Zgromadzenie przeciętności – recenzja filmu Liga Sprawiedliwości

Warner Bros. nie ustaje w staraniach stworzenia własnego superbohaterskiego uniwersum, dzięki któremu będzie mogło się równać z Marvelem. Najnowszą jego odsłoną jest pierwszy assembly movie z prawdziwego zdarzenia, który rodził się w bólach. Odpowiedzialny za reżyserię Zack Snyder wycofał się z pracy nad nim ze względu na rodzinną tragedię, a jego pracę kontynuował Joss Whedon, reżyser, notabene, Avengers. Odpowiadał on za dokrętki, jak również za wprowadzenie elementów humorystycznych. Mając to na uwadze, trudno powiedzieć, komu należy przypisać zasługę za to, że film jest przeciętny – tylko albo aż.

Po wydarzeniach z poprzedniego filmu, dufny wcześniej Bruce Wayne stwierdza, że kiedy światu zagrozi kolejne wielkie niebezpieczeństwo, nie uda mu się go uratować w pojedynkę. Zagrożenie takie nadchodzi szybciej, niż przypuszczał. Niejaki Steppenwolf pragnie zdobyć trzy źródła mocy nazywane mother boksami, żeby zamienić Ziemię w jałowe pustkowie, stanowiące idealne dla niego warunki bytowe. Niebezpieczeństwa świadoma jest również Wonder Woman, która bez wahania dołącza do Bruce’a i pomaga mu skompletować drużynę. Pozostałymi członkami zespołu stają się Aquaman, Flash i Cyborg, czyli – nieco paradoksalnie – wszyscy ci, których odkrył Lex Luthor, a Batman tylko ukradł jego pomysł i nawet się nie wysilił, żeby znaleźć kogoś nowego…

Powiem zupełnie szczerze, że Liga Sprawiedliwości jest filmem trudnym w ocenie, tak więc chociaż byłem na nim w piątek, napisanie recenzji trochę mi zabrało. Z jednej strony jest to produkcja lepsza od Batman v Superman (ale nie od wersji reżyserskiej) i Legionu Samobójców, z drugiej – nie wytrzymała podwyższonych oczekiwań, jakie miałem po Wonder Woman. Jedną z największych jej bolączek jest złe zarządzanie uniwersum przez Warner Bros., które na siłę chciało jak najszybciej zrobić assembly movie, zamiast stworzyć najpierw origin stories najważniejszych postaci. Skutkuje to z tym, że pierwsza część filmu próbuje nam przedstawić głównego złego i bohaterów, którzy wcześniej pojawiali się w migawkach, potem jest chwila na właściwe zgromadzenie i krótkie zapoznanie, a następnie zmierzamy do finałowych wybuchów.

Wskutek powyższego, całość jest grochem z kapustą. Po ciepłym przyjęciu Wonder Woman, wprowadzono dodatkową scenę z Amazonkami i Hipolitą. Każdemu z członków Ligi starano się poświęcić chociaż kilka minut, żeby widzowie wiedzieli, z kim mają do czynienia. Trzeba było zarysować też jakiś szerszy kontekst uniwersum. To wszystko sprowadza się do tego, że chociaż mamy tutaj grono utalentowanych aktorów, większość z nich dostaje w filmie chwilę, nie mogąc się wykazać, a ich postacie są tylko po to, żeby były. Największy zawód stanowi ponad wszelką wątpliwość Steppenwolf, który dzieląc czas antenowy z innymi, został przedstawiony tylko jako Typowy Bardzo Zły Pan z Typową dla Złola Motywacją. Szablonowa, niezapadająca w pamięć postać, której obecność w filmie stanowi jedynie wymówkę do stworzenia assembly movie, z którą finałowa walka jest równie beznamiętna, jak cała reszta filmu. Przede wszystkim dlatego, że w jej trakcie koncentrowano się bardziej na poświęceniu uwagi Lidze, a nie jej wrogowi.

