Dwadzieścia minut reklam (z zegarkiem w ręku!), w tym dwa zwiastuny nadchodzących produkcji DC – Aquamana oraz Shazama! – dzieliły mnie od przekonania się, czy po raz kolejny pociąg do Hogwartu odjechał z peronu 9 i ¾. Okazało się jednak, że doszło do niezwykle widowiskowej katastrofy w ruchu lądowym i tym środkiem lokomocji raczej daleko nie zajedziemy.

Dwa lata temu J. K. Rowling pozwoliła fanom Harry’ego Pottera ponownie zanurzyć się w świecie pełnym magii i niesamowitych stworzeń. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć przenosiły nas do Stanów Zjednoczonych z połowy lat dwudziestych XX wieku, gdy Grindelwald coraz bardziej rósł w siłę, terroryzując magów i zbierając wokół siebie coraz więcej zwolenników. Recenzowałam dla was wspomnianą produkcję, chwaląc ją za wiele rzeczy. Jednak – im więcej razy miałam okazję ją widzieć (dziękuję, Netflixie), tym więcej dostrzegałam w niej wad: dziur w logice, niedociągnięć i braku zdecydowania co do kierunku, w jakim film ma zmierzać. Ostatecznie muszę uznać ocenę „jedynki” za nieco przeze mnie zawyżoną. Zrzucę to na karb sentymentu do tego uniwersum oraz sympatię do niektórych aktorów.

Jeśli chodzi zaś o Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda, to mój entuzjazm gasiły kolejne doniesienia dotyczące fabuły produkcji: że pojawi się wątek Nagini będącej wcześniej magiem, na którym ciążyła klątwa krwi (podczas snu miała zamieniać się w monstrum – węża, żeby pewnego dnia nie wrócić już do ludzkiej postaci), że w filmie zobaczymy profesor McGonagall (co ciekawe, jak donoszą internetowe źródła, data jej urodzenia sugeruje, że nie było szans, by w 1927 roku pełniła funkcję nauczyciela), że tak naprawdę niewiele będzie nawiązań do tak rozgłaszanego homoseksualizmu Dumbledore’a. Wszystko to sprawiało, że w kinie pojawiłam się bez większych oczekiwań, nastawiona raczej na kolejną porcję sentymentu i przyzwoitej rozrywki. No i… zawiodłam się.

Zbrodnie Grindelwalda rozpoczynają się widowiskową sceną ucieczki głównego antagonisty (w tej roli Johny Depp) podczas transportu z pilnie strzeżonego więzienia w Stanach Zjednoczonych, do Europy, gdzie miał odpowiedzieć za swoje zbrodnie. Odzyskując wolność udaje się do Paryża, by zwerbować cudem ocalałego Credence’a (Ezra Miller) w szeregi swoich popleczników. Tymczasem Newt Scamander (Eddie Redmayne) użera się z Ministerstwem Magii, które pragnie zwerbować go w szeregi aurorów, musi też stawić czoło pewnym problemom natury sercowej, Tina (Katherine Waterston ) ugania się po stolicy Francji w poszukiwaniu młodego Barebone’a, a Queenie (Alison Sudol) i Jacob (Dan Fogler) niby pozornie są szczęśliwi, jednak z jasnowłosej panny Goldstein zaczyna wychodzić spora dawka szaleństwa. A! No i jeszcze Dumbledore (Jude Law), poddawany coraz silniejszym naciskom, by walczył z przyjacielem z dawnych lat i uchronił świat magów przed jego tyranią.

Wątki, zdarzenia, interakcje i powiązania mnożą się jak grzyby po deszczu, wyskakują z kapelusza i atakują nas ze wszystkich stron. Motyla noga, ludzie, czego tam nie było! Na liście znalazły się: cudowne zmartwychwstanie, nierozwiązane tajemnice z dawnych lat, nieoczekiwane zmiany stron (i to kilka razy!), pozbawione sensu dialogi, płaczliwe teen dramy, zaskakujące zwroty akcji, a po lokacjach skakano, jak – nie przymierzając – pchły po psie. Konstrukcja filmu była poszatkowana do tego stopnia, że przy niej tatar to najbardziej jednolity kawał wołowiny, jaki w życiu widziałam, no słowo! Zbrodnie Grindelwalda to układanka, składająca się ze zbyt wielu elementów, w efekcie czego zaburza to cały obraz – czas ekranowy na poszczególne motywy jest ograniczony, siłą rzeczy większość z nich ukazana została niezwykle pobieżnie i pozostawiła rozczarowanie, nie mówiąc już o tym, że niektóre z nich niewiele wnoszą do fabuły.

Nie pomaga fakt, że twórcy najwidoczniej nie potrafią zdecydować, o kim ma być film, mnożąc ponad miarę postaci i ich historie. Obok podstawowej czwórki bohaterów i ich losów, pojawia się Nagini i jej zupełnie nierozwinięty wątek, na scenę wchodzi starszy brat Scamandera i nastoletnia miłość magizoologa – Leta, w związku z czym duży nacisk położono na historię rodu Lastrange, nie zabraknie też Albusa Dumbledore’a oraz jego relacji z Grindelwaldem. Ostatecznie jest tego za dużo, więc w całej produkcji niewiele jest Newta, Kowalski schodzi do roli statysty, Gellert ma nieco za mało czasu ekranowego, żebyśmy uwierzyli w tę jego demoniczność (lub historyjkę o ratowaniu świata przed arogancją mugoli i ich żądzą władzy).

