1

Za sprawą Przebudzenia Mocy rozpoczyna się czas, kiedy kolejne pokolenie zostanie wychowane na Gwiezdnych wojnach. Tak jak moi rodzice w latach 80. emocjonowali się „starą trylogią”, a ja „nową trylogią” (wiem, nie ma się czym chwalić), tak dzisiejsze dzieci i młodzież wychowywać będzie się na „jeszcze nowszej trylogii”. Być może jestem już stary albo zbyt zgrzybiały, ale Przebudzenie Mocy nie spodobało mi się tak, jak się spodziewałem i żałuję, że młode pokolenia będą wychowywały się właśnie na tej trylogii.


Uwaga! W dalszej części tekstu znajdują się spojlery wielkości Gwiazdy Śmierci!

Disney praktycznie do samej premiery utrzymywał fabułę filmu w tajemnicy, przez co trudno było nastawić się na cokolwiek. Po premierze okazuje się jednak, że może i było to słuszne zagranie, bo Przebudzenie Mocy pod względem fabularnym kuleje. Abrams i Kasdan wymyślili jakiś tam motyw przewodni kontynuacji, mający polegać na poszukiwaniach Luke’a Skywalkera, który zniknął i nie chce, żeby go odnaleziono, ale mimo wszystko pozostawił po sobie mapę umożliwiającą zlokalizowanie go… W tym celu nowi i starzy bohaterowie łączą siły, ale wtedy okazuje się, że film w zasadzie jest o czymś innym. Scenarzyści nie mieli chyba pomysłu, jak rozwinąć poszukiwania na trylogię, którą ubzdurał sobie Disney, więc po burzy mózgów stwierdzili, że odwołają się do sentymentu fanów i spróbują pobić Lucasa. Oto bowiem niedobitkom Imperium udało się zorganizować w kolejną Wielce Złą Frakcję nazywaną Najwyższym Porządkiem i wybudować superbroń zdolną do niszczenia wielu planet jednocześnie – taką Gwiazdę Śmierci 3.0, przy której dwie pierwsze to śmiechowy prototyp. Ruch oporu – który, nie wiedzieć czemu, nie należy do Republiki, bo Abrams i Kasdan stwierdzili, że nie warto prezentować politycznego rozkładu sił – rzecz jasna wysyła pilotów, którzy mają tę superbroń zniszczyć. Panowie scenarzyści, gdybym chciał oglądać fabułę Nowej nadziei, to obejrzałbym Nową nadzieję, a nie jakieś zrzynające z niej Przebudzenie Mocy.

2

Klasyczne Gwiezdne wojny zaprezentowały widzom galerię barwnych postaci, które na stałe zapisały się w popkulturze. Przebudzenie Mocy starało się wprowadzić nowych, którzy przejęliby po nich schedę, ale próżno szukać tutaj godnych następców. Do bólu irytujący Finn, płaska i nieciekawa Rey i czarny charakter w postaci Kylo Rena nie mają szans na to, żeby złotymi zgłoskami zapisać się w historii kinematografii. Rey jest po prostu nieciekawa, Finn to taki odpowiednik Jar Jara wprowadzony w ramach poprawności politycznej, a Kylo Ren jest denerwującym wymoczkiem, który nigdy nie zostanie pełnoprawnym odpowiednikiem Dartha Vadera. Ot, to rozwydrzony dzieciak, któremu zachciało się bawić we władzę nad światem, ale nikt nie traktuje go poważnie. Jako tako jeszcze się broni, kiedy owiany jest nimbem tajemnicy, czyli maską modulującą głos, ale w momencie, kiedy ją zdejmuje i oczom widza okazuje się zniewieściały wypierdek, cały nikły czar pryska, na ustach widza pojawia się uśmiech politowania i zażenowania, a na sali kinowej słychać nawet śmiechy z kategorii „brecht” i „LOL”. Zdecydowanie nie takiego szwarccharakteru spodziewałem się po Przebudzeniu Mocy, a badassowstwa i sympatii widzów na pewno nie kupiło mu zabicie jednej z najlepszych postaci w historii kina. Niestety, prawie wszystkie nowe postaci są podobnego sortu. Kapitan Phasma, mająca najpewniej zastępować Bobę Fetta, pojawia się w tle jako nic nieznaczący zapychacz, najwyższy przywódca Snoke to przerośnięty Voldemort, a żeby dobitnie obwieścić widzowi, że generał Hux jest zły, zrealizowano dla niego scenę rodem z Triumfu woli Leni Riefenstahl, w której z pasją Hitlera przemawia w scenografii jak żywo przypominającej materiały filmowe o Trzeciej Rzeszy. Taka plejada słabych postaci sprawia, że cały film kradną dla siebie Han Solo i Chewbacca.

Zrzynanie z Nowej nadziei i marni bohaterowie to jednak niejedyny problem Przebudzenia Mocy, jeżeli idzie o fabułę. Film jest za długi, parokrotnie zdarzało mi się z niecierpliwością patrzeć na zegarek, żeby oszacować, ile jeszcze do końca. Mimo dwóch i pół godziny seansu, scenarzystom nie udało się zarysować ważnych rzeczy, jak chociażby tego, dlaczego Republika po uporaniu się z Imperium pozwoliła na to, żeby pomyje po nim zorganizowały się i zbudowały kolejną superbroń. Co robiła Leia, która z księżniczki awansowała na generała, poza migdaleniem się z Hanem, że do tego doszło? Która ze stron konfliktu wygrywała? Na te i wiele innych pytań nie znajdziemy w Przebudzeniu Mocy odpowiedzi.

2

Nie licząc jednak fabuły, nowe Gwiezdne wojny były filmem przyjemnym. Co prawda pod względem klimatu nie dorównuje on żadnej części starej trylogii, ale nie jest to też poziom prequeli stworzonych przez George’a Lucasa. Mimo wszystko jest to całkiem przyjemne widowisko w klimatach kina nowej przygody, mistrzowsko zrealizowane przy połączeniu standardowych efektów specjalnych i CGI, okraszone – jak zawsze świetną – muzyką Johna Williamsa. Gdyby ktoś chciał wybrać się na wersję z polskim dubbingiem, nie ma obaw – nie licząc dwóch drugoplanowych głosów, jest ona całkiem udana.

2

Przebudzenie Mocy sprawiło mi zawód. Wiązałem z nim ogromne nadzieje, licząc na rozbudzenie na nowo mojej miłości do Gwiezdnych wojen i kontynuację, która z dumą może nosić miano dalszej części klasycznej trylogii. Niestety, chociaż film jest bardzo dobry pod względem audiowizualnym i czuć w nim klimat serii, to mocno kuleje ze względu na brak oryginalności i cienką fabułę pełną różnych głupotek i zrzynania z Nowej nadziei. Parafrazując kultową frazę Obi-Wana: „To nie jest sequel, którego szukacie”.

Ocena: 6/10

Plusy
+ muzyka
+ efekty specjalne
+ zdjęcia
+ Han Solo i Chewbacca

Minusy
– fabuła
– brak oryginalności, zrzynki ze starej trylogii
– beznadziejni nowi bohaterowie, z Kylo Renem na czele

Autor: Pottero

Dodaj komentarz

avatar