okladka Suicide Squad

Margot Robbie jako ulubienica fanów Harley Quinn, Will Smith jako zabójca z zasadami, a na drugim planie Jared Leto jako arcyłotr Joker i Ben Affleck jako Batman/Bruce Wayne. Co mogło pójść nie tak? Pierwsze recenzje Legionu samobójców nie napawały optymizmem. Nie miałem wielkich obaw, gdyż należę do nielicznego grona osób, którym podobał się Batman v Superman: Świt sprawiedliwości. Nie miałem też jednak wielkich oczekiwań.

Moim zdaniem Legion samobójców nie jest słabym filmem; problem tkwi w tym, że traktuje o super-, czy raczej antybohaterach. Do tej pory trendy w gatunku wyznaczało Marvel Studios (choć nie zapominajmy, że wcześniej był jeszcze Fox z udaną serią X-Men), więc ma po prostu fory u widzów, będąc „tym pierwszym”. DC i Warner Bros. odrobili lekcję i przy swojej najnowszej produkcji odwalili kawał porządnej roboty: mamy świetny casting, niezłe efekty specjalne, typową dla takiego kina fabułę, kilka budzących uśmiech ripost (zwłaszcza z ust Harley Quinn). Ale to zbyt mało na tle takich produkcji jak Avengers, Ant-Man czy Strażnicy galaktyki.

Suicide Squad roster

Porównanie z ostatnim ze wspomnianych filmów nasuwa się samo, gdyż i tutaj bohaterowie są wyjętymi spod prawa wyrzutkami. Niestety, Legion samobójców przegrywa na punkty w tej konfrontacji. Brakuje mu przede wszystkim kolorów – większość kadrów tonie w czerni bądź sepii, choć i plakaty promocyjne, i wstawki z animowaną prezentacją postaci obiecują przerysowaną orgię barw. Przebojowe utwory w tle (The Animals, The White Stripes, Eminem, The Rolling Stones) nie podkreślają nastroju poszczególnych scen ani nie nadają tempa choreografii czy montażowi – lecą sobie jakby puszczone z radia. Brakuje też zapadających w pamięć ujęć i scen walki – wszystko jest statyczne i dość powolne. Mniej tu również humoru sytuacyjnego i dialogowego niż w Marvel Cinematic Universe. Ale to akurat poczytywałbym za plus, bo zmęczony jestem nieco wysilonym dowcipem Starka i spółki.

Enchantress transformacja

Cały obraz dźwigają na swoich barkach postacie i odtwarzający je aktorzy. Ich wprowadzenie w pierwszym akcie jest niestety dość chaotyczne i nudnawe; lepiej natomiast wypadają przebitki z przeszłości Harley i El Diablo, przerywające główną akcję. W takim filmie podczas prezentowania bohaterów aż prosi się o nawiązanie do klasyki – choćby Parszywej dwunastki, Obcych czy Siedmiu wspaniałych.

Główne role należą do Margot Robbie (Wilk z Wall Street, Tarzan: Legenda), wcielającej się w Harley Quinn oraz do Willa Smitha (Dzień Niepodległości, Hancock, Faceci w czerni, Bad Boys), odtwarzającego Deadshota (taką podróbkę marvelowskiego Bullseye’a). Wszyscy chwalą pierwszoplanową bohaterkę, więc i ja pochwalę – dziewczyna Jokera jest tutaj lekko niezrównoważona, ale nie głupia; dowcipna, ale nie wulgarna; seksowna i jednocześnie niewinna. Historię jej związku z morderczym klaunem (ryczący, charczący i rechoczący Jared Leto) poznajemy w retrospekcjach; ich wzajemne uczucia nie są przerysowane, platoniczne czy podszyte sadomasochizmem (jak w serialu animowanym i komiksie) – są… romantyczne. A że łączą parę freaków – tym ciekawiej. Wysiłki Jokera, by wyrwać swą lubą z więzienia, przypominają zabiegi księcia z bajki au rebours. Rola Smitha skrojona jest bardziej stereotypowo – ot, łotr o złotym sercu, który za milionową opłatą odstrzeli łeb wskazanemu delikwentowi, ale najbardziej na świecie kocha swoją córeczkę. Widzieliśmy to nie raz.

