Magiczne dziecko i smutny Idris Elba, czyli recenzja filmu Mroczna Wieża

Mroczna Wieża 1

Siedmiotomowe opus magnum Stephena Kinga Mroczna Wieża to jedno z dzieł kultury, które absolutnie zawładnęło moją nastoletnią wyobraźnią i ukształtowało wrażliwość literacką na wiele lat. Dzięki tej sadze nauczyłam się w praktyce, czym jest intertekstualność i poziom „meta” (w 2002 roku nie była to jeszcze aż tak powszechna wiedza!), a na ostatnie dwie części cyklu czekałam cierpliwie, aż do Empików zawitało polskie tłumaczenie*. Nic więc dziwnego, że na wieść o ekranizacji najpierw straciłam dech z radości, a zaraz potem straciłam dech ze strachu, że to – mówiąc kolokwialnie – spieprzą (cud, że się nie nabawiłam astmy). Czy warto było czekać tyle lat na ekranizację, a potem ryzykować bezdechem w trakcie seansu?

Cóż… na TĘ ekranizację nie było warto czekać.

Zanim rozpocznę recenzję na dobre, pozwolę sobie na krótkie streszczenie filmu. Pragnę przy tym nadmienić, że z fabułą książek ma on niewiele wspólnego, a i potencjalne spoilery są przewidywalne jak burze w polskiej polityce.

Głównym bohaterem filmu jest dwunastoletni Jake Chambers z Nowego Jorku, który posiada silne moce psychiczne. Pozwalają mu one ujrzeć toczący się w innym świecie konflikt między ostatnim rewolwerowcem, Rolandem i złowrogim Człowiekiem w Czerni o imieniu Walter. Stawką ich konfliktu jest istnienie Mrocznej Wieży, osi spajającej wszelkie wszechświaty. Roland jednak popadł w depresję i zgorzknienie. Opętany żądzą zemsty, zapomina o swoim przeznaczeniu, dopóki nie spotka Jake’a na swojej drodze. W trakcie filmu okazuje się, że moce chłopaka są tak wielkie, że wystarczą do obalenia Wieży (…Gary Stu?), w związku z czym Człowiek w Czerni zaczyna polowanie, a Roland staje w jego obronie, pokonując wewnętrzne demony.

Mroczna Wieża 2

Brzmi to przeciętnie i w sumie taki właśnie jest ten film. Ot, letni blockbuster z gatunku fantasy, pełen podróży między światami, strzelania, angstu i kiczowatej muzyki. Efekty specjalne są miłe dla oka, Idris Elba w piękny sposób patrzy smutno w przestrzeń a Matthew McConaugheyowi udało się stworzyć naprawdę diabolicznego villaina. Scena, w której po raz pierwszy powiedział „stop breathing” i jego przeciwnik faktycznie PRZESTAŁ ODDYCHAĆ zrobiła na mnie duże wrażenie, właśnie z powodu swojej prostoty. Potem niestety doszły promienie światła, zabawy telekinezą i odbijające się o siebie kule… No ale jeśli przymkniemy oko na plastikowe rozwiązania i naiwną fabułę, to można się nieźle bawić. Jednakże…

Po pierwsze: nie ma tu niczego, czego byśmy nie widzieli w innych filmach. Najlepiej podsumowała to podsłuchana po seansie rozmowa: „taka mieszanka Władcy Pierścieni, Matrixa, Harry’ego Pottera i tego tam filmu, w którym podkręcali kule**”. Scenarzyści postanowili upchnąć wątki z wszystkich siedmiu tomów sagi w 95 minut filmu. Wiadomo, nie mogła z tego wyjść żadna wierna ekranizacja, ale też wcale nie miałam takich oczekiwań. Liczyłam jednak, że fabuła wyjdzie poza schemat „walka dobra ze złem, magiczny dzieciak, od którego zależą losy wojny”. Miałam nadzieję na chociaż trochę upiornego klimatu Świata Pośredniego z książek, a tutaj… Klimat był przez pierwsze 20 minut, a potem padł na rzecz fabularnej sztampy.

