Nieskończoność możliwości – recenzja filmu Doktor Strange

Doktor Strange

Zawsze z niecierpliwością czekałam na premierę każdego filmu Marvel Studios, a Doktor Strange nie był od tej reguły wyjątkiem. Podekscytowana pognałam na pierwszy seans, jaki udało mi się znaleźć w dniu premiery, machając już ręką na to, że będę oglądać produkcję w 3D i, jak okazało się, gdy kupowałam bilet – o zgrozo, z polskim dubbingiem. Ostatecznie zrezygnowałam z czekania na wersję z napisami, zaciskając zęby i dziarsko maszerując na wskazane miejsce. W sali, co zdziwiło mnie niepomiernie, wraz ze mną były tylko trzy osoby – niską frekwencję zrzuciłam na wczesną godzinę i ten nieszczęsny dubbing, który i mnie by zniechęcił, gdybym tylko nie była w gorącej wodzie kąpana i doczytała odpowiednią informację. No nic, mówi się „trudno” i żyje dalej, a jak jest mniej osób, to nawet przyjemniej, pomyślałam, dostrzegając, że żaden z pozostałych widzów nie ma zamiaru chrupać popcornem i siorbać żadnym napojem. A nawet jeśli moje obserwacje okazałyby się błędne, to dzieliła nas taka przestrzeń, że i tak by mi to nie przeszkadzało. Cały seans przekonał mnie do stwierdzenia, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, więc w ostatecznym rozrachunku nie żałowałam ani bycia gapą, ani oglądania filmu w wersji 3D, czego z natury unikam, jeśli tylko mam taką możliwość. Wszystko, co działo się na ekranie, było warte absolutnie każdej minuty spędzonej w kinie, słowo.

Doktor Strange

Doktor Stephen Strange to światowej klasy neurochirurg, który na skutek wypadku samochodowego stracił sprawność w rękach. Jego kariera legła w gruzach. Z powodu wielokrotnych złamań dłoni i obumarcia niektórych połączeń nerwowych nie jest już w stanie pewnie trzymać skalpela i ratować życia swoim pacjentom. O ile ratowaniem można było nazwać to, że spośród wielu poszkodowanych wybierał przypadki stanowiące dla niego wyzwanie i pozwalające mu na zwiększenie swojego prestiżu, odrzucając przy tym wszystko to, co mogło jego opinii zaszkodzić i podkopać jego pozycję uznanego i szanowanego lekarza. Teraz znajduje się po drugiej stronie barykady, szybko przekonując się, że jego sytuacja jest beznadziejna i medycyna konwencjonalna nie jest w stanie mu pomóc. Nie ukrywajmy – wpada w obsesję na punkcie odzyskania pełnej sprawności i powrotu do normalnego życia. Nie skąpi żadnych pieniędzy na osiągnięcie tego celu, nic jednak nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Skoro zaś tonący brzytwy się chwyta, to i racjonalny umysł Strange’a coraz bardziej skłania się do szukania innej drogi uzdrowienia. W ten właśnie sposób trafia do Kamar-Taj, pod skrzydła Przedwiecznej i to dzięki niej dowiaduje się o rzeczach, możliwościach i zagrożeniach, których istnienia nawet by nie podejrzewał. To właśnie tam stanie przed najcięższym wyborem – powrócić do swojego dawnego życia, znów pławiąc się w luksusie i sławie, czy podjąć walkę w obronie świata, stając się potężnym magiem.

