Gdzie jest Dory?

Trzynaście lat. Tyle trzeba było czekać aż studio Pixar zdecyduje się na kontynuowanie znanej nam historii z Gdzie jest Nemo?. Z jednej strony to strasznie długo – większość z pamiętających premierę pierwszej części osób jest już dorosła, dojrzałość zaś nie zawsze idzie w parze z chęcią oglądania animacji, z drugiej jednak strony świadczy to o tym, że nie jest to sequel stworzony wyłącznie z myślą o tym, by zajrzeć do portfela widza i wyrwać z niego nieco pieniędzy. Pierwsza część okazała się kasowym sukcesem, zarabiając przeszło 900 milionów dolarów, jednak „dwójka” sumę tę zauważalnie pobiła. Pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, że te kilkanaście lat pozwoliło na zrobienie lepszej, dojrzalszej animacji, która nie jest odcinaniem kuponów od sukcesu swojej poprzedniczki, wręcz przeciwnie – idzie również w jej ślady, poruszając tematy ważne i to w sposób przystępny dla najmłodszych. Czekanie tyle czasu bez wątpienia się opłaciło – Pixar stworzył bowiem cudowną produkcję. Wiele można powiedzieć o Gdzie jest Dory?, ja jednak ograniczę się do stwierdzenia, że jest to jedna z najlepszych bajek ostatnich lat – potrafi poruszyć w widzu skrajnie różne struny, nie tylko bawiąc, ale też wzruszając i skłaniając do refleksji. Nie jest też pozbawiona podnoszącego na duchu przesłania, przedstawionego w sposób mądry i odpowiednio subtelny. Zdecydowanie opowieść o zapominalskiej rybce Dory jest dowodem na to, że perfekcja wymaga czasu, a jakość jest o wiele ważniejsza od ilości kolejnych kontynuacji. Czekam na czasy, gdy stanie się to jasne, a kolejne części animacji przestaną być bezczelnym odcinaniem kuponów, które budzi we mnie tylko głęboki niesmak.

Gdzie jest Dory?

Twórcy zdobyli się na wyjątkowo dojrzały krok – ciężar opowieści przenieśli na postać, która do tej pory kryła się na drugim planie. Tym razem to właśnie rybka Dory jest najważniejszym ogniwem historii i to ona znajduje się w centrum narracji, podczas gdy dotychczasowi bohaterowie pierwszoplanowi zostali usunięci nieco w cień, stamtąd służąc wsparciem. Podobny zabieg studio Pixar zastosowało w Autach, w kontynuacji których to postać poboczna grała główne skrzypce. W Gdzie jest Dory? zabieg ten wyszedł jednak znacznie lepiej. Być może dlatego, że cierpiąca na zaniki pamięci krótkotrwałej bohaterka wzbudza we mnie znacznie większą sympatię niż przeżarty korozją samochód, a fabuła o poszukiwaniu własnej rodziny jest bliższa mojemu sercu i emocjonalnemu wnętrzu niż szpiegowska intryga rodem z filmów o Bondzie, agencie Jej Królewskiej Mości. Głównym wątkiem najnowszej animacji Pixara jest właśnie chęć odnalezienia własnych rodziców i wypełnienia tej luki, którą Dory odczuwa, nie do końca zdając sobie sprawę z tego co mogło ją spowodować. Nie jest łatwo pamiętać o celu swojej wyprawy, gdy ma się problem z zapamiętaniem tego, co właśnie się usłyszało. Pomimo to Dory, wraz z Nemo i jego ojcem, decydują się na ponowną podróż przez ocean, by dokonać tego, co może się wydawać niemożliwe. Bez trudu odnajdujemy w sobie nadzieję na to, że wszystko zakończy się dobrze, a niebiesko-żółta rybka odnajdzie swoją rodzinę; kibicowanie jej jest wręcz naturalnym następstwem obudzonej w nas sympatii do głównej bohaterki.

Gdzie jest Dory?

