W odległej galaktyce nic nowego. Recenzja filmu Łotr 1: Gwiezdne wojny – Historie

Łotr 1

Fani Gwiezdnych wojen, ci naprawdę zatwardziali, którzy mają w domu nie tylko wszystkie wydania filmów, ale też książki, figurki, gry itd., są chyba wniebowzięci, bo wygląda na to, że przez najbliższych kilka lat zawsze w okresie świątecznym będą dostawali kolejne filmy osadzone w tym uniwersum. Jak pisałem w zeszłym roku, otwierające ten proceder Przebudzenie Mocy nieco mnie zawiodło, ale czy po Łotrze 1, pierwszym oficjalnym spin-offie, dla tego pomysłu jest jeszcze nadzieja?

Akcja Łotra 1 osadzona jest niedługo przed Nową nadzieją i przedstawia losy żołnierzy Rebelii, którzy dowiadują się, że Imperium tworzy broń zdolną niszczyć całe planety. Nie mając innej opcji, decydują się pozyskać dla sprawy (czyli uratować ją przed więzieniem i porwać) Jyn Erso, córkę konstruktora rzeczonej broni, żeby poznała szczegóły od swojego dawnego przyjaciela, z którym Rebelia się nie lubi, ponieważ jest ekstremistą. Przydzielona zostaje do pilota Cassiana Andora, który co prawda jej nie ufa, ale skoro góra mówi, że trzeba, to trzeba. Idąc po nitce do kłębka, dwójce bohaterów udaje się powiększyć drużynę, potwierdzić informacje o broni i dowiedzieć się, że jeżeli zdobędą jej plany, rebelianci będą w stanie ją zniszczyć.

Problemem fabuły Łotra 1 po części jest to, że film wciśnięty został pomiędzy Zemstę SithówNową nadzieję, w związku z czym scenarzyści mieli trochę związane ręce, musząc całość napisać tak, żeby nie przeczyć kanonowi. I tu jest pół psa pogrzebane, bo co to za frajda oglądać film, skoro z góry wiemy, jak to wszystko się skończy i że dobro zwycięży? Scenariusz jest raczej mało angażujący, ale nie ulega wątpliwości, że wielu fanów Gwiezdnych wojen zapewne doceni to, że rozwija wydarzenia z uniwersum, dzięki czemu staje się ono spójniejsze i pełniejsze. Fabuła, w której brakuje zaskoczeń, to jednak nie rzecz najgorsza – największą wadą scenariusza są, przynajmniej moim zdaniem, postaci. Wiecie, Nowa nadzieja po części ukształtowała kino nowej przygody, wytyczyła jego szlaki, archetypy itd., dając widzom możliwość poznania bohaterów, których pokochały miliony i którzy na zawsze zapisali się w historii kina. Większość tych pojawiających się w Łotrze 1, filmie wydanym czterdzieści lat później, kiedy takie postaci zostały już wytarte, przetarte, sparodiowane i wyszydzone po tysiąckroć, stoi na z góry straconej pozycji. O ile Han Solo, Darth Vader czy Luke Skywalker byli wzorcami dla foremek, o tyle już Jyn czy Cassian są ciastkami, które z tych foremek wycięto – i to w dodatku takimi robionym przez Hagrida. To na wskroś archetypowe sylwetki, które widzieliśmy już nie w jednym, nie w dwóch, ani nawet nie w stu filmach. Jyn niby potrafi nieźle walczyć i, z tego co sugerują dialogi, ma za sobą życie przestępcy, może nawet awanturnika, a Cassian od szóstego roku życia walczy dla Rebelii, ale co z tego, skoro dowiadujemy się tego wyłącznie z paru dialogów, po odjęciu których dostajemy po prostu sztampowych bohaterów, którzy przed upływem nieco ponad dwóch godzin muszą zaliczyć kilka obowiązkowych dla tego typu kina etapów? Bohaterowie zostali uszyci tak grubymi nićmi, że naprawdę trudno jest mi nawet kupić motywy, które skłoniły Jyn do tego, żeby przystać do rebeliantów. Postaci, które spotkamy w filmie, plusują jednak czymś innym: Łotr 1 nie jest widowiskiem z zakończeniem typy „tęcze i jednorożce”. Ponieważ członkowie Łotra Jeden ani większość postaci, które wprowadzono dopiero w tym filmie, nie pojawia się w kontynuacjach, logiczne było, że wszyscy powinni zginąć. Jedna z finałowych scen, w których Jyn i Cassian przytulają się, patrząc na falę uderzeniową wywołaną wystrzałem z Gwiazdy i czekając na śmierć, trochę je w moich oczach zrehabilitowała. To takie słodko-gorzkie ujęcie, kiedy dwoje ludzi, którzy zignorowali rozkazy i na własną rękę zdecydowało się walczyć o to, w co wierzą, za chwilę zginie, ale dzięki nim w ogóle może nastać nowa nadzieja. Jednak nawet mimo tego, bezsprzecznie najlepszym bohaterem w Łotrze 1 był dla mnie K-2SO – robot przeprogramowany tak, że zawsze mówi to, co myśli. Prowadzi to oczywiście do wielu śmiesznych sytuacji, ale K-2SO jest zabawny w innym sensie niż trochę „slapstickowy” C-3PO, który pakuje się w kłopoty ze względu na swoje tchórzostwo i zawsze trzeba go ratować. K-2SO rzuca za to zabawnymi, ale szczerymi komentarzami, a dodatkowo, w odróżnieniu od złotego, do czegoś się przydaje.

