Muzyka to najbardziej niezwykła ze sztuk. Pozwala wyrażać emocje, koić ducha i z niezwykłą łatwością zamyka w pięciolinii wyjątkowe wspomnienia z całym inwentarzem odczuć. Bez słów opowiada o najgłębszych pragnieniach, bólach i obawach. W muzyce jest jednak jak w życiu. Nie chodzi o to, by osiągnąć perfekcję, ale by do niej dążyć.

Charlotte była młodą i niezwykle utalentowaną wiolonczelistką. Mówiono, że otrzymała dar od Boga. Jednak drogę ku karierze przerwała rodzinna tragedia. Jej matka przeżyła udar, a dziewczyna musiała porzucić akademię i na kolejne dziesięć lat została przykuta do łóżka rodzicielki. Choroba w końcu miłościwie zabiera kobietę, tym samym uwalniając dziewczynę. Życie, do którego powraca bohaterka, jest jednak bezpowrotnie stracone. By rozdrapać i posypać solą stare rany, Charlotte wyrusza do Szanghaju, spotkać swoich dawnych mentorów pochłoniętych poszukiwaniem nowego narybku do elitarnej akademii. Na miejscu oprócz szampana, kawioru i pełnych radości uścisków spotyka Lizzie – nową ulubienicę nauczycieli, która zajęła jej miejsce.

Napięcie zaczyna narastać, atmosferą powoli gęstnieje. Dziewczyny jednak, zamiast rzucać się sobie do gardeł, ewidentnie na siebie lecą. Głębokie spojrzenia, płytkie oddechy, niewinne uśmiechy, szklące się oczy i wzrost wilgotności powietrza sprawia, że bardziej niż strasznych momentów spodziewamy się erotycznych uniesień i dostawcy pizzy w drzwiach. Zanim film zmrozi nam krew w żyłach, postanowił krwiobieg pobudzić. Po chwili uniesień dziewczyny postanawiają wyruszyć w podróż jak najdalej od bankietów, wielogwiazdkowych hoteli i westchnień zachwytu. Podróż oczywiście nie idzie po ich myśli. Lizzie łapie straszne choróbsko. Chwilę później pojawia się pierwszy poważny problem. Po 30 minutach filmu muszę wam przedstawić zarys fabuły zupełnie od początku, a niedługo przed końcem, zrobić to jeszcze raz.

Od dobrego filmowego scenariusza zazwyczaj wymaga się, aby przeprowadził nas w miarę bezboleśnie przez historię, a następnie byłoby miło z jego strony, gdyby strzelił w twarz plot twistem tak zamaszystym, że nakrylibyśmy się nogami. Perfekcja, zamiast budować napięcie i porządnie zaskoczyć, mniej więcej w ostatniej ćwiartce taśmy filmowej, decyduje się na trzy solidne ciosy w równiutkich odstępach czasu. Diametralnych zwrotów akcji jest tu więcej niż bohaterów, a każdy z rzeźnicką precyzją odcina kolejne motywy przewodnie, oferując nam zaraz zupełnie coś innego. Zaczyna się od halucynogennego i obrzydliwego thrillera chorobowego, potem dostajemy kino zemsty, by ostatni cios fabularnego tasaka wrzucił nas do szkoły pełnej mrocznych sekretów i nieprzyjemnej przeszłości. To niepokojący dreszczowiec w trzech aktach, tylko że dyrygent całkiem się upił i myli koncerty.

Film od początku po same napisy końcowe utrzymuje widza w stanie nieustannego „ale co do rwy kulszowej się tu wyprawia”. Zamiast jednego przewrotnego pomysłu, wali po oczach drobniakami, nie pozwalając nawet na chwilę złapać przynajmniej jednego punktu zaczepienia. Miesza, rzuca kłody pod nogi, wodzi za nos, utrudnia odbiór, a wszystko to z olbrzymią intensywnością. Oczywiście czasem dobrze jest obejrzeć film, który wykopie nas ze strefy komfortu na wysokość Pałacu Kultury i doprowadzi do monstrualnego bólu głowy. Jednak w przypadku Perfekcji wraz z widzem porządnie obrywa scenariusz. Trudno budować napięcie i angażować odbiorcę, skoro regularnie niemal wszystko zostaje wyzerowane, a powtarzana sztuczka trochę już męczy. Dodatkowo całość wygląda niczym zlepek pomysłów, zaczynając od thrillera, po kino rape & revenge na Whiplash kończąc. Zamiast jednak wzajemnie się przeplatać, tworzą one pstrokaty przekładaniec wątpliwie trzymający się w kupie siłą równie wątpliwych wyjaśnień.

Mimo wszystko Perfekcja ma w sobie coś, czym jest w stanie przykuć uwagę i w pewien sposób oczarować. Może to zasługa wielkich oczu i szerokiego uśmiechu Allison Williams, wcielającej się w Charlotte. Może to muzyka, która robi wszystko, by być straszniejsza i bardziej przejmująca niż sam film. Może to bezczelne przełamanie prostoty, do której przywykliśmy. Chociaż to chyba jednak zasługa dotkliwie połamanego scenariusza wyglądającego jak złamanie otwarte czy robaczywe wymioty Lizzie – jest odpychający i nieprzyjemny, jednocześnie jednak niezdrowo fascynujący.

Litera E zmieniająca w tytule swoje ułożenie przywodzi na myśl napis z obozu koncentracyjnego. Wypacza zupełnie jego znaczenie, by w pewien sposób ostrzec. Jednak przesłanie zostaje zrozumiane, gdy jest już za późno. Jedna z postaci wierzy, że perfekcja to dążenie do kontaktu z Bogiem. Odklejona całkowicie od rzeczywistości w imię swej megalomańskiej wizji posuwa się do rzeczy chorych i niewłaściwych. Jeśli weźmie się to pod uwagę, film staje się zaprzeczeniem upragnionej perfekcji. Jest chaotyczny, nieskładny, niejednolity. Niekomfortowy w odbiorze nie tylko ze względu warstwę fabularną, ale przez swoją formę. Wydawać by się mogło, że jest brzydki. A on po prostu walczy z tak wymaganą scenariuszową perfekcją. Ma sporo wad, ale także coś odświeżającego. I z całą pewnością zapada w pamięć. Zupełnie jak nieprzyjemne widoki, które zostają z nami na całe lata, by nieoczekiwanie powrócić w najmniej oczekiwanym momencie.

Szczegóły:

Tytuł: Perfekcja
Data premiery: 24.05.2019 (Netflix)
Reżyseria: Richard Shepard
Scenariusz: Richard Shepard
Typ: triller, horror
Obsada: Allison Williams, Logan Browning, Steven Weber, Alaina Huffman i inni

Dodaj komentarz

avatar