabił Don Kichota rozpoczyna się swoistym metakomentarzem na temat produkcji samego obrazu, pokazując, jak reżyser Toby (Adam Driver) napotyka coraz więcej trudności na planie pewnej reklamy, co skłania go do porzucenia swojej ekipy i odwiedzenia małej miejscowości, w której lata temu nakręcił film o Don Kichocie. Wszystko staje na głowie, kiedy Toby odnajduje odtwórcę głównej roli (Jonathan Pryce), przekonanego nie tylko, że jest błędnym rycerzem, ale dodatkowo biorącego reżysera za swojego giermka, Sancho Pansę. I to właśnie relacja tej dwójki stanowi główną oś zarówno dla fabuły, jak i dla żartów. Niestety, im dłużej film trwa, tym prościej przewidzieć, co zaraz się stanie, a i uśmiech na twarzach widzów pojawia się coraz rzadziej, gdyż właściwie cały humor oparto na jednej formule: Don Kichot jest Donem Kichotem, a Toby-Sancho próbuje nieudolnie okiełznać szaleńca, który tu spróbuje walczyć z wiatrakiem, tam weźmie kogoś za przedstawiciela sił zła i złoi mu skórę.

Kadr z filmu Człowiek, który zabił Don Kichota

Co do fabuły: trudno powiedzieć o niej coś dobrego i gdyby nie wszechobecne przekleństwa, mielibyśmy do czynienia z kinem familijnym. Człowiek, który zabił Don Kichota nawet nie próbuje poruszać żadnych trudnych tematów (a miejsca na nie było całkiem sporo w tym przeszło dwuipółgodzinnym tworze), zamiast tego serwuje nam oklepany motyw „zaczynamy z aroganckim bohaterem po to, żeby mógł przejść mocno naciąganą przemianę”. Dostajemy za to żarciki o Trumpie i terrorystach, bo na to właśnie czekaliśmy trzydzieści lat. Oczywiście w filmie nie mogło zabraknąć schwarzcharakteru, tylko szkoda, że ta postać okazuje się typowym bezdusznym bogaczem, którego jedyną cechą jest bycie złym. Dostajemy nawet równie żałosny wątek romansu, wyrwany żywcem z głębokich lat dziewięćdziesiątych. Jedynie oryginalne zakończenie podnosi poziom produkcji, ale i tak musimy się konkretnie pomęczyć, by móc je zobaczyć.

Kadr z filmu Człowiek, który zabił Don Kichota

Wspomniany duet Pryce-Driver robi, co może, by odratować tę produkcję i miejscami można się szczerze zaśmiać, ale to właściwie tyle, jeśli chodzi o aktorstwo. O reszcie postaci można zapomnieć w momencie wyjścia z sali kinowej. Część z nich to chodzące stereotypy, jak na przykład szef Toby’ego, który dla pieniędzy zrobi wszystko, czy też wspomniany wcześniej schwarzcharakter. Paradoksalnie sam film jest jak książkowy Don Kichot: wyrywany z innych czasów i niepasujący do epoki, w której się znajduje. Najnowszy obraz Gilliama to przedziwny kolaż różnych trendów z ostatnich trzydziestu lat i żaden z nich nie wypada na tyle dobrze, by zaciągnąć widzów do kina, a co dopiero by ci wyszli z niego zadowoleni. Kiedy cały wszechświat zjednoczy się przeciw tobie i twojej produkcji, a wszyscy wokół mówią, żebyś dał sobie spokój, to czasami wypada zwyczajnie odpuścić.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Człowiek, który zabił Don Kichota
Data premiery: 10 sierpnia 2018
Reżyseria: Terry Gilliam
Scenariusz: Terry Gilliam, Tony Grisoni
Typ: przygodowy
Obsada: Jonathan Pryce, Adam Driver, Joana Ribeiro, Stellan Skarsgård

Dodaj komentarz

avatar