Łotr 1

Film bez wątpienia ma pewien posmak oldschoolu, który spodoba się wielu widzom. Kiedy Star Trek został zrebootowany przez J.J. Abramsa, uwspółcześniono go tak, żeby wykorzystywane tam technologie bardziej odpowiadały temu, co znamy dzisiaj. Ponieważ Gwiezdnych wojen nie „resetowano” ani nie zmieniono ich realiów czasowych, wciąż operują „technologią przyszłości” sprzed czterdziestu lat. Piloci, odpalając maszyny, pstrykają te wszystkie przyciski, a superzaawansowana technologicznie ludzkość dane w dalszym ciągu przechowuje na dyskach fizycznych. Gdyby Gwiezdne wojny kręcone były dzisiaj, prawdopodobnie opowiadałyby o grupie hakerów, którzy włamują się na serwery cloudowe Imperium, a nie do ich supertajnej bazy, żeby zdobyć dysk, a następnie wejść jeszcze na wieżę w celu przesłania z niej danych. Twórcy filmu chętnie korzystają z praktycznych efektów specjalnych, nie porzucając ich całkowicie na rzecz CGI, co dodatkowo się chwali, bo nadaje widowisku pewnego uroku. Łotr 1, jak zresztą można było się spodziewać, jest cukierkiem dla oczu, którą bardzo dobrze ogląda się na wielkim ekranie, co w dużej mierze zawdzięczamy operatorowi Greigowi Fraserowi. Ponieważ film nie należy do głównej serii, zabrakło w nim charakterystycznych żółtych napisów, więc zaraz po planszy „Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…” dostajemy ujęcie na kosmos. Chociaż Łotr 1 korzysta praktycznie ze wszystkich efektów dźwiękowych, jakie znamy z właściwej serii, to niestety zabrakło w nim muzyki Johna Williamsa. Prawda, w filmie przewijają się charakterystyczne kompozycje jego autorstwa, jednak muzyka dla samego Łotra 1 skomponowana została przez Michaela Giacchina, który pracował już przy wielu filmach Disneya, ale wiecie… nie jest i nigdy nie będzie Williamsem. Starał się jak tylko mógł, ale w jego muzyce zabrakło mi jednak tego ducha Gwiezdnych wojen, który serii nadaje Williams. Ponieważ pierwszy seans w moim kinie był z dubbingiem, oglądałem właśnie taką wersję i nie jestem z niej do końca zadowolony. Olga Szarzyńska, chociaż dobrze pasowała głosowo pod Felicity Jones, miewała wyraźne spadki formy, chociaż Marcin Hycnar okazał się świetnym odpowiednikiem Diega Luny. Martwią jednak kompletnie niepasujący do swoich ról Mariusz Bonaszewski (Orson Krennic), Krzysztof Stelmaszyk (Saw Gerrera), Robert Więckiewicz (Galen Erso) i fatalny Grzegorz Pawlak jako Vader, a do tego aktorzy tacy jak Mikołaj Klimek mający po kilka drugoplanowych ról, nawet jeżeli w dubbingu udział wzięło ponad sześćdziesiąt osób.