El Diablo

Reszta obsady radzi sobie równie dobrze. Świetny jest El Diablo (Jay Hernandez) – gangster-pirokinetyk z wytatuowaną czaszką, który zszedł ze ścieżki występku. Kształty wyczarowywane z płomieni stanowią dlań jedną z form komunikacji – obok słów, gestów i mowy ciała, zaś finałowa przemiana robi spore wrażenie; zdolność miotania ognia jest przy tym najbardziej sztampowa. Dobrze wypada Adewale Akinnuoye-Agbaje jako Killer Croc – zmutowana, krwiożercza maszyna do zabijania, w której tkwi jednak iskra człowieczeństwa. Skryty za kilogramami charakteryzacji zastąpił on występującego w oryginalnym komiksie King Sharka (mojego ulubieńca!), gdyż ten musiałby zostać wygenerowany komputerowo, a twórcy chcieli pracować głównie z żywymi aktorami. Enchantress i opętana przez nią Dr June Moone (Cara Delevingne w obu rolach) to mocny punkt całej drużyny – wiedźma jest kompletnie obca, przedwieczna i mroczna, zaś jej ofiara – zaszczuta, przerażona, balansująca na krawędzi szaleństwa. Zakochany w tej ostatniej Rick Flag (Joel Kinnaman) to przede wszystkim wykonujący rozkazy żołnierz sił specjalnych, niepozbawiony jednak sumienia. Boomerang (Jai Courtney) jest bubkiem, choć nawet w jednej dziesiątej nie tak wkurzającym jak komiksowy pierwowzór. Są też postacie zbędne, na przykład Katana (Karen Fukuhara) czy Slipknot (Adam Beach), które nie mają nawet swoich pięciu minut. Ot – są, bo są i robią sztuczny tłum. Jeszcze słowo o największym złoczyńcy ze wszystkich – Amandzie Waller (Viola Davis), pomysłodawczyni i szefowej tytułowego oddziału. To nie jest „wujek Fury” w spódnicy – to raczej psychopatka na wysokim stanowisku, nielicząca się ani ze stratami w ludziach, ani z dobrym samopoczuciem swoich podwładnych.

Suicide Squad walk

W filmie na podstawie komiksu nie może zabraknąć finałowego bossa, stającego naprzeciw drużyny, kiedy ta przedrze się już przez hordy anonimowych żołnierzy. Nie inaczej jest w Legionie samobójców. Superłotr, choć z początku niesztampowy, pragnie oczywiście zniszczyć ludzkość, zaś jego „minionki” atakują falami, nie umieją strzelać i giną od pojedynczego ciosu, nie stanowiąc realnego zagrożenia.

Reżyser i scenarzysta David Ayer, znany z sensacyjnych akcyjniaków (Królowie ulicy, Bogowie ulicy, Sabotaż, Furia), poradził sobie całkiem nieźle, sprowadzając całość do bardziej przyziemnych realiów – wszyscy chodzą pieszo zamiast latać i strzelają z broni palnej zamiast z repulsorów. Legion samobójców to kawał porządnego kina super(anty)bohaterskiego. Niestety, sam gatunek zużył się już nieco – wyłazić zaczęła męcząca powtarzalność schematów fabularnych, stąd też chłodne przyjęcie przez publiczność. Gdyby Ayer i producenci odważyli się złamać konwencję, czerpiąc inspirację chociażby ze Szklanej pułapki czy Ucieczki z Nowego Jorku, zobaczylibyśmy film świetny, a tak – jest OK.

Ocena: 7/10

Plusy:

+ bardziej przyziemne podejście niż przy poprzednich filmach z uniwersum

+ oryginalnie wprowadzony przeciwnik

+ porządny design większości postaci

Minusy:

– schematyczna fabuła

– nieciekawa ekspozycja postaci

– słabe użycie świetnych przebojów

– brak King Sharka!

Autor: Martinez

Okiem redakcji

Najlepsze w tym wszystkim są chyba zwiastuny, zwłaszcza ten z „Bohemian Rhapsody”. Zarządzone przez wytwórnię dokrętki i wtrącanie się przez nią w wizję reżysera bardzo zaszkodziło temu filmowi. Fabuła jest słaba, a potencjał bohaterów – zwłaszcza Jokera – został niewykorzystany. Co prawda ładnie brzmi, nawet przyjemnie wygląda, ale pozostawia ogromny niedosyt. Jakoś wolę Batmana: Atak na Arkham, który – chociaż animowany – jest mroczniejszy i bardziej klimatyczny od Legionu Samobójców, a do tego bliżej mu do filmu z kategorią R, niż do typowo młodzieżowej produkcji w stylu MCU. – Jacek „Pottero” Stankiewicz

Dodaj komentarz

avatar