Nie do końca też można jasno powiedzieć jaką historię opowiada produkcja – próby ujęcia jednego z najgroźniejszych czarnoksiężników, jego gromadzenie popleczników czy poszukiwanie własnej historii przez Credence’a, a może przedstawia sytuację społeczną w świecie czarodziejów oraz ich stosunku do konieczności ukrywania się przed mugolami. A może jeszcze coś innego? Mnogość postaci, wątków i lokacji wpływa na problemy z tempem produkcji, w pewnym momencie mamy już po dziurki w nosie kolejnych zmian stron i potykania się o grube szwy, które miały trzymać tę produkcję we względnej całości. Trudno mi powiedzieć na ile pewne wątki rozwiążą się w kolejnej części i czy nabiorą wtedy więcej sensu. Wiem jedynie, że niektóre działania postaci pozbawione są logiki.

Jeśli chodzi o orientację Dumbledore’a, którą Rowling ogłosiła już jakiś czas temu, to również ona nie została zarysowana szczególnie wyraźnie, chociaż dla mnie była zauważalna. Zastanawiam się tylko na ile wynikało to z tego, że takiej deklaracji oczekiwałam i czy słowa Albusa, że on oraz Gellert byli „kimś więcej niż bracia”, dodatkowo wzmocnione sceną ze zwierciadłem ukazującym pragnienia, były jednoznaczne dla przeciętnego odbiorcy. Trudno też powiedzieć, by przemawiały do mnie nawiązania do przygód Harry’ego – często mijały się z kanonem, w efekcie fanów raczej drażniły, a ktoś znający serię pobieżnie i tak najpewniej nie zwrócił na nie uwagi.

Żeby jednak nie było, że wyłącznie się czepiam, to muszę przyznać, że jeśli chodzi o wizualizację zaklęć i magii, to twórcy efektów specjalnych spisali się pierwszorzędnie – widowiskowe, ładne, pełne kolorów czary przykuwały wzrok. Śliczne były też fantastyczne zwierzęta (było ich nieco więcej niż w „jedynce”, jednak wciąż nie znaleziono dla nich innego zastosowania niż ratowanie Newta z każdej opresji). Również aktorsko produkcja nie zawiodła – Depp nie drażnił mnie jakoś strasznie w roli tytułowego antagonisty, Law jako Dumbledore również spisał się dobrze, a cała reszta obsady już przyzwyczaiła nas do pewnej średniej, poniżej której nie spadli.

Przyznaję, że nie wiem co z tym wszystkim zrobić. Z jednej strony czuję, że ekspres do Hogwartu odjechał, a moje rozczarowanie produkcją jest ogromne, z drugiej wciąż zastanawiam się nad tym, żeby jednak poszukać zaparkowanego nieopodal latającego samochodu i dostać się do Szkoły Magii i Czarodziejstwa na własną rękę. Liczę, że trzecia część rzuci nieco światła na zagmatwane wątki, rozwiązując supły fabularne i wyjaśniając to i owo widzom, więc zapewne pojawię się na premierze kolejnego filmu. Na chwilę obecną Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda są po prostu kiepską produkcją – rozciągniętą i poszatkowaną. Odnoszę coraz silniejsze wrażenie, że obeszłoby się bez niej, a cała seria zyskałaby na byciu trylogią.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda
Data premiery: 14 listopada 2018 (świat) / 16 listopada 2018 (Polska)
Reżyseria: David Yates
Scenariusz: J. K. Rowling
Typ: fantasy
Obsada: Eddie Redmayne, Katherine Waterston, Dan Fogler, Alison Sudol, Ezra Miller, Johnny Depp, Jude Law oraz inni

PRZEGLĄD RECENZJI
Nasza ocena
4.5
KOREKTAPottero
Poprzedni artykuł[KONKURS] Wygraj książkę Mass Effect. Andromeda: Inicjacja
Następny artykułNa taśmie malowane. Recenzja filmu Twój Vincent
Martyna „Idris” Halbiniak
Nie lubię pisać o sobie. Naprawdę. Zdecydowanie lepszym tematem są książki i filmy, więc właśnie tym na blogu zajmuję się najchętniej. Prywatnie zaś jestem studentką prawa i psychokryminalistyki z solidną zajawką na kryminały (hej, umysł psychopaty jest fascynujący!), fantastykę, konwenty i całą masę rzeczy, które niekoniecznie wpisują się w schemat. Lubię podejmować wyzwania – w tym roku zatem staram się znaleźć chwilę na jeden film dziennie i książkę tygodniowo – w końcu, tak naprawdę, doba jest z gumy, a sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Salsa Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Salsa
Gość

nieźle się zapowiada 🙂