Łotr 1

Drugi rok z rzędu Disney serwuje nam widowisko, które tak na dobrą sprawę obraca się wokół Gwiazdy Śmierci, nawet jeżeli w Przebudzeniu Mocy dla niepoznaki nazwano ją inaczej. Mimo hurraoptymistycznych opinii zatwardziałych fanów uniwersum, wedle których Łotr 1 jest dla nich tym, czym przed kilkudziesięcioma laty Imperium kontratakuje, w żaden sposób nie mogę się z takim twierdzeniem zgodzić. Jako osoba, która Gwiezdne wojny tylko po prostu lubi, a nie otacza czcią, uważam najnowszy film z tej serii za najzwyklejszy w świecie blockbuster, który – chociaż osadzony w znanym i lubianym świecie – jest niczym więcej jak zlepkiem schematów i elementów charakterystycznych dla gatunku, do którego przynależy. Owszem, to bardzo solidne widowisko przygodowo-fantastycznonaukowe, na które warto wybrać się do kina z rodziną czy znajomymi, ale dla przeciętnego widza nie będzie niczym więcej jak kolejnym tego rodzaju filmem, których ogląda się na pęczki. Póki co cała nadzieja dla serii antologii w solowym filmie poświęconym Hanowi Solo – kiedy scenarzyści nie będą mieli aż tak bardzo związanych rąk, być może uda się stworzyć naprawdę satysfakcjonującą wersję Indiany Jonesa w kosmosie.

Jacek „Pottero” Stankiewicz

Jak przystało na reprezentanta rocznika 1987, jestem zgrzybiałym dziadziusiem, który doskonale pamięta szczękopady, jakie wywoływały pierwsze kontakty z Doomem, a potem Quakiem i Unreal Tournament. Zapalony gracz z ponaddwudziestoletnim doświadczeniem, z uwielbieniem pochłaniający przede wszystkim gry akcji, shootery i niektóre RPG. Namiętny oglądacz filmów i seriali, miłośnik Tarantina, Moodyssona i Tromy, w wolnej chwili pochłaniacz książek i słuchowisk, interesujący się wszystkim, co wyda mu się warte uwagi. Dla rozrywki publikujący gdzie się da, w tym m.in. Filmwebie, altao.pl czy czasopismach branżowych. Administrator Dragon Age Polskiej Wiki.
  • Bardzo mi się pana recenzja podobała, bo mam identyczny tok myślenia jeśli chodzi o tą produkcje.

    Denerwuje mnie to że większość ludzi lotra 1 wystawia jako coś już kultowego czy ambitnego bo do takich not mu bardzo daleko, przez nijaki mdły scenariusz jak i bohaterów, ale też przez to że to marka Star Wars.Gdyby ten film oglądali bez otoczki Star Wars nie było by już tak kolorowo czy kultowo.

  • Dez

    Autor recenzji rozumiem chce żeby jego “dzieła” były opiniotwórcze, ale niestety na kilometr czuć na siłę szukanie dziury w całym. Muzyka zła bo jej autor nie jest Wiliamsem, scenariusz kiepski bo musiał być dopasowany do filmów pomiędzy ktorymi został umiejscowiony. Idąc tym torem autor recenzji kiepski w recenzowaniu jak na przedstawiciela pokolenia dzieci neostrady przystało.

