Historia animacji w 30 minut – retrorecenzja filmu Legend of the Forest

Legend of the Forest

Drugi tekst poświęcony Osamu Tezuce potwierdza tezę przedstawioną w recenzji Cleopatry – że był on nietuzinkowym człowiekiem i wybitnym animatorem, co potwierdza chociażby fakt, że po tym, jak zmarł 2 lutego 1989 roku, w Japonii ogłoszono żałobę narodową. Jednym z ostatnich filmów, nad którymi pracował, było eksperymentalne Mori no densetsu (w wolnym tłumaczeniu: Leśna legenda), którego jednak nie zdążył ukończyć.

Jak nietrudno domyślić się po tytule, film opowiada o mieszkańcach lasu. Na Mori no densetsu składać miały się cztery opowieści, jednak przed śmiercią Tezuka zdołał ukończyć jedynie dwie z nich i to właśnie je oglądamy w tym filmie. Pierwsza przedstawia historię musasabi, czyli latającej japońskiej wiewiórki. Gdy człowiek przyszedł do lasu, żeby ściąć drzewo, zamieszkujący jego dziuplę wiewiór, chcąc ratować swoje dzieci, przeniósł je w inne miejsce. Niestety, podczas przymusowej „przeprowadzki” jedno młode spadło. Rodzice opłakali je, jak się jednak okazało, małe stworzonko przeżyło. Gdy jakiś czas później człowiek powróci, żeby znów ściąć drzewo, to właśnie ów młody wiewiór podejmie z nim walkę. Druga historyjka opowiada o ludziach, którzy z buldożerami i piłami wykarczowali olbrzymią połać lasu. Dowodzi nimi człowiek, który z wyglądu budzi skojarzenia z Hitlerem… Na leśnej polanie zbierają się różne baśniowe stworzenia, żeby wspólnie wymyślić, co zrobić z intruzami, którzy niszczą ich dom. Po zaciekłych sporach w delegację do ludzi wysłanych zostaje siedmiu krasnoludków…

Trudno jest ocenić stronę fabularną, ponieważ jest ona trochę nierówna. Pierwsza opowieść powstała na podstawie mangi Mosa, latająca wiewiórka i przywodzi na myśl typową baśń, która wykorzystuje różne motywy znane z tego rodzaju opowiadań, np. wyśmiewany osobnik w końcu zostaje bohaterem. Mimo wszystko rządzi się ona swoimi prawami. Druga opowieść jest już trochę mniej przewidywalna. Obie historie mają ze sobą niewiele wspólnego, łączącym je motywem jest tylko las i zwierzęta, które walczą z osobami chcącymi go zniszczyć. Trudno byłoby mi wystawić tym etiudom jakąś zbiorczą ocenę; mamy w końcu do czynienia z anime eksperymentalnym, gdzie chodziło nie tyle o pokazanie interesującej historii, a o formę, w jakiej zostało to wykonane, toteż pozwolę sobie nie oceniać fabuły, ponieważ jest to trudne do oddania w cyfrach.

Sam film pomyślany został jako miniprzegląd technik, którymi posługiwano się w historii animacji. Rozpoczyna się od pojedynczych rysowanych plansz, które, zmieniając się co kilka sekund, pozwalają nam poznawać losy bohaterów. Później plansze zaczynają zmieniać się trochę szybciej. Następnie dochodzimy do etapu animacji z początków XX wieku – białe tło, skromne czarne linie (później kolory zostają odwrócone i mamy czarne tło z białymi liniami). Dalej pojawiają się animacje w stylu Disneya z lat 30., w czerni i bieli, przywodzące na myśl pierwsze przygody Myszki Mickey, a dopiero później dodany zostaje kolor. Film kończy się sekwencją, w której przy tworzeniu animacji wspomagano się komputerami. Trzeba przyznać, że Tezuka miał bardzo ciekawy pomysł, który udało mu się w interesujący sposób zrealizować. Animacje są tutaj naprawdę dobre – mówiąc szczerze, miejscami o niebo lepsze niż w wielu dzisiejszych filmach animowanych, japońskich bądź niejapońskich. Reżyser doskonale radzi sobie z kolorami, efektami cienia i innymi elementami, przez każdą epokę przechodząc zwycięsko. Zapewne gdyby Tezuka żył dziś, do swojego filmu dodałby jeszcze sekwencję całkowicie wygenerowaną przez komputery.

Mori no densetsu jest przede wszystkim hołdem dla Disneya, którym Tezuka był zafascynowany. Pojawia się tutaj wiele odniesień do produkcji amerykańskiego mocarza, jak chociażby do Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków. Wytrawny kinoman znajdzie tutaj całe mnóstwo innych, mniej lub bardziej subtelnych, nawiązań do różnych filmów animowanych, w tym do rosyjskiej szkoły animacji i filmów chociażby Jurija Norsztajna. Warto również zwrócić uwagę na pewną interesującą prawidłowość – japoński mistrz wzorował się na animacjach zachodnich, a dziś produkcje zachodnie często upodabniane są do anime.

Bardzo ważnym elementem jest w tym filmie muzyka. Ponieważ pozbawiony jest on dialogów, ciężar przekazywania emocji spoczywa na pantomimie i na udźwiękowieniu właśnie. Za tło posłużyła Czwarta symfonia Piotra Czajkowskiego, którą Tezuka lekko inspirował się przy tworzeniu tego anime. Dobrze oddaje ona to, co dzieje się na ekranie, podkreślając tematy, które porusza ta animacja – fatum, niepokój, walkę, ucieczkę, idyllę. O nich właśnie opowiada ta symfonia, toteż nic dziwnego, że tak dobrze skomponowała się z oglądanym przez nas obrazem.

Mori no densetsu to film, z którym zdecydowanie warto się zapoznać. Trwa zaledwie pół godziny, ale wywarł na mnie ogromne wrażenie – nieczęsto widuje się, żeby ktoś tak zręcznie łączył ze sobą różne techniki animacji, jednocześnie tworząc rzecz interesującą i z morałem. Co prawda morał jest mało oryginalny, ale przypominam, że nie dla niego powstał ten filmik.

P.S. Film w 2014 roku doczekał się kontynuacji Mori no densetsu: Dai-ni gakushō, utrzymanej w podobnej stylistyce.

Jacek „Pottero” Stankiewicz

Jacek „Pottero” Stankiewicz

Jak przystało na reprezentanta rocznika 1987, jestem zgrzybiałym dziadziusiem, który doskonale pamięta szczękopady, jakie wywoływały pierwsze kontakty z Doomem, a potem Quakiem i Unreal Tournament. Zapalony gracz z ponaddwudziestoletnim doświadczeniem, z uwielbieniem pochłaniający przede wszystkim gry akcji, shootery i niektóre RPG. Namiętny oglądacz filmów i seriali, miłośnik Tarantina, Moodyssona i Tromy, w wolnej chwili pochłaniacz książek i słuchowisk, interesujący się wszystkim, co wyda mu się warte uwagi. Dla rozrywki publikujący gdzie się da, w tym m.in. Filmwebie, altao.pl czy czasopismach branżowych. Administrator Dragon Age Polskiej Wiki.