Powyższe zarzuty sprawiają również niestety, że trudno jest jakoś głębiej przejąć się postaciami Aquamana, Cyborga i Flasha. Przemiana tego drugiego jest mało przekonująca, ten pierwszy zdaje się być tylko nadętym bubkiem, a ten trzeci… No cóż, Flash bywa postacią humorystyczną, ale mam wrażenie, że widzom, którzy znają go głównie (albo tylko) z serialu The CW, uczynienie z niego comic relief może być głupie / nie na miejscu / niepotrzebnie skreślić. Chociażby dlatego, że z jednej strony jest to chłopak łebski, a z drugiej – co i rusz próbuje na siłę rozśmieszyć widza, tak jak chociażby podczas finałowej walki, kiedy nie wie, gdzie jest wschód.

Nieco lepiej jest na szczęście pod względem technicznym. Aktorzy, nie licząc może Bena Afflecka, którego nadal nie kupuję jako Batmana, starają się wykrzesać z tych kilku minut, które mają dla siebie, ile tylko się da. Jak przystało na DC Extended Universe, jest ciemnawo, chociaż nie brakuje też scen komediowych – głównie za sprawą czy przy udziale głupkowatego Flasha. Efekty specjalne, chociaż lepsze niż w Batman v Superman, nadal nie są do końca tym, czego można spodziewać się po superprodukcji za setki milionów dolarów. Wielkim zawodem okazała się dla mnie muzyka Danny’ego Elfmana, która… była niezauważalna. Naprawdę, w całym filmie zwróciłem uwagę tylko na jego motyw z klasycznego Batmana Tima Burtona i na „Is She with You?”, czyli motyw Wonder Woman, najbardziej chyba utożsamiany z tym uniwersum.

Jak mówiłem, Ligę Sprawiedliwości trudno jest mi ocenić. To film z kategorii „obejrzyj i zapomnij”, którego jednym z największych atutów jest to, że nie jest tak zły jak Batman v Superman i że da się go obejrzeć w miarę bezboleśnie, a po seansie pójść ze znajomymi na piwo, co będzie stanowiło clou programu. Nie dorównuje niestety Wonder Woman, daleko mu też do Avengers, którego odpowiednikiem miał być. Jeśli jednak macie dwie godziny i brak ciekawszych rzeczy do roboty, mimo wszystko można się na niego wybrać do kina – nie powali was, ale zdąży się też skończyć, zanim wynudzicie się na śmierć.

Uwaga: po półtorej roku wiem, że Batman v Superman w wersji kinowej zasługuje na góra 5/10, jednak pisząc recenzję po premierze zawyżyłem trochę jego ocenę, wybaczając błędy właściwe nowemu uniwersum, dając 6.5/10. Ta ocena jest jednak przeznaczona dla Ligi, ale ponieważ powiedziałem, że jest lepsza, to przyznaję jej tylko symbolicznie wyższą ocenę.

Szczegóły:

Reżyser: Zack Snyder, Joss Whedon
Scenariusz: Chris Terrio
Gatunek: science-fiction, przygodowy, akcja
Produkcja: Stany Zjednoczone
Premiera: 17 listopada 2017 (Polska), 13 listopada 2017 (świat)
Główne role: Ben Affleck, Henry Cavill, Gal Gadot, Jason Momoa, Ray Fisher, Ezra Miller, Ciarán Hinds, Jeremy Irons

Jacek „Pottero” Stankiewicz

Jacek „Pottero” Stankiewicz

Jak przystało na reprezentanta rocznika 1987, jestem zgrzybiałym dziadziusiem, który doskonale pamięta szczękopady, jakie wywoływały pierwsze kontakty z Doomem, a potem Quakiem i Unreal Tournament. Zapalony gracz z ponaddwudziestoletnim doświadczeniem, z uwielbieniem pochłaniający przede wszystkim gry akcji, shootery i niektóre RPG. Namiętny oglądacz filmów i seriali, miłośnik Tarantina, Moodyssona i Tromy, w wolnej chwili pochłaniacz książek i słuchowisk, interesujący się wszystkim, co wyda mu się warte uwagi. Dla rozrywki publikujący gdzie się da, w tym m.in. Filmwebie, altao.pl czy czasopismach branżowych. Administrator Dragon Age Polskiej Wiki.