Jak wytresować smoka to dziś marka, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Spora w tym zasługa udanych kampanii reklamowych. Ta dotycząca najnowszego filmu została zrealizowana w sposób naprawdę świetny. Materiałów promujących najnowszą produkcję pojawiało się co niemiara. Zabawny klip ze Szczerbatkiem i Kitem Harringtonem (gwiazdą Gry o tron, innego hitu ze smokami, w produkcjach DreamWorks dubbingującego jedną z postaci, Ereta), gra na urządzenia mobilne (nieco przekombinowana, ale z ładnymi animacjami), na platformy komputerowe, fotomontaże ze Szczerbatkiem w sławnych miejscach świata, kolejny klip ze znanym smokiem bawiącym się latarnią jak piłką, zwiastuny, książki, gadżety, plakaty, pluszaki…

Pod względem nakręcania zainteresowania firma spisała się znakomicie. Czy film spełnia rozbudzone oczekiwania?

Fabuła na pierwszy rzut oka nie jest przesadnie skomplikowana. Po śmierci ojca Czkawka stara się pełnić rolę wodza, jednocześnie zmagając się z rosnącą liczbą smoków w wiosce oraz zakusami łowców. Prowadzi go to do podjęcia dość radykalnej decyzji.

Po uważniejszym przyjrzeniu ma się natomiast wrażenie, że twórcy chcieli poruszyć jak najwięcej problemów i upchnąć możliwie wiele wątków (może ze względu na zbliżający się koniec), których nie zdążyli czy może nawet nie mieli zamiaru rozwinąć. Valka mówiąca synowi i spółce, że podczas walki za bardzo polegają na swoich smokach, zamiast samych sobie? Ta kwestia w ogóle już się nie pojawia, a kolejne sceny bitew przebiegają tak samo. Czkawka zmagający się z legendą ojca, nie do końca akceptowany przez niektórych członków społeczności? Problem jest gdzieś tam zasygnalizowany, ale nic z niego nie wynika. Niegotowość Czkawki i Astrid na kolejny etap związku? W końcu zmieniają zdanie, bez poinformowania widza, jak i dlaczego. Niektóre z tych wątków mogłyby być głównymi motywami osobnych filmów, tutaj natomiast pojawiają się i znikają jak sen złoty.

Nieco razi też łatwość odnalezienia legendarnego ukrytego świata. Owszem, można by znaleźć wytłumaczenie, trudno jednak uniknąć myśli, że to przykład lazy writing albo skutek tego, że scenarzysta (z powodów poruszonych powyżej) nie dawał już rady zmieścić się w czasie ekranowym.

Płytko wypada również główny zły, którego motywy najwyraźniej sprowadzają się do tego, że zabija Nocne Furie, ponieważ kręci go zabijanie Nocnych Furii. Starcie z łowcami smoków mieliśmy już w drugiej części, tym bardziej więc ten konflikt fabularny wydaje się oklepany. Twórcy starali się co prawda nadać Grimmelowi nieco inną osobowość niż u poprzednich wrogów, robiąc z niego mistrza intryg i zasadzek, te jednak chwilami sprawiają wrażenie bądź to topornych, bądź aż nadmiernie skomplikowanych, a w związku z tym nie wiadomo, do czego właściwie prowadzących i mających niewielkie szanse na powodzenie. Na dodatek film niekiedy próbuje przekonać widza o inteligencji antagonisty w najgorszy możliwy sposób, to jest robiąc idiotów ze wszystkich dookoła. (Scena, w której Grimmel tłumaczy Lordom Wojny, że ich cel nie mógł udać się na południe, północ i wschód, podpowiadając „wobec tego polecieli na za… za…”, na co ktoś krzyczy „wschód”, jest wręcz kuriozalna).

Oprócz konfliktu z łowcami smoków głównym motywem trzeciej części są, czego można łatwo się domyślić z materiałów promocyjnych, związki. Nie chodzi tylko o Szczerbatka zafascynowanego Białą Furią – Jak wytresować smoka 3 to istny festiwal shipów. Mamy tu wspomniane już dylematy Czkawki i Astrid, zauroczenie Sączysmarka Valką, Szpadkę zastanawiającą się, którego z adoratorów wybrać, Śledzika jako smoczą mamę, a ponadto, choć twórcy wciąż nie mieli dość odwagi, by otwarcie powiedzieć o orientacji Pyskacza, jest ona wyraźnie zasugerowana, a scenarzyści najwyraźniej świetnie się bawią, subtelnie (i mniej) próbując z nim połączyć jednego ze znanych już bohaterów.