Doktor Strange

Doktor Strange nie udałby się, gdyby nie fenomenalna obsada aktorska. Naprawdę, moi drodzy, czapki z głów, bo to niemała sztuka dobrać odpowiednich aktorów, a tutaj udała się ona bezbłędnie. Benedict Cumberbatch w tytułowej roli spisał się świetnie, jego Strange jest aroganckim dupkiem. Przy okazji natura nie poskąpiła mu geniuszu, co dodatkowo utwierdziło go w przekonaniu, że jest najlepszym neurochirurgiem na świecie i nikt nie może się z nim równać. To jeden z tych bohaterów, któremu jednocześnie zazdrości się wiedzy i ma szczerą ochotę przywalić za egocentryzm i traktowanie ludzi jako tła dla jego nieskromnej osoby. Po obejrzeniu filmu nie wyobrażam sobie, by Strange’a miał zagrać ktokolwiek inny, Cumberbatch w mojej świadomości wrósł w tę rolę całkowicie i nierozerwalnie. Dokładnie to samo odczucie towarzyszyło mi, gdy oglądałam Madsa Mikkelsena (gwiazdę serialu Hannibal) w roli Kaeciliusa, od którego po prostu nie dało się oderwać oczu. Może to coś w twarzy Duńczyka, a może po prostu jego niesamowita zdolność do wcielania się w psychopatyczne postacie, zaowocowało to jednak tym, że byłam w stanie uwierzyć, że jest zdolny zniszczyć świat. Źle i niedobrze, że dubbingował go Robert Więckiewicz, nie mogę się bowiem pozbyć przeświadczenia, że kwestie wypowiadane przez tą postać brzmiałyby znacznie groźniej i bardziej realistycznie, gdyby dobrano do tej roli innego aktora. Cofam też wszystkie zastrzeżenia, które kiedykolwiek wyraziłam na temat obsadzenia Tildy Swinton w roli Przedwiecznej – była fenomenalna w roli postaci o nieokreślonym wieku. Nie żeby tego typu rola była dla niej nowością.

Doktor Strange

Drugoplanowe postacie również wypadły świetnie i musicie uwierzyć mi na słowo, bo zanim je wszystkie wymienię i wychwalę, to recenzja rozrośnie mi się do takich rozmiarów, że nikt jej nie przeczyta. Odpowiednia dawka humoru skutkuje tym, że film ogląda się z przyjemnością – żarty zaserwowane nam w wyważony sposób sprawiają, że Doktor Strange nie jest ani głupkowato zabawny, ani tym bardziej sztywny jak księgowy w gipsie. Bez najmniejszego zachwiania balansuje pomiędzy rozbawieniem widza, a zmuszeniem go do głębszego zastanowienia się nad daną sceną, nie popadając w skrajności. Co wcale nie jest takie łatwe w filmie, w którym to metafizyczność gra najważniejszą rolę – trudno jest takiej produkcji nie przerysować i nie zamknąć jej w karykaturalnych ramach. Przecież bieganie i rzucanie czarów samo w sobie jest już absurdalne, a gdy robi to wykształcony doktor nauk medycznych, który dzięki fotograficznej pamięci skończył studia w dwa lata, to poziom absurdu wzrasta dwukrotnie, jeśli nawet nie bardziej. Na szczęście sam bohater zdaje sobie z tego sprawę, a podkreślając to dowcipnymi uwagami sprawia, że i widzowi ta kwestia przestaje zupełnie przeszkadzać. Oczywiście peleryna Strange’a jest klasą sama w sobie, dostarczając nam kilku powodów do solidnej porcji śmiechu. Bez trudu uwierzyłam w słowa Przedwiecznej, że jest to niezwykle kapryśny artefakt.

Doktor Strange

Przejdźmy jednak do tego, co sprawiło, że nie żałowałam wybrania się na seans w technologii 3D. Efekty specjalne. Nie, oj nie… nie żadne wybuchy, płonące lub spadające z hukiem miasta, widowiskowe obijanie się po mordach i kruszące się ściany, gdy któryś z walczących pchnie przeciwnika na mur. Nie mówię, że tego nie było, jednak to nie to przykuwało uwagę i sprawiało, że siedziałam wniebowzięta. Coś podobnego widzieliście, jeśli ktoś oglądał, w Incepcji – zaburzenia grawitacji, zabawa zaginaniem przestrzeni – w filmie Marvela było to zrobione jednak lepiej, mocniej… po prostu bardziej. I to od samego początku, kiedy Przedwieczna wysłała duszę Strange’a w podróż po wymiarach, by pokazać mu jego ignorancję, aż do samiutkiego końca, gdy możemy oglądać genialną walkę w scenerii podzielonego na fragmenty Nowego Yorku, zaprzeczającego wszystkim prawom fizyki. Tak genialnego wykonania jeszcze na ekranie kin nie widziałam, a efekt wart jest każdej złotówki, którą trzeba było dopłacić do biletu na seans 3D. Fani wybuchów znajdą też coś dla siebie, warto jednak pamiętać o tym, że Doktor Strange może i jest filmem superbohaterskim, tutaj jednak walki mają miejsce na poziomie znacznie bardziej pozazmysłowym. Od fizycznego spuszczania łomotu są Avengers, co w produkcji zostało wspomniane dość wyraźnie, ku uciesze tych, którzy lubią takie nawiązania.