Po drugie: Idris Elba i jego Roland zawiedli na całej linii. I nie chodzi o kolor skóry aktora (o co fanboye Kinga w fedorach mają pretensje już od półtora roku). Nie jestem nawet pewna, czy to Elba jest tu problemem, chociaż jego twarz jest zdecydowanie zbyt miła jak na surowego, pozbawionego złudzeń rewolwerowca. Zdaje mi się, że zawiódł scenarzysta, który postanowił uczynić Jake’a osią fabuły – być może po to, by przyciągnąć do kina młodocianych widzów. Roland został tymczasem zepchnięty na drugi plan i z filmu w ogóle nie wynika, czemu jego postać jest ważna. Owszem, czarownik i różne postaci dalekoplanowe mówią nam, że tak jest, ale w filmie w ogóle tego nie czuć. Kluczem do sukcesu sagi był właśnie rewolwerowiec i jego moralna niejednoznaczność, tymczasem film sprowadził jego rolę do „świat jest głupi, bo Człowiek w Czerni zabił mi rodzinę, muszę go zabić”***. Robienie z głównego bohatera sagi drugoplanowej, płaskiej postaci nie mogło się skończyć dla filmu dobrze.

Mroczna Wieża 3

Po trzecie: naprawdę doceniam fakt, że film jest naszpikowany aluzjami dla zagorzałych fanów książek Kinga. Ale dużo bardziej wolałabym, żeby nawiązań było mniej, za to by były porządniej rozwinięte. No bo tak, co zwykłemu widzowi**** powie graffiti „Chwała Karmazynowemu Królowi”, jeśli nie wie on, kim jest Karmazynowy Król? W filmie to Matthew McConaughey zgarnął rolę głównego złego, o Królu nie było nawet mowy. Po co wzmianka o chorobie popromiennej Rolanda, skoro nic w filmie nie wskazywało na post-atomowy charakter świata, z którego pochodzi? Co z motywem natrętnie powracającej dziewiętnastki? Każde kolejne mrugnięcie denerwowało mnie coraz bardziej, za każdym z nich krył się bowiem zmarnowany potencjał. Gdyby któryś z tych wątków zarysowano mocniej, film wyróżniłby się na tle innych produkcji fantasy i przekazałby choć trochę z magii oryginalnej sagi. Ale nie, lepiej pokazywać strzelaniny, w których filmowy Roland marnuje naboje (i to ma być legendarny rewolwerowiec) na strzelanie do szkła, a Jake stara się nie rozwalić wszystkich wszechświatów własnym mózgiem.

Aż się zirytowałam ponownie. Naprawdę, najsmutniejszy w tym filmie jest ogrom zmarnowanego potencjału. Film Mroczna Wieża jest nie tylko złą adaptacją, przede wszystkim jest… miernym filmem. Z epickiego postapokaliptycznego westernu zostały nam ładne efekty specjalne, dzieciak o mocy zbawienia świata, złowrogi Matthew McConaughey. Gdzieś w tle przewija się smutny Idris Elba, który podobno miał być głównym bohaterem tego filmu, ale reżyser chyba uznał, że tylko przeszkadza. To nie tak miało być… Szczerze mówię, darujcie sobie film, bo nic ciekawego nie zobaczycie. Zamiast tego polecam książki.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Mroczna Wieża (The Dark Tower)
Produkcja: MRC, Imagine Entertainment, Weed Road
Typ: Film
Gatunek: fantasy
Data premiery: 11 sierpnia 2017
Reżyseria: Nicolaj Arcel
Scenariusz: Akiva Goldsman, Jeff Pinkner, Anders Thomas Jensen, Nikolaj Arcel
Obsada: Idris Elba, Matthew McConaughey, Tom Taylor

