Jurassic World: Upadłe królestwo

Dobrze się złożyło, że premiera Upadłego królestwa miała miejsce między sesją a ostatnimi zaliczeniami przedsesyjnymi. Poszłam na seans z lekkim bólem głowy, zmęczona upałem, trochę głodna i bardzo śpiąca. Wyszłam zupełnie rozbudzona, mniej obolała, wciąż głodna, przyjemnie wychłodzona klimatyzacją i dość zadowolona z tego, co właśnie obejrzałam. „Dość zadowolona” oznacza niestety, że Upadłe królestwo jest moim zdaniem najsłabszym filmem z całego dorobku jurajskiej serii.

Trudno powiedzieć, co jest szkieletem fabularnym tej części. Dominują dwa wątki, jeden dotyczący nowej hybrydy i jeden wymuszonego exodusu dinozaurów z wyspy. Kilka lat po wydarzeniach z poprzedniego Jurassic World trwa publiczna debata, w której stronami są zwolennicy ocalenia dinozaurów przez ponownym wymarciem i przeciwnicy tego rodzaju interwencji w życie wielkich gadów. Sprawa jest pilna, ponieważ wzmożona aktywność wulkanu na Isla Nublar źle wróży dinozaurzym rebeliantom i przyszłości samej wyspy.

Z ramienia Benjamina Lockwooda zostaje zorganizowana akcja ratunkowa, w której udział biorą znani nam już bohaterowie, tj. Owen Grady (w tej roli Chris Pratt) i Claire Dearing (Bryce Dallas Howard). Towarzyszy im dwoje współpracowników Claire – energiczna Zia Rodriguez (Daniella Pineda), tak temperamentna jak ostatni welociraptor, i Franklin Webb (Justice Smith), strachliwy specjalista od programowania i jedyny oprócz nowej hybrydy bohater skutecznie wprowadzający humor. Czteroosobowa grupa, pod przewodnictwem i opieką wojska, wraca na wyspę, by pomóc w odnalezieniu i ocaleniu jedenastu wybranych gatunków. Jednak szybko okazuje się, że akcja ratunkowa jest w rzeczywistości czymś zupełnie innym, bohaterowie muszą walczyć o przeżycie na równi z dinozaurami, a welociraptor Blue wreszcie doczekał się własnego wątku, rozwiniętej osobowości i wzruszającej backstory. Położono duży nacisk na jego płeć, co fabularnie ma znaczenie, ponieważ uzasadnia zaangażowanie, z jakim był śledzony, schwytany i przetransportowany na ląd. Otóż często i gęsto podkreśla się, że Blue jest samicą. Co więcej, samicą mającą spełnić niezwykle istotną rolę w planach Eli Millsa (w tej roli Rafe Spall), podwładnego Lockwooda i człowieka, którego już przy pierwszym spotkaniu widz zaczyna podejrzewać o nieczyste intencje.

Blue zostaje zabrana z rozpadającej się wyspy wraz z innymi nieszczęśliwymi dinozaurami. Pozostawieni w tyle bohaterowie w szalonym tempie przeprowadzają widza przez Isla Nublar umierającej w spazmach wulkanicznego wybuchu. Akcja pędzi z prędkością komety, efekty specjalne i dźwiękowe tworzą zapierający dech w piersi miszmasz, a bohaterowie, tak ludzcy, jak zwierzęcy, próbują jakoś odnaleźć się w piekle zgotowanym przez Matkę Naturę, uciec trującym wyziewom i powoli lecz nieubłaganie płynącej lawie, zachłannie pożerającej każdą przeszkodę.

Przeżycia są tak intensywne, że wciskają w fotel, a to dopiero pierwsze pół godziny filmu. Czyżby szczyt napięcia został przeniesiony bliżej początku, niż końca? Niezupełnie. Niestety nic lepszego film nie może już zaoferować. Druga tak ekscytująca scena ma miejsce dopiero pod koniec Upadłego królestwa i nie przebija pierwszej. Ucieczka z wyspy i ucieczka przed nową hybrydą są dwoma równymi szczytami w filmowym paśmie napięcia nerwowego. Nawet jumpscare’y, swoją drogą tanie i przewidywalne, nie są w stanie sprawić, by wysokość drugiego szczytu nieco wzrosła.

