mad Max Fury Road Cover

Przy okazji premiery Mad Max: Na drodze gniewu na Netfliksie zajrzałem na Nie Tylko Gry, by spojrzeć, co też na jego temat myślą moi współredaktorzy. Wpisałem tytuł w wyszukiwarkę i… nic. Owszem, znalazł się on w zestawieniu najlepszych obrazów początku XXI wieku, ale recenzja sensu stricto się nie pojawiła. „Jakim cudem nie mamy opinii na temat jednego z arcydzieł kinematografii wszech czasów?!” – zapytałem sam siebie. Natychmiast też wziąłem się za naprawianie tego karygodnego przeoczenia. Jak możecie się domyślać, mój tekst będzie absolutnie entuzjastyczny oraz totalnie bezkrytyczny.

Zachwyciłem się tym filmem od pierwszego obejrzenia. Serię Mad Max (1979), Wojownik szos (1981), Pod Kopułą Gromu (1985) poznawałem w szczenięcych latach za pośrednictwem VHS-u. Wiarygodny świat, wartka akcja, wyrazisty bohater – czegóż więcej może chcieć nastolatek? Nie wracałem do niej szczególnie często, a pierwsza część obejrzana po latach bardzo mnie znużyła. Niemniej przyznaję, że trylogia pozostaje gatunkowym archetypem postapokaliptycznym, do którego odwoływało się setki, jeśli nie tysiące epigonów (że wspomnę jedynie o mojej ukochanej Krwi bohaterów (1989) oraz komputerowych Falloutach). Teaser Drogi gniewu (z wykorzystaniem Dies Irae Verdiego!) rozbudził wątłą nadzieję na niepowtarzalne widowisko, inne od wszechobecnej „bayowszczyzny” czy igrzysk dla młodzieży. Miałem jednak obawy odnośnie do nostalgicznego wskrzeszania marki, która swoje złote czasy miała przed trzema dekadami. No i… w kinie widziałem Drogę gniewu trzykrotnie, a teraz nie omieszkałem powtórzyć seansu dzięki Netfliksowi. Żałuję, że na platformie nie ma dostępnej Black & Chrome Edition, czarno-białej wersji zgodnej z wizją reżysera, ale wszystko przede mną… Najwyższy czas przejść do konkretów.

Jeśli miałbym podsumować ten film jednym zdaniem, to rzekłbym „brak zbędnego p…olenia”. 70-letni George Miller stworzył obraz tak totalny, że wielu zdobywców Oscarów może się od niego uczyć. Ekspozycję zminimalizowano do wypowiedzi z offu podczas napisów początkowych, po których czeka nas dwugodzinna jazda na maksa. Nie mu tu całego tego hollywodzkiego shitu – rozwlekłych, objaśniających wydarzenia kwestii, pompatycznych dialogów, cyfrowych, sztucznych efektów specjalnych czy wątku romansowego. Fabuła jest prosta jak drut, ale wcale nie płytka. Postacie są oszczędne w słowach (szczególnie mrukliwy Max), lecz wiele przekazują niewerbalnie. Kaskaderzy, pirotechnicy i scenografowie uczynili obraz widowiskowym i wiarygodnym. Nie ma tu scen akcji dla samego dziania się – każda scena walki, eksplozji, pościgu wynika z konfliktu między postaciami. Ponadto nie ma wrażenia chaosu – dzięki składnemu i rytmicznemu montażowi i stabilnej pracy kamery cały czas wiadomo, kto bije kogo i dlaczego. Dodawszy do tego wysokooktanową ścieżkę dźwiękową autorstwa Junkie XL, otrzymamy jeden z najlepszych filmów akcji w historii kina. Zauważyli to nawet ramole z Akademii Filmowej, przyznając mu sześć Oscarów, choć nie mieli na tyle jaj, by nagrodzić Drogę gniewu statuetką dla najlepszego filmu, a George’a Millera wyróżnić jako reżysera. Bo nie tylko o akcję tu się rozchodzi, to nie kolejna blockbusterowa wydmuszka, lecz obraz z głębszymi ambicjami i – jakkolwiek niechętnie używam tego słowa – przesłaniem.