*Przetłumaczony cytat z Nine Inch Nails, który rozpoczyna siódmą część cyklu, sprawił, że zakochałam się w tym zespole oraz w samej pracy tłumacza. Do dziś uważam, że to jeden z piękniejszych przekładów okołopoetyckich, jaki miałam okazję ujrzeć.
**Film „z podkręcaniem kul” to Equilibrium z Christianem Bale’em w roli głównej. Całkiem sympatyczna strzelanka.
***W sadze celem Rolanda było WEJŚCIE DO MROCZNEJ WIEŻY za wszelką cenę. Filmowy Roland, który mówi „mam w nosie, czy Wieża upadnie, chcę zabić Waltera” to jakaś abominacja. Ale dobrze, rozumiem, widzowie nie znający książek nie będą się oburzać. Tylko że… to pragnienie zemsty jakoś płytko wyszło. Niezależnie od kwestii zgodności z oryginałem.
****„Zwykły widz” – tutaj „widz, który nie czytał sagi Mrocznej Wieży po miliard razy”.

SPROSTOWANIE:
Parę osób zwróciło uwagę, że film “o podkręcaniu kul” to Wanted, a nie Equilibrium. Wierzę im na słowo, bo Wanted nie obejrzałam (choć zdaje mi się, że podjęłam kiedyś próbę). Cóż, najwyżej człowiek z kina, z którym się wdałam w rozmowę o filmach, będzie miał przeze mnie złe informacje – jeśli to czyta, bardzo przepraszam 🙂

Joanna Kaniewska

Joanna Kaniewska

Japonistka, tłumaczka, badaczka popkultury, rocznik 1991. Nie boję się słowa na F (kończącego się na „izm”). Nie zgorszy mnie też słowo na G (kończącego się na „er”). Lubię pisanie, podróże, muzykę, kwiaty i pocztówki. Czasem dzielę się przemyśleniami na swoim blogu: typebnegativenowonderland.wordpress.com
  • Matt. K

    Pomijając samo zdanie na temat filmu, coś tu nie gra. Po pierwsze – film to kontynuacja książek, nie jest to adaptacja ani ekranizacja tylko oddzielne medium, ciężko narzekać na brak wiernej ekranizacji skoro film nią nie jest, ma przedstawiać kolejną wersję pętli w której tkwi Roland więc teoretycznie wszystko może ulec zmianie, od przebiegu wydarzeń po podjęte decyzje. Po drugie – Wszystkich tomów było 8. Po trzecie – w Equilibrium nikt nie podkręcał kul od tego był Wanted. Dobrze by było trochę ogarnąć fakty przed publikacją

    • Ok, może nie wyraziłam tego dostatecznie jasno: nie narzekam na brak wierności. Przecież nie płaczę nad tym, że Roland jest czarny czy że nie ma Eddiego i Susannah. Narzekam na niezrozumienie twórców, co było przyczyną sukcesu serii. To po pierwsze.

      Po drugie: mam “Wiatr przez dziurkę od klucza” na półce ale traktuję ją bardziej jako rozwinięcie uniwersum (podobnie do głównej sagi nie zaliczam opowiadań i komiksów). Główna oś opowieści o Rolandzie, to wciąż oryginalnie zaplanowane przez Stephena Kinga siedem tomów.
      Zresztą podobnie nie uznaję Sezonu Burz za część Sagi o Wiedźminie :p

      Po trzecie: wiem, że to miała być niby kontynuacja ale jakoś nie zauważyłam rogu Rolanda, który by tę teorię potwierdzał, co zresztą jest kolejną cegiełka do mojego zarzutu o napieprzanie aluzjami bez rozwijania ich. Może było jakieś ładne ujęcie na róg ale wyleciało w montażu, podobnie jak wątek Susan (serio, gdzie tam jest Susan Delgado? Według listy obsady tam była, ale jakoś jej nie pamiętam). Tak czy siak z filmu jednoznacznie nie wynika jego natura kontynuacji, ergo nie ma to wpływu na moją ocenę.

      Co do Equilibrium i Wanted – być może. Wanted nie oglądałam, z Equilibrium pamiętam całą filozofię gun kata z unikaniem kul i strzelaniem zawsze tak, by trafić – jak dla mnie close enough, ale kłócić się nie będę. Tak czy siak, nie wiem, czy jest to wystarczający powód, by krytykować cała recenzję ^^” Miłego weekendu!