1

Tak jak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak wszystkie wątki prowadzą do Lockwooda. Kim zatem jest ów tajemniczy Benjamin Lockwood? Brzmi mało znajomo? Słusznie, ponieważ pojawia się po raz pierwszy i służyć ma jedynie uzasadnieniu rozwoju fabuły. Jeśli kiedykolwiek wcześniej był wspominany, to nie dość znacząco, by sugerować jego istotną rolę w historii obu parków jurajskich postawionych na Isla Nublar. Tymczasem dowiadujemy się, że wraz z Johnem Hammondem uczestniczył w tworzeniu technologii i ideologii klonowania dinozaurów. Cały jego wątek został wpleciony w film najwyraźniej jedynie w celu uszczegółowienia genezy powstania parku. Podane informacje niewiele zresztą wnoszą do fabuły i służą głównie uzasadnieniu początkowych poczynań bohaterów. Ponownie, jak w przypadku Hammonda, z powodzeniem można wysnuć wniosek, że nawet najlepsze chęci mogą prowadzić do katastrofy.

Katastrofa natomiast ma miejsce w posiadłości Lockwooda, w której przebywa nowa hybryda – to dziwnie smukłe, giętkie zwierzę o zadziwiająco długich pazurach znane z zapowiedzi, nazwane indoraptorem (od indominusa rexa i welociraptora, z których DNA się składa). To ponoć doskonały drapieżnik, najlepszy, jaki kiedykolwiek chodził po Ziemi. Inteligentny, sprytny, wytrzymały. Dziwi więc zakończenie. Trudno uwierzyć, by miało logiczne uzasadnienie, kiedy ledwie kilka minut wcześniej widziało się hybrydę skutecznie stosującą podstęp, by oszukać człowieka, zaspokoić głód i odzyskać wolność. Hybrydę, która uśmiechnęła się znacząco, wyraźnie zadowolona ze swojego sukcesu.

2

Opary absurdu unosiły się nie tylko nad scenami walki z indoraptorem czy sekwencjami ucieczki przed nim. Przy śmiesznie melancholijnym opuszczaniu Isla Nublar prawie załamałam ręce. Miało być wzruszająco, miało chwytać za serce, tymczasem zamiast powagi i choćby odrobiny głębi otrzymano wzbudzającą śmiech ironię. Doprawdy, rozpaczający brachiozaur powoli znikający w wulkanicznym pyle i podświetlony rozlewającą się za nim lawą to zjawisko może piękne wizualnie, lecz absurdalnie głupie, szczególnie w połączeniu z twarzami głównych bohaterów, na których króluje skupienie tak głębokie jak Rów Mariański i pozbawione wyrazu bardziej niż nieprzyprawiona zupa. Jestem przekonana, że twórcy wybrali do tej sceny właśnie brachiozaura tylko ze względu na wydawane przez niego jękliwe dźwięki idealnie pasujące do koncepcji płaczliwie zawodzącego jaszczura skazanego na śmierć.

Nie lepiej rzecz ma się z mimiką Claire, która, szczególnie w scenach początkowych, wygląda, jak przyłapana na najbardziej wstydliwej rzeczy, jaką można sobie wyobrazić. Twarz zastygła w grymasie zdziwienia czy szoku, wybałuszone oczy, usta rozchylone jak w reklamie szminki – i tak przy każdym zbliżeniu, jakby aktorka dostawała skurczu na widok kamery.

3

Tak słabe jak mimika Claire, jest umotywowanie działań głównego złoczyńcy. Jeśli mam uwierzyć, że zrobił to, co zrobił (a kilka chorych rzeczy się znajdzie) tylko dla pieniędzy, to lepiej od razu złożę rezygnację ze świata. Tak płytkiego bohatera dawno nie widziałam. Zabrakło jakichkolwiek oznak, choćby najmniejszych, choćby sugestii, jego osadzenia w wykreowanej przez twórców rzeczywistości. Szaleństwo uzasadniałoby takie oderwanie bohatera, rzecz jednak w tym, że w tym filmie nie ma szaleńców.

Być może uniknięto by takiej sytuacji, gdyby zamiast w pośpiechu wrzucać kolejnych bohaterów, pozwolono im drobne gesty świadczące o jakimkolwiek życiu wewnętrznym, jak w przypadku Kena Wheatleya (w tej roli Ted Levine), który wyrywa zęby schwytanym dinozaurom, by zrobić sobie z nich naszyjnik. Nawet indoraptor ma więcej charakteru niż Eli! Drobne szczegóły jego zachowania, takie jak stukanie zakrzywionym pazurem świadczące o dużym skupieniu, bez wątpienia odziedziczone po welociraptorze, budują postać bez zbędnego rozciągania czasu produkcji.

