Czasem zdarza się pozytywne zaskoczenie w postaci odpalenia losowego filmu na platformie streamingowej, który okazuje się wyjątkowo dobry. Jeszcze większy szok pojawia się w momencie, gdy jest to produkcja Netflix Original. Czasem jednak się udaje i tak jest w tym wypadku. Muszę wyznać wam coś wstydliwego, nigdy nie oglądałem Braveheart. Jest to o tyle istotna informacja, że akcja tematu dzisiejszej recenzji dzieje się po fabule rzeczonego filmu.

Szkocja, rok 1296. Robert Bruce – w tej roli Chris Pine – wraz z innymi lordami podpisuje tak zwany Szmatławy Rejestr, uznając władzę króla angielskiego (Stephen Dillane), a Williamie Wallace ponosi porażkę. Choć sytuacja w kraju nie jest idealna, to trwa kilka lat, nim zostają podjęte działania prowadzące do niepodległości. Pomimo że sekwencja scen nie daje odczuć tak znacznego przeskoku czasowego, to wprowadza i rozwija znacząco postać żony przyszłego króla, Elżbiety de Burgh, w którą wcieliła się Florence Pugh, oraz jej relację z protagonistą. Aktorka ta jest dla mnie swoistym fenomenem, ponieważ przypadkiem natknąłem się na nią raz w 2018 roku i od tamtego czasu nie dość, że wpadam na nią często, to zawsze są to pozytywne spotkania. Niestety w przypadku tego filmu tytuł najlepszego odegrania roli zabrał jej Aaron Taylor-Johnson, który na potrzeby produkcji stał się Jamesem Douglasem – szalonym, morderczym Szkotem walczącym o swoje nazwisko. Główna obsada robi spore wrażenie, ale w tle można zaobserwować sporo znanych twarzy takich jak Billy Howle, Sam Spruell, Tony Curran, Callan Mulvey, James Cosmo czy Steven Cree. Wszyscy wypadają bardzo dobrze, ale niestety da się odczuć, że pewne postacie nie otrzymały wystarczająco czasu ekranowego, by aktorzy pokazali pełne spektrum swoich umiejętności.

Po lekko dłużącej się sekwencji niezbyt słodkiego codziennego życia rozpoczyna się mięso całego filmu – jawne wystąpienie zbrojne przeciwko Anglikom, a także koronacja Roberta na króla Szkocji. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że jego decyzja o buncie wydaje się niepodpartą niczym zachcianką, jednakowoż jego nastawienie i podbudowa pod to są realizowane praktycznie od pierwszej sceny. Opisana wcześniej część seansu wraz z późniejszymi wolnymi fragmentami przez budowanie charakterów postaci oraz ukazywanie zwyczajów tamtych czasów rozładowują napięcie pomiędzy pojedynkami zbrojnymi, których wbrew pozorom jest mnóstwo. Chciałbym się teraz bliżej przyjrzeć temu tematowi, ponieważ uważam, że został przedstawiony nad wyraz dobrze. Walki są brudne, brutalne i trup ściele się gęsto. Bohaterowie mimo wszystko pozostają ludźmi i się męczą, a dowódcy po wpadnięciu w pułapkę potrafią podjąć decyzję o zmianie taktyki, co zostaje wyraziście ukazane. Nie czuć tutaj patosu ani gloryfikowania mitu rycerzy w lśniących zbrojach. Niestety wielka bitwa jest tylko jedna, a przez większość czasu występują małe, odosobnione starcia między kilkoma postaciami. Nie oznacza to, że nie są one ciekawe. Można przykładowo zobaczyć kreatywne wykorzystanie konia trojańskiego do odzyskania, a raczej zniszczenia zamku. Choć kampania króla może wydawać się dosyć nudna, bo skupia się na podróżowaniu między fortecami i przejmowaniu kolejnych z nich, to obserwacja podróży przez piękne krajobrazy Szkocji jest po prostu przyjemna dla oka i w żadnym wypadku nie razi. Zdaję sobie sprawę, że ten opis filmu może nie być zbytnio zachęcający, lecz produkcja ta skrywa jeszcze sporo smaczków, które tu pominąłem, bo warto je samemu zobaczyć.

Król wyjęty spod prawa jest bardzo dobrym filmem, który – choć miejscami może się dłużyć – to sprawia naprawdę sporo przyjemności zarówno od strony wizualnej, jak i scenariuszowej. Film jest dostępny na platformie Netflix i stanowczo polecam się z nim zapoznać. Posunę się do stwierdzenia, że gwarantuję wam, że te dwie godziny oglądania nie będą zmarnowane.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Król wyjęty spod prawa
Twórcy: Netflix
Reżyseria: David Mackenzie
Aktorzy: Chris Pine, Florence Pugh, Aaron Taylor-Johnson
Typ: film
Data premiery: 2018

Dodaj komentarz

avatar