    • Idąc tokiem Twojej wypowiedzi, to jesteś zaślinionym fanbojem SW robiącym brzydkie rzeczy podczas seansu… Naprawdę, ciężko skontrować merytorycznie (patrz post Rivki)? Nie oglądałem jeszcze filmu, ale to tylko opinia/recenzja. Każdy ma swoją zajawkę, nie ma czegoś takiego jak obiektywne recki. Można przedstawić swój punkt widzenia i tyle, a nie wzburzyć się i sięgać po inwektywy…

    • Pottero

      W ani jednym miejscu nie napisałem, że muzyka jest zła, ba, w plusach wymieniłem oprawę audiowizualną, do której zalicza się również muzyka. Stwierdziłem wyłącznie, że Giacchino nie jest Williamsem, którego muzyka do Gwiezdnych wojen chodzi za mną od czasów, kiedy pierwszy raz oglądałem te filmy gdzieś w pierwszej połowie lat 90., bo to ona w dużej mierze budowała ich klimat. Giacchino, chociaż się starał, wykonał rzemieślniczą robotę. Pokaż mi też miejsce, w którym napisałem, że scenariusz jest kiepski – określiłem go jako przeciętny, cierpiący ze względu na konieczność umieszczenia go pomiędzy dwoma istniejącymi już filmami oraz schematyczność. Nie chcę być niegrzeczny, ale widać, że czytanie ze zrozumieniem nie należy do Twoich mocnych stron, ale lubisz na podstawie tekstu, którego nie zrozumiałeś, formułować własne wnioski i zarzucać ludziom coś, czego nie powiedzieli. Ot, chociażby komuś urodzonemu pod koniec lat 80. (co jest pod recenzją), że jest z pokolenia Neo.

  • Rivka

    Wydaje mi się, że chyba oglądaliśmy dwa różne filmy. 😉 Rogue One to nie jest film o odwiecznej walce dobra ze złem (jak mieliśmy to w poprzednich filmach, gdzie przede wszystkim konflikt miał miejsce pomiędzy Jedi i Imperium/Sithami). Nie ma tu heroizmu i pewności, że bohaterowie na pewno wyjdą bez szwanku z każdej opresji. Ten film doskonale wręcz pokazuje ciężkość (nie lubię tego wyrażenia, ale wg mnie idealnie tu pasuje) sytuacji, w jakiej zostali postawienie zwykli szarzy ludzie. To idealne pokazanie, że ta dobra Rebelia, która tak dąży do wolności, nie zawsze jest taka dobra. Zostało pokazane i powiedziane, że nie raz i nie dwa musiano uciekać się do mało przyjemnych rozwiązań, by tylko zapewnić sobie zwycięstwo.
    Nie ma tych “żółtych, początkowych napisów”, o które jakoś tyle osób ma niesłychany ból czterech liter, bo to nie jest główny epizod Gwiezdnych Wojen, to jest pokazanie akcji z zupełnie innej strony, nie ma Mocy, która by wszystko załatwiła (nawiązania do Mocy w tym filmie są bardziej symboliczne, bardziej jako wiara no i nie wspominając o scenach z Vaderem).
    Początek owszem, jest chaotyczny. Sceny pokazują się jedna po drugiej, miejscami są przegadane… Ale dalsza akcja jest już tylko wynagrodzeniem tego “przeczekania”. A muzyka, choć nie robiona przez Williamsa, idealnie odwzorowywała klimat filmu, który w żaden sposób nie miał być mityczny, baśniowy… a ciężki i trudny, w pozytywnym znaczeniu. Oddał idealnie wojskowy klimat, grupy ludzi, którzy od początku byli przygotowani na śmierć, ale dzięki nim inni mogli ruszyć dalej.
    Nie rozumiem też tej “schematyczności scenariusza”, która została wspomniana. A jaki miałby być ten scenariusz, żeby nie dostał łatki schematyczności? Akcja filmu odnosiła się do wydarzeń, którzy wszyscy, którzy oglądali poprzednie części, już znali. Rebelia próbuje wyrwać się spod jarzma Imperium, podejmowane są wszelkie próby przełamania kontroli, pojawia się szansa wykradnięcia planów jest z najbardziej zabójczych broni, zostają przejęte, ale ogromnym kosztem. Ten koszt został tak naprawdę dopiero teraz pokazany, o czym wcześniej nie było mowy, tylko wszyscy cieszyli się “Oh, ah, ale nam dobrze poszło, mamy plany”. Dlatego aż przeraża mnie myśl, co według Autora musiałoby się znaleźć w takim scenariuszu, żeby nie był schematyczny, skoro odnosi się już, nomen omen, poznanych wydarzeń.