Skoro o związkach mowa, zazgrzytałam zębami przy scenie ślubu, gdzie, mimo że to kompletnie inna kultura i czasy, wybranka tradycyjnie ubrana jest w białą suknię. Kontekst jest zupełnie oczywisty, nawet dziecko widzi, że bohaterowie się pobierają, mimo to, zamiast zainspirować się strojami skandynawskimi czy nawet puścić wodze fantazji, zdecydowano się powielić bezsensowny schemat.

Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwają się jednak zaloty smoków, ze słynną już ze zwiastuna sceną, w której Szczerbatek próbuje zaimponować wybrance i która jest autentycznie zabawna. Elementy humorystyczne przewijają się zresztą przez cały film – widoczne są zwłaszcza, co nie jest niespodzianką, w wątkach towarzyszy Czkawki (Mieczyka, Szpadki, Sączysmarka i Śledzika), i wypadają całkiem nieźle.

Wracając jednak do Białej Furii, postanowiono ją najwyraźniej przedstawić na zasadzie przeciwieństwa. W odróżnieniu od Szczerbatka jest nieufna, dzika i tajemnicza, nie wspominając już o oślepiająco białym (i obsypanym brokatem) ubarwieniu (które w naturze byłoby raczej mało praktyczne u samic większości gatunków). W porównaniu do swojego partnera wydaje się także mało charakterystyczna – być może dlatego, że dostaje, biorąc pod uwagę wszystkie filmy, znacznie mniej czasu ekranowego. Szczerbatek wsławił się swoim kocio-psim zachowaniem i wyrazistą mimiką – u Białej Furii trudno to znaleźć.

Sposób animacji tradycyjnie (jeśli chodzi o główną serię, bo w Jeźdźcach smoków jest z tym, ze zrozumiałych względów – brak czasu, mniejsza popularność – o wiele gorzej) stoi jednak na wysokim poziomie. Kolory są wspaniałe, ujęcia domów na wyspie Berk czy gromad smoków przykuwają uwagę żywością barw. Bardzo dobrze wypadł też design postarzonych postaci. Fantastyczna jest mimika dzieci na widok smoka, nieodmiennie przywodząca mi na myśl cytat z Pratchetta – ten rodzaj przerażenia i podziwu, i niepewności, czy mają się śmiać, czy płakać, czy siusiać w spodnie.

Polski dubbing również daję radę – choć czasem można odnieść wrażenie, że niektórzy aktorzy chcą brzmieć wyluzowanie czy śmiesznie nieco na siłę, nie ma tego na tyle dużo, żeby szczególnie raziło.

Film stara się czasem grać na sentymencie – jest kilka momentów, które przypominają te z pierwszej czy nawet drugiej części, co wypada bardziej czy mniej udanie. Scena, która w najbardziej oczywisty sposób nawiązuje do pierwowzoru, paradoksalnie jest jednak zupełnie odwrotna; to moment, w którym Czkawka cofa dłoń od swojego ukochanego smoka.

Bo gdyby pośród tych wszystkich, potrzebnych czy nie, wątków, wymienić temat przewodni, powiedziałabym, że Jak wytresować smoka 3 to film o dojrzewaniu, znajdowaniu swojego miejsca i o tym, że czasem trzeba pozwolić odejść.

Nie jest to tak optymistyczny morał jak w pierwszej części, nie potrafię go jednak nazwać gorzkim, bo nie jest wymuszony przez ponure spojrzenie na świat i złą rzeczywistość, a realizm i naturalną konsekwencję rozwoju.

Owszem, ten film nieraz gryzie więcej, niż potrafi przełknąć. Owszem, ma rozmaite wady. A jednak na seansie bawiłam się świetnie – choć może dlatego, że nie miałam wielkich oczekiwań, nie spodziewając się, nauczona doświadczeniem po dość przeciętnej, przynajmniej w porównaniu, drugiej części, że będzie w stanie unieść ciężar jedynki. To ładne, porządnie zrealizowane, długo wyczekiwane zakończenie uznanej serii, z humorem i ze szczyptą smutku – a przede wszystkim ze smokami.

Szczegóły:

Tytuł: Jak wytresować smoka 3
Data premiery: 15.02.2019 (Polska)
Reżyseria: Dean DeBlois
Scenariusz: Dean DeBlois
Typ: animacja, przygodowy
Obsada: Grzegorz Drojewski, Julia Kamińska, Izabela Warykiewicz, Tomasz Traczyński, Mateusz Narloch, Artur Pontek, Sebastian Cybulski, Julia Hertmanowska oraz inni

Dodaj komentarz

avatar