Gdzie jest Dory? nie jest animacją pozbawioną morału. Film Pixara to nie tylko ciekawa i wciągająca historia, która nie pozwala nam się nudzić, ale również dobrze przedstawione przesłanie, umiejętnie wplecione w losy bohaterów. Nie chodzi jedynie o zalety płynące z posiadania wspierającej rodziny i gotowych na wiele przyjaciół, którzy z chęcią pomogą w trudnych chwilach. Jest to bowiem również opowieść o ciężkiej walce z niepełnosprawnością, która utrudnia codzienne funkcjonowanie i o tym, jak trudna jest przyjaźń z osobą, która dotknięta jest chorobą. Twórcy nie ukrywają, że dla Nemo i Marlina nie jest to łatwa znajomość, wymagająca od nich wielu poświęceń, niejednokrotnie zaś popychająca ich na skraj cierpliwości i sprawiająca, że pojawiają się przykre słowa i zwątpienie. Nie ma tu jednak miejsca na potępienie i ocenianie takich reakcji, bo nie o to przecież chodzi – zamiast tego jest wiele możliwości, by swoje zachowanie naprawić, zrewidować poglądy i, co czasem bywa najcięższym wyzwaniem, przyznać się do błędu. Osobiście poruszyło mnie jednak nieco inne przesłanie, które znalazłam w filmie – czasem warto porzucić utarte schematy działania i dać się ponieść chwili. W dzisiejszym świecie istnieje niepokojąca tendencja do planowania każdego momentu w życiu, w konsekwencji czego przeżywamy załamanie, gdy coś z naszej listy rzeczy do zrobienia nie wyszło, jakiś cel nie został osiągnięty. Nie zrozumcie mnie źle, posiadanie planu nie jest wcale złe, warto jednak liczyć się z tym, że jego zrealizowanie może się nie udać – nie będzie to jednak koniec świata, a zwykła przeszkoda, z którą trzeba będzie się zmierzyć. Czasem spontanicznie podjęta decyzja i zaufanie obcej osobie może mieć dla nas niezmiernie pozytywny wpływ, o czym warto pamiętać. Nie róbmy wszystkiego pod linijkę i nie odcinajmy się od ludzi, bo to skutkuje wiecznym niezadowoleniem z tego, co się ma oraz… samotnością.

Gdzie jest Dory?

Przygody zapominalskiej Dory mają bardzo podobny scenariusz do tego, co mieliśmy okazję zobaczyć już w Gdzie jest Nemo? – obie animacje skupiają się na podróży przez ocean, by kogoś odnaleźć. Nie jest to jednak szczególnie odczuwalne, twórcy zrobili bowiem wszystko, by to podobieństwo nie rzucało się widzowi zanadto w oczy i nie sprawiało wrażenia wtórności. Ponadto częściej mamy okazję oglądać wnętrze instytutu oceanicznego niż głębię oceanu. Pojawiają się też nowe postacie, które wzbudzają naszą sympatię i uśmiech – mamy więc cudowną białuchę o dużej tendencji do wpadania w panikę, niedowidzącego rekina wielorybiego, który (a raczej która, bo postać jest żeńska) nie potrafi pływać po akwenie bez wpadania na jego ścianki i obijania się o nie, no i cyniczną ośmiornicę-kameleona (czy może siedmiornicę, naszemu bohaterowi brakuje bowiem jednej macki). Wszyscy oni wprowadzają do bajki nowego ducha, nawet jeśli niektórzy z nich są znajomymi Dory, o których, z powodu swojej przypadłości, zdążyła zapomnieć. Całość narysowana jest ze starannością i dbałością o szczegóły, a trzynaście lat postępu w animacji sprawiło, że Gdzie jest Dory? jest pod względem technicznym jeszcze bardziej zapierająca dech w piersiach niż jej poprzedniczka. Na szczególną uwagę zasługuje pościg ulicami miasta – dzięki staraniom grafików mamy okazję podziwiać jedną z lepszych scen tego rodzaju w filmie animowanym. Wizualnie film jest bezsprzecznie ucztą dla oczu – utrzymany w odpowiednich tonacjach barw pozwala nam wczuć się w sielankowy obraz oceanarium, czy bardziej niepokojących odmętów głębin.

Gdzie jest Dory?

Film zrealizowany jest z dbałością o szczegóły, która utrzymuje się na najwyższym poziomie – fabularnie i wizualnie stanowi jakość samą w sobie. Poza przemyśleniami udaje mu się rozbudzić u widza również wesołość – żarty są niewymuszone i bardzo swobodne, trafiające zarówno w gust najmłodszych, jak i starszych widzów. Podziękowania i uznanie należą się za brak żartów politycznych, które mnie osobiście w bajkach drażnią, stosunkowo szybko mija bowiem czas, gdy te są zabawne i szybko odchodzą do lamusa. Oczywiście nie obyło się bez wykorzystania w polskiej wersji dubbingu głosu Krystyny Czubówny jako spikerki w instytucie oceanicznym. Jest to oczko puszczone do starszych widzów, pomimo tego, że sam żart ma już brodę do samego pasa. Zdecydowanie polecam tę animację każdemu – młodszym i starszym widzom – dając gwarancję na to, że nie pożałują poświęconego na nią czasu. Nie jest to jedna z tych banalnych bajek, od których roi się w kinach.

Dodaj komentarz

avatar