Mass Effect: Paragon Lost 1

Jakiś czas temu Electronic Arts wpadło na pomysł, jak jeszcze bardziej wydoić dochodowe marki – realizować na ich podstawie filmy animowane. Zawsze to jakieś dodatkowe pieniądze, a animacje nie są przecież tak drogie jak filmy aktorskie. Można by pomyśleć, że decydując się na stworzenie takiego produktu, przeznaczonego – jakby nie było – głównie dla miłośników konkretnego uniwersum, firma zadba przynajmniej o wysoką jakość scenariusza. Niestety, Mass Effect: Paragon Lost to kolejny, po Dragon Age: Dawn of the Seeker, kupon na chybcika odcięty od znanej marki, poziomem wykonania i fabuły nieróżniący się zbytnio od jedno- czy dwuodcinkowych OAV (seriali anime wydawanych bezpośrednio na DVD) promujących znane tylko Japończykom gry na konsole.

Na planecie Fehl Prime znajduje się fabryka zaopatrująca w leki całą przestrzeń kontrolowaną przez Przymierze, przez co ma ona szczególne znaczenie dla ludzi. Tamtejsza kolonia od pewnego czasu atakowana jest przez gang krogańskich najemników z Krwawej Hordy. Do obrony Fehl Prime zostaje wysłany elitarny oddział świeżo upieczonych marines, wśród których znajduje się tytułowy „zagubiony idealista” – znany graczom James Vega, oddany żołnierz i niezgorszy taktyk o aparycji bezmózgiej góry mięśni. Sytuacja żołnierzy komplikuje się zaraz po dotarciu na miejsce, ale dzięki pomysłowości Vegi Przymierzu udaje pokonać się Krwawą Hordę. Dowództwo rozkazuje oddziałowi pozostać na planecie i dbać o bezpieczeństwo kolonii. Po dwóch latach idyllę przerywa atak nieznanej dotąd ludzkości rasy. Życie dziesiątek kolonistów spoczywa w rękach Vegi i jego oddziału, który pozornie nie ma szans w walce przeciwko liczniejszym i bardziej zaawansowanym technologicznie agresorom.

Mass Effect: Paragon Lost 2

Fabularnie Paragon Lost to obraz nędzy i rozpaczy. Widz, który miał wcześniej styczność z Mass Effect 3, wie, jak potoczy się fabuła, ponieważ Vega streszcza Shepardowi przebieg misji na Fehl Prime podczas ich pierwszej rozmowy na Normandii. Dla osób, które nie miały wcześniej kontaktu z grą, plusem może być zaskakujący finał, jednak dla masseffectowych wyjadaczy nie będzie to nic nadzwyczajnego i przyswoją go sobie bez większych emocji. Najgorsze jest jednak to, że prawdopodobnie zarówno scenarzysta, jak i reżyser i animatorzy, mieli ograniczone pojęcie o uniwersum Mass Effect, co tłumaczyłoby szereg nieścisłości i błędów merytorycznych. Przykładowo Cytadela, w grach zawsze będąca jedynym obiektem w swoim układzie, w filmie orbituje wokół planety podobnej do Ziemi. W jednej ze scen James rozmawia przez hologram z Liarą T’Soni, co stoi w sprzeczności z kanonem, według którego oboje po raz pierwszy w życiu spotkali się kilka miesięcy później na Marsie. Sala rady Przymierza, która w Mass Effect 3 znajduje się w Vancouver, w anime zlokalizowana jest na Cytadeli.