    A polska wersja językowa takich filmów to w ogóle jakieś nieporozumienie.

    No nic, to takie moje przemyślenia. Oczywiście każdy ma prawo do opinii, również Autor recenzji… ja się jednak z nią całkowicie nie zgadzam pod względem minusów. 😉

    • Pottero

      Nie mylmy przewidywalności (osadzenie pomiędzy dwoma filmami) ze schematycznością, czyli powielaniem od dawna już oklepanych motywów. Pojawiających się w tego typu kinie. Dwie nielubiące się postaci? Są. Comic reliefs? Jest. Bohaterowie się do siebie przekonują? Owszem. Źli pojawiają się w najmniej spodziewanym momencie, żeby wydłużyć i „udramatycznić” końcówkę? Jak najbardziej. Wielka i Bolesna Zdrada™, którą da się łatwo przewidzieć? Proszę bardzo (tutaj spełnia ją konfrontacja Jyn z Cassianem po śmierci jej ojca i odmowa rady odnośnie wyruszenia po plany). Wielka i Epicka Bitwa Finałowa™? No oczywiście, że jest. Kino – nie tylko przygodowe i science-fiction, ale samo, ogólnie – jest dość skostniałe, ale to nie znaczy, że trzeba powielać na potęgę. Bardzo dużym plusem jest, jak wspominałem w recenzji, odejście od happy endu i zabicie głównych bohaterów, co dosadnie obrazuje, ile rebelianci musieli poświęcić, żeby zwyciężyć, ale gdyby scenarzyści chcieli, to mogliby dodać jeszcze kilka innych takich „smaczków. No bo czemu Galen nie miałby się okazać jednak wiernym sługą Imperium, który prowadził rebeliantów w pułapkę, nawet kosztem życia swojej córki? Albo czemu Cassian nie miałby lecieć na Bodhiego zamiast na Jyn? Im więcej takich „niekonwencjonalnych”, rzadko stosowanych w kinie podejść, tym mniej schematycznie film by się prezentował. Jak dla mnie film nie jest zły, to mimo wszystko bardzo przyjemnie zrealizowany popcorniak, ale nic poza tym – film, jakich do tej pory widziałem dziesiątki. Gwiezdne wojny lubię od dziecka (chociaż nie jestem ich ortodoksyjnym wyznawcą), trochę lat na karku już mam i jednak marzy mi się film w tym uniwersum, który na nowo rozbudziłby we mnie pasję do tej serii i sprawiłby, że znów czułbym się jak kiedy oglądałem Nową nadzieję po raz pierwszy, mając te pięć czy sześć lat. Póki co Disney tylko i wyłącznie odcina kupony i trzepie kasiorę, wypuszczając solidne, ale pozbawione duszy filmy. Dlatego mocno liczę na Hana Solo, być może ten projekt się w końcu uda i urwie mi zad.

      edit: Teraz się skapnąłem, że ten komentarz mocno zalatuje 20. serią South Parku. Naprawdę jestem aż taki stary? :/

  • A ja jeszcze jestem “przed” seansem. Z całą pewnością wybiorę się na edycję bez dubbingu bo ten w wielu produkcjach kłuje mnie w uszy. Jestem ciekawy jak wypadnie film z tego uniwersum bez “paczki” bohaterów typu Jedi, Sith czy awanturnicy jak Han Solo. Liczę na dobre kino, które pozwoli mi spojrzeć przychylnym okiem na uniwersum trochę z “boku” a nie po przez pryzmat rodu Skywalker.

  • Sam oczekiwałem od filmu dużo po poprzedniej produkcji, która okazała się bardzo średnia. Niestety zawiodłem się. Ty dałeś 7/10, w mojej recenzji zdobył punkt mniej. Często gęsto niedopowiedzenia w fabule, niektóre postacie zaniedbane w ich przedstawieniu, tylko efekty specjalne ratują ten film.