Zamiast dłużyzn mających wprowadzić tło emocjonalne, wolałabym mieć okazję do wyłapania podobnych smaczków, subtelnych sugestii i aluzji. Wolałabym uczestniczyć w grze producenta z widzem, dostać kilka sprytnie ukrytych nawiązań do oryginału, coś więcej niż laskę z bursztynową gałką, podejrzanie podobną do tej, którą miał John Hammond. Cieszyłabym się również, gdyby fabuła była zwarta bez przymusowego dodawania postaci mających tylko uzasadnić jej rozwój. Takich chwilowych bohaterów było co najmniej trzech, a to o trzech za dużo.

Pojawiły się również stereotypy. Jeden szczególnie bił po oczach – oczywiście, że Rosjanin w stylizacji na typowego członka mafii nalegał na zakup najgroźniejszego drapieżnika, jakiego nosiła Ziemia. Oczywiście, że pod jego naciskami ugięli się ludzie, którzy ugiąć się nie powinni.

4

Film miał jednak także dobre strony, a tych, na szczęście, było trochę więcej, choćby strona wizualna, o której już wspomniałam, czy ścieżka dźwiękowa. Wszystkie momenty, w których bohaterowie wykazywali rozsądne podejście do sytuacji, z którą akurat mieli do czynienia, były dla mnie jak miód na serce. Trzeba jednak zaznaczyć, że w ostatecznym rozrachunku nic konstruktywnego z tego rozsądku nie wychodziło.

Nowa hybryda i Blue zasługują na oddzielny akapit, były bowiem jak nienaruszone ciastko na talerzu pełnym pokruszonych słodyczy. Inteligencja obu dinozaurów miała ogromny potencjał, choć wykorzystany częściowo lub ograniczony świadomie na rzecz prostszych rozwiązań fabularnych. Animacja indoraptora była cudownie szczegółowa i przyjemnie płynna, a złoty pas na każdym boku gada dodawał zwierzęciu uroku. Doceniam to, że twórcy dali hybrydzie mniej oczywiste cechy obu gatunków dominujących w jej DNA, dzięki czemu nie tylko stukała zakrzywionymi pazurami, lecz także nawoływała inne drapieżniki w charakterystyczny dla welociraptorów sposób i wiedziała, jak używać klamek. Blue niewiele jej ustępowała i dominowała oddaniem wobec znanych sobie osób, instynktem stadnym oraz inteligencją emocjonalną, której brakowało indoraptorowi.

Warto zwrócić uwagę na sposób, w jaki bohaterowie mówili o dinozaurach. Niektórzy nadawali im płeć, inni mówili o nich jak o przedmiotach. Wygląda na to, że podział nie był przypadkowy, a najlepiej widać go w przypadku rozmów o indoraptorze i Blue. Eli należał do drugiej grupy, dla niego wielkie gady były tylko bronią, którą można sprzedać w bardzo korzystnej cenie. Mówił o nich „it”. Doktor Wu, ten sam, który w Parku Jurajskim czuwa nad rozwojem jaj w laboratorium, widzi w dinozaurach żywe stworzenia będące obiektami badań, prototypami, zwierzętami doświadczalnymi, o które trzeba dbać. Mówi o nich z podziałem na płci. Główni bohaterowie pozytywni zachowują tę samą manierę.

5

Podobne smaczki przewijają się przez cały film. Można odnaleźć fragmenty symboliczne, takie jak rozbicie bursztynowej gałki w bardzo znaczącym momencie (no spoilers) czy wypłynięcie ze schwytanymi okazami na statku o nazwie Arkadia. Z lekkim uśmiechem wita się również każde wystąpienie tyranozaura i kultywowanie przez niego tradycji rozdeptywania różnego rodzaju przedmiotów czy ryczenia w charakterystycznej pozie.

Prześcignięcie tyranozaura na piechotę pozostało niezmienne od czasu Zaginionego świata, tak jak poruszanie problemów i dylematów moralnych. W tej odsłonie opowieści o dinozaurach twórcy zajęli się tematem klonowania zwierząt i ludzi, prawem do życia sklonowanych istot, konsekwencjami, jakie niesie ze sobą działanie wbrew naturze oraz przyjmowaniem przez człowieka odpowiedzialności za swoje postępowanie. To ostatnie jest szczególnie widoczne. Kiedy bohaterowie „emocjonalnie” patrzyli na oddalający się brzeg Isla Nublar i znikającego w pyle brachiozaura chciało się krzyknąć: „trzeba było myśleć o konsekwencjach, zanim zaczęliście zabawę w Boga!”. Całe poczucie odpowiedzialności, czy może raczej świadomość tej odpowiedzialności, dotarło do bohaterów dopiero w tym filmie. I jest to bardzo irytujące, szczególnie, że sposób przedstawienia nie działa na korzyść przedstawianych treści, które przecież są istotne i powinny być częściej poruszane na forum publicznym.