Takich baboli jest w filmie więcej, a dochodzą do tego wydarzenia i sceny, które zadają kłam kluczowym wydarzeniom z gier. Najjaskrawszym przykładem jest tutaj finał, ale nie chcąc zbytnio zdradzać przebiegu fabuły, podam inny przykład: drużyna Vegi odnajduje na Fehl Prime substancję, która niweluje działanie jadu rojów Zbieraczy. Jak to możliwe, skoro z gier wiemy, że Przymierze nie dysponowało żadnymi informacjami na temat Zbieraczy (którzy traktowani byli jako „miejska legenda”), ani tym bardziej ich rojów? Jeśli natomiast dysponowało substancją, ale nie rozprowadziło jej wśród kolonistów, to tym samym staje się większym draniem niż zwalczany przez nie Cerberus. Cerberus z kolei posiada szpiegów, agentów i pluskwy w każdej konserwie i lodówce w galaktyce, więc z łatwością mógł wykraść Przymierzu informacje o substancji antyrojowej – jeśli miał taką możliwość, to dlaczego tak skrajnie ksenofobiczna organizacja podjęła w Mass Effect 2 współpracę z salarianinem Mordinem Solusem, nie szczędząc środków i zasobów na opracowanie substancji od zera? Podobnych nieścisłości można znaleźć w filmie więcej, co sprawia, że chociaż pieczę sprawowało nad nim BioWare (jednym z producentów był Casey Hudson, reżyser wszystkich części Mass Effect), trudno jest uznać przedstawione w nim wydarzenia za kanoniczne.

Mass Effect: Paragon Lost 3

Nieścisłości względem gier to jednak nie jedyna wada scenariusza, który jest po prostu źle napisany. To szyty grubymi nićmi i nieudolnie poprowadzony zlepek schematów znanych z kina akcji i horrorów, w którym wszystkie „niespodziewane” zwroty akcji z powodzeniem przewidziałaby nawet średnio inteligentna makrela. Jeden z największych plusów serii Mass Effect od samego początku stanowiły interesujące i dobrze napisane postaci, tak protagonistów, jak i antagonistów, które nie były czarne ani białe – rycerze nierzadko trzymali w szafie trupy, a draniami kierowały szlachetne, przynajmniej w ich mniemaniu, pobudki, więc dopiero poznanie ich motywacji pozwalało dokładnie zrozumieć i ocenić daną postać.

W Paragon Lost dostajemy komplet do bólu schematycznych postaci – nerda, megalomana, zdrajcę itd. – których sylwetki są tak samo sztampowe, jak przewidziana dla nich rola w scenariuszu. Szczytem tandety jest w filmie postać pomyślana jako nerd, będąca chyba pierwszym bohaterem w uniwersum Mass Effect noszącym okulary – ludzkość dysponuje tak zaawansowaną technologią, że korekta wzroku dla nikogo nie jest problemem, a mimo to elitarny żołnierz (!) paraduje w okularach. Poza tym, cytując klasyka, „dialogi niedobre, bardzo niedobre dialogi są”, zaś gwoździem do trumny okazuje się finał, na który scenarzysta najwidoczniej nie miał pomysłu, tak więc przyjrzał się epickiej końcówce Mass Effect 2 i metodą kopiuj/­wklej pożyczył sobie z niej wiele wątków, które następnie ubarwił własną, niestety marną, inwencją twórczą – gdyby przyjąć tę fabułę za kanoniczną, cały wysiłek Sheparda i jego drużyny z Mass Effect 2 byłby w zasadzie niepotrzebny.

Mass Effect: Paragon Lost 4

Kolejny element, który zawiódł, to oprawa wizualna. Aż trudno uwierzyć, że za animację odpowiada tak doświadczone i szanowane studio, jak Production I.G, odpowiedzialne m.in. za serię Ghost in the Shell. Pod względem grafiki Mass Effect jest jak serial anime albo OAV sprzed kilku lat, co w przypadku filmu z 2012 roku, wyczekiwanego przez sporą grupę ludzi, budzi uśmiech politowania. Miernotę grafiki najlepiej obrazuje porównanie Vegi przedstawionego w Mass Effect 3 i tego z anime – w grze na jego twarzy widać było charakterystyczne elementy, jak chociażby drobne blizny, zmarszczki czy jednodniowy zarost, zaś sylwetka rysowała się jako potężna i wyraźnie umięśniona, podczas gdy w filmie na twarzy pozostały tylko elementy absolutnie konieczne (nos, oczy itd.), a sylwetka jest taka sama jak pozostałych bohaterów, z tą różnicą, że trochę szersza w barach.