Doktor Strange

Zapuszczona broda i ptasie gniazdo z włosów są atrybutem załamanego i zdruzgotanego człowieka. Odrodzenie duchowe i dojście do siebie następuje dopiero wtedy, gdy zaprowadzony zostaje ład i porządek we własnym wyglądzie. Nie inaczej jest i tutaj. Jedyne, co może nużyć, to oglądanie po raz kolejny genezy superbohatera. Owszem, za każdym razem innego, jednak schemat wciąż pozostaje ten sam – jakieś trudne lub nawet traumatyczne przeżycie, szukanie ukojenia i celu w życiu, w efekcie czego zyskanie jakichś ponadprzeciętnych mocy, potem nauka kontroli nad nimi, oczywiście wielki konflikt ze Złem, pierwsze zebrane cięgi, finalnie jednak stanie się dojrzałym produktem tej przemiany – bohaterem. Na szczęście Doktor Strange nie był tak katowany przez popkulturę i kolejnych reżyserów jak chociażby Batman, przy czym ten drugi miał nieszczęście być przemaglowanym tyle razy, że chyba każdemu czkawką odbijają się sceny, w których giną rodzice młodego Bruce’a Wayne’a, a perły z naszyjnika jego matki rozsypują się na ulicy. Bez wątpienia zobaczymy Strange’a jeszcze w niejednym filmie, ten bowiem zapowiedział kontynuację jego przygód. Nie, nie chodzi o to, że jakiś z wątków został niedomknięty i należy go przeciągnąć na kolejną produkcję. Po prostu taka już kolej rzeczy, że gdy jest się superbohaterem, to nie można liczyć na spokój i wytchnienie. Z czystym sumieniem mogę wygonić wszystkich do kin i zapewnić, że nie pożałują czasu i pieniędzy, które poświęcili na obejrzenie tej produkcji. Sama wybiorę się przynajmniej jeszcze raz, by jak najlepiej zapamiętać efekty specjalne i w końcu trafić na seans z napisami. Pomimo tego, że polski dubbing nie był aż tak zły, jak mogłabym się spodziewać (Żebrowski w roli Strange’a i Stenka jako Przedwieczna odwalili kawał dobrej roboty), tęsknię do oryginalnych głosów aktorów.

Doktor Strange

P.S. Pamiętajcie o tym, że to film Marvela. Wytrzymajcie do końca napisów, a cierpliwość wynagrodzą aż dwie sceny.

  • Doktor Strange był dla mnie najbardziej oczekiwanym filmem tego roku! Byłam na seansie 2D z napisami i cała sala była zapełniona – nie przeszkadzało mi chrupanie popcornu i siorbanie coli, bo film absolutnie mnie wciągnął. Wszystko było takie na jakie liczyłam, a nawet lepsze 🙂 Jestem szczęśliwą posiadaczką karty cinema city unlimited, więc pewnie jeszcze kilka razy wybiorę się na film <3

    http://hedonisticat.com

  • Marcin Turkot

    Brawo dla Marvela za odwagę i wprowadzenie tego psychodelicznego superbohatera (wiele elementów było wiernych komiksowemu pierwowzorowi). Mam wrażenie, że Cumberbatch w każdym swoim filmie gra Sherlocka, ale tutaj to nie raziło, bo Strange właśnie taki jest. Drugim najlepszym bohaterem była peleryna lewitacji 🙂 Podobała mi się również finałowa walka (tak na ziemi, jak i w innym wymiarze), bo była niestereotypowa. Natomiast Przedwiecznej nie mogłem znieść, bo była strasznie kapryśna i ładowała tekstami godnymi Paolo Coelho 🙂

  • Deneve

    Chcę taką pelerynkę. ;-;