Problemy natury filozoficznej również znalazły swoje miejsce w Upadłym królestwie i przekazywane są przez doktora Malcolma, który pojawia się na początku i na końcu filmu. Ian jak klamra domyka treść produkcji i zapewnia przystępne podsumowanie oraz wyjaśnienie tytułu. Nastąpiło poszerzenie znaczenia tytułu – w poprzedniej części dotyczył nazwy parku wybudowanego na wyspie. W tej, no cóż, sami zobaczycie.

6

Można zauważyć odpowiedniość tej części do Zaginionego lądu, a w tym kontekście również odpowiedniość części poprzedniej do Parku Jurajskiego. W najnowszym Jurassic World mamy więc podtytuł (Upadłe królestwo niezbyt odlegle sugerujące podobieństwo do Zaginionego lądu), polowanie na dinozaury i chwytanie ich przez wojsko, więzienie w klatkach, przewiezienie na stały ląd oraz konflikty między dwiema grupami – „dobrymi” cywilami i „złym” wojskiem reprezentującym zachłannych bogaczy. Pojawia się nawet pachycefalozaur, identyczny jak ten, z którym borykali się łowcy na początku Zaginionego lądu.

Nawiązania dotyczą nie tylko drugiej części Parku jurajskiego. Pojawiają się również odniesienia do części pierwszej (zamykanie windy kuchennej, jak zamykanie szafki w kuchni podczas niechcianej wizyty welociraptorów czy komiczne ujeżdżanie żywego, śpiącego tyranozaura, gdy w Parku jurajskim bohaterowie wisieli na szkielecie) i do Jurassic World z 2015 roku (wskazane datą roczną w jednym z fragmentów dotyczących przeszłych wydarzeń na Isla Nublar).

Na poprzednią część można było patrzeć jak na grę z oryginałem. Opinie były podzielone, uważam jednak, że produkcja z 2015 roku była udana. Ludzie niezadowoleni po seansie byli tymi samymi, którzy oczekiwali kolejnego filmu utrzymanego w konwencji Parku Jurajskiego. Jurassic World nie był takim filmem. Stanowił samodzielną produkcję wchodzącą w nieco ironiczny dialog ze swoimi poprzednikami. Idąc na Upadłe królestwo, miałam nadzieję na coś podobnego, na kolejny film ze śmiechem klepiący swoje starsze rodzeństwo po ramieniu. Niestety, zamiast lekkości otrzymałam dzieło próbujące z powagą przedstawić wybraną problematykę i karykaturalnie wpadające w podniosły ton. To główny problem tegorocznej produkcji. Co nie znaczy, że pieniądze wydane na bilet są zmarnowane, o nie. Film się nie dłuży, a w warstwie czysto rozrywkowej spełnia wszystkie wymagania wciągającego dzieła kinematografii. Poza tym warto przeżyć przygodę u boku Blue i indoraptora.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł oryginału: Jurassic World: Fallen Kingdom
Reżyser: J. A. Bayona
Scenariusz: Derek Connolly, Colin Trevorrow
Gatunek: przygodowy, sci-fi
Produkcja: USA, Unieversal Pictures
Premiera: 6.06.2018 (świat), 8.06.2018 (Polska)
Czas trwania: 2h 4min
Obsada: Chris Pratt, Bryce Dallas Howard, Jeff Goldblum, James Cromwell, Ted Levine, Justice Smith, Daniella Pineda, Rafe Spal, B. D. Wang, Isabella Sermon

PRZEGLĄD RECENZJI
NASZA OCENA
5.0
KOREKTADeneve
Poprzedni artykułSPIRALA SZALEŃSTWA – recenzja mangi Uzumaki
Następny artykułKONIEC (DZIECIŃSTWA W) NRD – recenzja komiksu Kinderland
TuTu
Studiuję filologię polską na UW i nie, nie będę nauczycielem. Fascynuje mnie fenomen słowiańskości w literaturze. Pochłaniam książki w ilościach hurtowych - jeśli pozwala mi na to czas. Kiedy już siadam do oglądania filmów i seriali, schodzi mi na tym co najmniej cały dzień. Lubię grać i oglądać graczy w akcji. Gustuję w horrorach, choć żadnym gatunkiem nie pogardzę. Czytam i oglądam wszystko, i sięgnę po wszystko, żeby móc sprawdzić co mi się podoba, a co nie (np. ostrygi są obrzydliwe). Jestem uzależniona od herbaty i znajduję się w dożywotnim związku z wyobraźnią. Kiedyś zostanę pisarzem z prawdziwego zdarzenia!

Dodaj komentarz

avatar