Jeśli wziąć pod uwagę, że postaci przez większość czasu chodzą w takich samych mundurach, przez cały film oglądamy armię klonów, różniących się tylko wzrostem, twarzą i – w przypadku kobiet – biustem. Na tym tle zwraca uwagę tylko Treeya, jako jedyna asari w oddziale, i Massner, ponieważ ma brodę i chodzi w kolorowej koszuli. Tła i scenografie są biedne jak student po sylwestrze, zastosowane kilka razy slow motion sprawia wrażenie, jakby animatorom zabrakło czasu na narysowanie większej liczby klatek, a obrazu nędzy dopełniają tragiczne jak na 2012 rok elementy CGI – tak animacja i projekt, jak i wkomponowanie ich w tradycyjną dwuwymiarową grafikę.

Nieznacznie lepiej wypada dźwięk. Muzyka jest trochę jak duży fiat – da się tym jeździć, ale daleko mu do ferrari, czyli znanych z gier kompozycji Jacka Walla czy Clinta Mansella. Pokpiono sprawę od strony aktorskiej – jedyną postacią, która zachowała swój głos z gier, jest Vega, i tylko Freddie Prinze Jr. wyszedł obronną ręką z powierzonego mu zadania; reszta aktorów prezentuje niestety niski poziom, typowy dla angielskiego dubbingu do anime. Szczególną porażką jest tutaj admirał Hackett, którego głos w filmie to jakaś parodia tej postaci. Aktor wcielający się w rolę Andersona starał się naśladować znanego z gier Keitha Davida i wyszło mu to znośnie, jednak Hackettowi daleko do kreacji Lance’a Henriksena.

Miłym ukłonem w stronę fanów jest zachowanie odgłosów z gier – komputery i omniklucze plimkają tak samo jak w grach, charakterystyczny odgłos wydają też aktywowane przekaźniki masy. Nie postarano się jednak o odpowiednie odgłosy broni – w filmie wykorzystano co prawda dźwięk karabinu Mściciel, ale wydają go nie tylko mściciele, ale też motyki czy sejmitary. Niby nic takiego, ale osoby, które spędziły przy Mass Effect setki godzin, łatwo wyłapią taki szczegół.

Mając w pamięci jakość poprzednich anime stworzonych na podstawie gier Electronic Arts, do Paragon Lost podchodziłem z dystansem. Miałem nadzieję na przeciętną, ale sensownie napisaną opowieść rzucającą więcej światła na wprowadzoną w Mass Effect 3 postać, którą potraktowano w grze po macoszemu. Niestety, anime osadzone w jednym z moich ulubionych growych uniwersów okazało się bardzo słabe. Nie polecam go osobom nieznającym gier, ponieważ w scenariuszu znajduje się wiele dialogów i scen, które mogą popsuć przyjemność planującym wyruszyć kiedyś w podróż z komandorem Shepardem. Odradzam również miłośnikom uniwersum stworzonego przez BioWare – niedorzeczność fabuły oraz tysiąc i jeden przekłamań względem gier sprawiają, że trudno uznać ten film za część kanonu, a ze względu na mierną oprawę audiowizualną i do bólu schematyczny scenariusz trudno polecić tę produkcję nawet amatorom science­fiction i sensacji.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Mass Effect: Paragon Lost
Produkcja: FUNimation Entertainment
Typ: Animacja
Gatunek: Sci-Fi
Data premiery: 29.11.2012
Reżyseria: Atsushi Takeuchi
Scenariusz: Henry Gilroy
Obsada: Freddie Prinze Jr., Vic Mignogna, Laura Bailey, Monica Rial, Todd Haberkorn, Eric Vale, Josh Grelle, Travis Willingham

NASZA OCENA
2.5/10

Podsumowanie

Plusy
+ skończył się
+ Freddie Prinze Jr. dał radę

Minusy
– fabuła – sztampa, schemat, nihilnowizm i debilizm
– babole fabularne, zadające kłam wydarzeniom i faktom z gier
– oprawa wizualna
– animacja
– dubbing (poza Prinze’em Jr.)
– dialogi

Sending
User Review
0 (0 votes)

Dodaj komentarz

avatar