mad Max Fury Road 001

Za kolejnym obejrzeniem feministyczny ton nowego Mad Maksa wybrzmiał dla mnie jeszcze wyraźniej. Protagoniści – Max Rockatansky (Tom Hardy) oraz Cesarzowa Furiosa (Charlize Theron) – są towarzyszami broni, współpracującymi (po pierwszym „nieporozumieniu”) niczym elementy dobrze naoliwionej maszynerii. Żadne z nich nie jest silniejsze, bystrzejsze czy zwinniejsze i nikt nie udowadnia swej wyższości, bo nie musi. Ten film drogi jest historią Furiosy, która ma jasny cel i go realizuje, Max zaś wpada w tę kabałę mimo woli, uciekając przed upiorami przeszłości i zagrożeniami teraźniejszości. Dopiero w toku akcji porzuci bierną postawę, opowiadając się po jednej ze stron (to przydarzy się zresztą również drugiemu z mężczyzn podróżujących Drogą Gniewu – Nuxowi). Znamienne jest to, że wszystko w tym filmie dzieje się za sprawą kobiet. Mężczyźni doprowadzili świat do katastrofy gospodarczej, klimatycznej, nuklearnej i społecznej, a w postapokaliptycznej rzeczywistości czują się jak ryby w wodzie, rządząc i dzieląc. Trzech bossów – Nieśmiertelny Joe, Farmer Kul oraz Ludożerca to triumwirat groteskowych, zdeformowanych istot (bo już nie ludzi), upojonych władzą, siłą, okrucieństwem. Bohaterki – z Furiosą na czele – podejmują suwerenne decyzje, stanowiące motor napędowy fabuły, a ścigają je faceci, z których łap się wyrwały. Kobiecość w tym filmie jest synonimem życia, natury, opiekuńczości, wytrwałości, płodności, indywidualności, zaś męskość – destrukcji, zachłanności, jałowości, plemienności, toksyczności (dosłownie i w przenośni) oraz dominacji. Ten uniwersalny konflikt przewija się przez cały film w mniej lub bardziej jednoznaczny sposób.

Drugim interesującym wątkiem jest aspekt mityczny Drogi gniewu – nie tylko dlatego, że podróż Maxa odtwarza campbellowski monomit czy figurę tarotowego Głupca (takim mianem zresztą obdarza go Furiosa). Podstawą społeczeństwa Cytadeli, rządzonego przez Nieśmiertelnego Joego, są War Boys – jego mięso armatnie, gwardia przyboczna i przybrani synowie. Do panowania nad taką masą nabuzowanych facetów nie potrzeba wcale rozbudowanego systemu opresji, wystarczy ideologia w postaci religii V8, postapokaliptycznego neomitu. Jej wyznawcy wierzą, że ich indywidualne życia nie mają żadnego znaczenia, liczy się zaś chwalebna śmierć, po której trafią do Valhalli u boku swego ojca-boga. Jeszcze ciekawszą warstwą jest ta powstała na skutek problemów produkcyjnych.

mad Max Fury Road 002

Reżyser nosił się z pomysłem na ten film od lat 90. XX wieku, jednak dopiero w XXI mógł go zrealizować. Mel Gibson się zestarzał (a po drodze zaliczył też parę PR-owych wpadek), nie mógł więc wrócić do roli, która zapoczątkowała jego karierę. Tom Hardy jest natomiast zbyt młody, by być tym samym Szalonym Maxem (jeśli odwołamy się do realnej chronologii). Na drodze gniewu nie jest bezpośrednią kontynuacją ani remakiem, rebootem, prequelem, czy innym re-szajsem. Istnieje zarazem obok, jak i w obrębie pierwszej trylogii. Elementów wspólnych z poprzednimi częściami jest wystarczająco wiele, by czuć wewnętrzną spójność uniwersum.

Od czasu katastrofy nuklearno-klimatycznej zapewne nikt nie przejmuje się zbytnio kalendarzem, a umiejętność czytania nie jest szczególnie rozpowszechniona, dlatego wyobrażam sobie, że historia przekazywana jest w formie opowieści snutych przy ogniskach. I na pewno jednym z legendarnych bohaterów jest Szalony Max – wojownik szos, przynoszący nadzieję rozbitkom postapokaliptycznej ludzkości. Dlatego może pojawiać się w dowolnym czasie i miejscu, mieć młodszą lub starszą twarz – istnieje bowiem w warstwie mitycznej, a nie realnej, jako heros toczący wieczną walkę z tymi samymi wrogami. Przecież Nieśmiertelny Joe grany jest przez tego samego aktora (Hugha Keaysa-Byrne’a), który wcielał się w Toecuttera z pierwszego filmu o Mad Maksie.

Być może nie doczekam się kolejnej części sagi, kontynuacja bowiem, z racji konfliktu Georga Millera z wytwórnią, stoi pod znakiem zapytania. Jednak z każdą podróżą po Drodze gniewu odkrywam coraz to nowe znaczenia oraz symbole i z pewnością wyruszę nią jeszcze niejeden raz. Już grzeję silnik.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Mad Max: Na drodze gniewu
Tytuł oryginalny: Mad Max: Fury Road
Typ: film
Gatunek: postapokaliptyczny
Data premiery: 7 maja 2015
Reżyseria: George Miller
Scenariusz: George Miller, Brendan McCarthy, Nico Lathouris
Zdjęcia: John Seale
Muzyka: Junkie XL
Obsada: Tom Hardy, Charlize Theron, Nicholas Hoult

Dodaj komentarz

avatar